Nie daj się omamić fałszywemu guru

Mirosław Konkel
01-07-2011, 00:00

Prawdziwy trener stawia na samodzielność podopiecznych. Naciągacze chcą ich uzależnić.

Uważaj na szkoleniowców, którzy twierdzą, że tylko dzięki nim osiągniesz sukces

Prawdziwy trener stawia na samodzielność podopiecznych. Naciągacze chcą ich uzależnić.

Trenerzy i eksperci obiecują nową wiedzę i umiejętności, a często także zmianę postaw pracowników. Bez tego — tłumaczą — firma nie sprosta konkurencji na rynku. Autentyczna troska o klienta czy żerowanie na jego naiwności?

Próba manipulacji

Zdaniem Grzegorza Kossona, trenera w zakresie marki osobistej, odpowiedź zależy od tego, z jakimi doradcami lub firmami szkoleniowymi mamy do czynienia. Bo jednym zależy tylko na zysku, a inne też chcą zarobić, ale uczciwie. Korzystając z ich usług, można z uzupełnić deficyty, które zauważa u siebie szef, zespół albo cała korporacja.

Doradca przestrzega przed coachami, mentorami i szkoleniowcami, którzy wmawiają podopiecznym, że jedynie z ich pomocą osiągną sukces.

— Prawdziwi guru biznesu nie uzależniają menedżerów od siebie. Przeciwnie. Chcą, by wzięli oni odpowiedzialność za siebie, za innych ludzi i powierzone im zadania. Natomiast szarlatani i naciągacze próbują wykazać, jacy to uczestnicy ich programów są niesamodzielni i jak bardzo potrzebują profesjonalnej opieki — mówi Grzegorz Kosson.

Na marginesie — identycznie w ciężkim roku 2008 postępowały niektóre ośrodki psychiatryczne. Najpierw straszyły tzw. białe kołnierzyki wizją masowych załamań nerwowych, depresji i samobójstw z powodu kryzysu, a następnie reklamowały otwierane specjalnie dla nich oddziały wsparcia.

Na targowisku idei

Jack Welch jako prezes General Electric (GE) zwalniał ludzi na potęgę. Za to pracownikom, którzy w firmie zostali, gwarantował kursy i studia na najwyższym poziomie. Nawet zbudował ośrodek szkoleniowo-konferencyjny, by podnieść kwalifikacje i potencjał intelektualny załogi. Jednocześnie zerwał współpracę z armią konsultantów GE. Bo między nimi a przedsiębiorstwem widział konflikt interesów. Uważał, że korporacja chce rozwiązać swoje problemy, tymczasem doradcy je mnożą, aby zdobyć nowe zlecenia. Gdy już przeszkolą pracowników z zarządzania energią, powiedzą, że dla dalszego rozwoju potrzebne są im kolejne zajęcia: a to budowa zespołu, a to asertywność, a to inteligencja emocjonalna. "Ani się obejrzymy, a ci, pożal się, Boże, eksperci, będą w naszej firmie na etacie" — przestrzegał Jack Welch.

— Jest jeszcze inny sposób na sztuczne wykreowanie potrzeb szkoleniowych: starym teoriom, koncepcjom, metodom nadaje się nowe, chwytliwe nazwy — ostrzega Grzegorz Kosson.

Na to zjawisko zwraca uwagę również prof. Krzysztof Obłój, specjalista ds. zarządzania, w książce "Pasja i strategia zarządzania". Jak zauważa, zwyczajny marketing stał się strategiczny, podobnie zarządzanie ludźmi, logistyka czy finanse. Obniżka cen to dziś strategia dyskontowa. Już od dawna nie ma analizy konfiguracyjnej, jest za to "błękitny ocean". Nie dość, że brzmi ładniej, to jeszcze lepiej się sprzedaje!

Na rynku szkoleniowym tak jak w branży tekstylnej każdy sezon przynosi inną modę.

"Puls Biznesu": Te same teorie zarządzania sprzedaje się co rusz w innych opakowaniach. Czy marketingowy recykling starych teorii nie jest wprowadzaniem klientów w błąd?

Prof. Krzysztof Obłój: Trzeba rozróżnić dwa rynki: akademicki i korporacyjny. Pierwszy nie przepakowuje teorii — sprawdza je, uzupełnia, neguje. Drugi — potrzebuje nowości, innowacji, idei. Nie da się produkować nowych konceptów bez końca. Zresztą prawdziwie nowe idee są rzadkie. Dlatego przepakowywanie i odświeżanie produktu, którym są znane od lat pomysły i trendy, jest naturalnym procesem na rynku zarządzania. Rządzą tu te same reguły, co na przykład w branży odzieżowej. I nie ma w tym nic złego, jeżeli robi się to profesjonalnie i porządnie.

Dlaczego każda teoria strategii, zarządzania, sukcesu mieni się jako absolutnie rewolucyjna, przełomowa, jedynie słuszna i skuteczna?

Bo w kakofonii rynku trzeba się przebijać. A przebijanie się przez szum oznacza podkreślanie unikalności i wartości danej koncepcji.

Ile w szkołach zarządzania jest szkoły, a ile fabryki wytwarzającej na masową skalę ujednolicone produkty edukacyjne?

Prawdą jest, że mamy do czynienia z industrializacją szkół biznesu. Ale to nie oznacza, że przestały one być profesjonalne. Po pierwsze, wszystkie dobre szkoły biznesu na świecie koncentrują ogromne środki i ludzi na badaniach. Tak było zawsze w USA. I tak jest teraz w Europie — renoma uczelni zależy od jej potencjału badawczego, a nie od jakości dydaktyki.

Po drugie, każda dobra szkoła buduje własne programy, nasyca je trochę inną treścią i pomysłami, bo jeśli jej program jest zupełnie standardowy, to trudno go sprzedać na rynku. Więc w sumie dobra szkoła biznesu jest podobna do firmy, ale bardziej farmaceutycznej niż huty — mnóstwo wysiłku wkłada w badania, projektuje systematycznie nowe i ciekawe programy nauczania. I ma swoje tradycyjne, masowe produkty niczym witaminy i aspiryny — bo one zawsze są potrzebne.

Krzysztof Obłój

Specjalista z zakresu strategii firmy, wykładowca na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego i w Akademii Leona Koźmińskiego. Ma duże doświadczenie w nadzorze korporacyjnym jako przewodniczący lub członek rad nadzorczych spółek publicznych i prywatnych, m.in. PKN Orlen, Prochem i PZU. Komentuje w mediach posunięcia biznesowe.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Innowacji / Nie daj się omamić fałszywemu guru