Nie pytaj Google’a, zapytaj mózg

Karol Jedliński
opublikowano: 28-10-2010, 00:00

Poddani reżimowi wyszukiwarek tracimy innowacyjność. Miotamy się w pustce rozpraszani przez Facebooka — twierdzi Nicholas Carr, konsultant i futurysta.

Jeśli ten tekst na już pierwszy rzut oka wydaje ci się za długi, to może nie jest to tylko wina autora. A czyja? Zapytaj Google’a.

Poddani reżimowi wyszukiwarek tracimy innowacyjność. Miotamy się w pustce rozpraszani przez Facebooka — twierdzi Nicholas Carr, konsultant i futurysta.

Kilka lat temu Nicholas Carr, cichy doradca czołowych firm z USA, były szef "Harvard Business Review", odpalił bombę. W tekście "IT doesn’t matter" ("IT nie ma znaczenia") przekonywał, że w najlepszych firmach technologie będą wkrótce nudnym tematem. Ot, środek do celu, taka kolej XXI wieku. Ostatnio odpuścił sobie podgryzanie nowych mediów. Wziął się za treści i ich lidera.

— "Czy Google nas ogłupia?" — zapytał na łamach "Atlantic Magazine".

Do "nas" zaliczył także menedżerów korporacji i mniejszych firm.

— Nie twierdzę, że wszyscy menedżerowie używający internetu są otępiali. Twierdzę, że ich mózgi pracują w niekoniecznie korzystnym dla rozwoju firmy reżimie. Przy czym internet, wyszukiwarki, sieci społecznościowe są nieraz podstawowym narzędziem promocyjnym dla ich firm. Ale czy powinny być także jedyną insipracją? — mówi Nicholas Carr w rozmowie z "PB".

Od lat współpracuje z kadrami menedżerskimi na całym świecie. Twierdzi, że Google to dla nich pułapka. Zarządzający przestają myśleć w niestandardowy sposób, w poprzek, kwestionować schematy. Nie prowadzą firm do przełomów, innowacyjności, bo przecież odpowiedź na wszystko jest w wyszukiwarce.

— Po co czytać całą książkę, skoro Google znajdzie odpowiedź na jednej z jej stron i pokaże ci podkreśloną w PDF? — pyta retorycznie Nicholas Carr.

Wyszukiwacz mózgu

Efekt Google’a porównuje do jazdy superpociągiem po przedmieściach Pekinu. Niby w pół godziny przejeżdżasz 100 km, ale świat za oknem miga na tyle szybko, że dominujące wrażenie z jazdy to dekolt młodej Azjatki siedzącej naprzeciwko. No i pochwała szefa, że nie spóźniłeś się do pracy.

— Coś jest na rzeczy. Każde, nawet niby inteligentne medium ogłupia — przyznaje Marek Rusiecki, członek zarządu funduszu Xevin, inwestującego w nowe technologie.

— Duża część osób wyznaje zasadę, że po co używać mózgu, skoro masz Google’a — przytakuje Rafał Agnieszczak, właściciel Grupy Fotka.

Nicolas Carr chętnie przypomina opornym rozmówcom korespondencję Fryderyka Nietzschego z zaprzyjaźnionym kompozytorem, który zauważył, że filozof zmienił styl pisania na bardziej telegraficzny, ostrzejszy. Nietzsche szybko przyznał się do używania nowej maszyny do pisania.

— A tu nagle mamy skok w megamożliwości komputera. To jest dopiero zmiana dla mózgu — podkreśla futurysta.

Jego zdaniem, Google uczy nasz umysł, by działać w modelu wydajności dostosowanym do możliwości internetu, przeglądarki i wyszukiwarki. Nie zachęca nas do kontemplacji, refleksji, głębszej zadumy. Daje suchy logarytm wyszukiwarki.

— Google, centrum internetu, używane regularnie modyfikuje pewne funkcje mózgu, sposób połączeń między neuronami. Dowodzą tego także badania neurologiczne — zaznacza Nicholas Carr.

Mistrz rozpraszania

Trzy lata temu futurysta zaczął swoistą kurację regenerującą mózg. Wypisał się z Facebooka (ktoś po tym i tak założył mu tam jego profil), Twittera i innych społecznościowych serwisów. Dziwne, jak na futurystę, nie?

— Zacząłem chrzanić to, że gdzieś, beze mnie odbywa się przepływ pozornie ciekawych informacji. Po trzech dniach paniki stwierdziłem, że da się żyć — tłumaczy futurysta.

Ma czas na czytanie działu "opinie" w gazecie, chodzi do biblioteki. Pomogło?

— Tak. Pamiętam, jak złapałem się na tym, że uwielbiałem siedzieć przed komputerem wiecznie rozproszony. Sprawdzam mejle, czatuję, odpisuję na Skype, oglądam fotki z wakacji kolegi, wyszukuję coś w sieci. Robiłem wszystko i nic. A potem siadam do gazety czy książki i nie mogę w skupieniu przetrwać dłużej niż kilka minut. Chciałem, żeby znów mnie coś rozpraszało. Ale mnie to wkurzyło! — mówi Nicholas Carr.

Obibok z zawałem

Takiej regeneracji nie potrzebuje np. Roman Kluska, twórca Optimusa i współtwórca Onetu. Tajemnicą poliszynela jest, że pionier nowych technologii w Polsce jest niespecjalnie biegły w obsłudze komputera. Woli doglądać owiec, posiedzieć z książką. Jego przeciwieństwo to Rafał Agnieszczak, posiadacz całej gamy produktów Apple, który ostatni raz w bibliotece był na początku studiów. Prasę i książki czyta na nowiutkim iPadzie.

— I jakoś daję radę w biznesie. Wróciłem z wakacji w Grecji, gdzie regularnie siedziałem na Facebooku. Mam tam prawie pół tysiąca znajomych. Ale przestałem już czytać wszystkie ich wpisy, traktuję go raczej jako zamiennik mejla — przyznaje Rafał Agnieszczak.

Nicholas Carr pocztę ostatnio sprawdza ledwie raz-dwa dziennie. Widzi czasem, że gdy nie odpisuje na list przez kwadrans, część nadawców próbuje raz jeszcze. "Jesteś tam?!" — pytają w kolejnym mejlu. Przyzwyczaił się.

— To nawyk z korporacji. Tam jeśli nie odpowiesz na mejla w ciągu 5 minut, mają cię za gbura, obiboka albo myślą, że miałeś zawał. A ty może potrzebujesz chwili spokoju, by wymyślić coś niesamowitego dla tej cholernej firmy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane