„Nasza najdroższa” minister finansów

Kazimierz Krupa
opublikowano: 08-11-2005, 00:00

Mądry człowiek wie, co mówi, głupi mówi, co wie — o tej prostej i wymownej prawdzie zapomniała chyba pani minister, jeszcze, finansów Teresa Lubińska i mamy problem. Bo jeszcze pani minister nie została zaakceptowana przez parlament, a już stała się „naszą najdroższą” panią minister. Szeregi jej „zwolenników” rosną w zastraszającym tempie, a ich członkowie rekrutują się przede wszystkim z licznych rzesz posiadających kredyty, mieszkaniowe i inne, w walutach obcych.

Nowa minister miała prawdziwe „wejście smoka”. Zrobiło ono na konserwatywnych Anglikach tak wstrząsające wrażenie, że poświęcili jej wiele miejsca, i to na pierwszych stronach, weekendowego wydania „Financial Times” — biblii światowej polityki i biznesu. Z dnia na dzień nikomu nieznana radna Szczecina stała się gwiazdą światowego formatu. Że zyskała złą sławę? No cóż, być może wyznaje zasadę: źle czy dobrze, byleby o mnie mówili. No i mówią, bo echa jej wystąpienia nie tylko nie milkną, ale nawet dają się wycenić.

Co prawda dla minister Lubińskiej miliard w tę czy w tę zdaje się nie robić żadnej różnicy, ale mimo to policzmy. W przyszłym roku rząd musi pożyczyć na rynkach finansowych minimum 127 mld złotych, a jak zacznie działać pani minister, to zapewne jeszcze więcej. Pogorszenie warunków, na jakich instytucje finansowe zgodzą się pożyczyć te pieniądze, tylko o 1 punkt procentowy, oznacza wydatek o 1,3 mld złotych większy z publicznych pieniędzy, czyli z naszych kieszeni. Mało przekonujące? To proszę. Niewiele mniej, bo ponad 120 mld złotych, wynosi zadłużenie polskich gospodarstw domowych w bankach (średnio prawie 6 tys. złotych). Pogorszenie warunków kredytowych o 1 punkt procentowy to 1,2 mld złotych dodatkowych kosztów (średnio 60 złotych). Takie pogorszenie warunków minister Lubińska załatwia jedną wypowiedzią. Tak więc minister już kosztuje nas circa 2,5 miliarda złotych, a przecież jeszcze — tak naprawdę — nie zaczęła urzędowania.

Pani minister wykazała się też brakiem elementarnej dyplomacji. Bo to, że nie przepada za supermarketami, to od biedy można zrozumieć. Nie musi tam robić zakupów. Ale żeby na łamach sztandarowej gazety brytyjskiej zaatakować najmocniej akurat angielskie Tesco? Jak już tak bardzo go nie lubi, to mogła swoją niechęć zilustrować chociażby jakąś francuską siecią, w końcu jest ich więcej. To Anglicy przyjęliby z pewnością lepiej i może nawet na księżycowe poglądy pani minister na deficyt budżetowy spojrzeli łaskawiej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kazimierz Krupa

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / „Nasza najdroższa” minister finansów