Niebezpieczne zabawy kagańcem

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 03-11-2009, 00:00

Majstrowali przy emeryturach i rezerwach, teraz czas na dług. Rząd psuje państwo — ostrzegają ekonomiści.

Poluzowanie ograniczeń długu publicznego to kolejny pomysł, jak uniknąć reform

Majstrowali przy emeryturach i rezerwach, teraz czas na dług. Rząd psuje państwo — ostrzegają ekonomiści.

Rządowe propozycje, aby zawiesić ograniczenia nałożone na dług publiczny, wywołały oburzenie wśród ekonomistów. Alarmują, że to kolejny w ostatnich tygodniach pomysł rządu Donalda Tuska, jak kreatywną księgowością załatać dziurę budżetową.

— To zwykłe psucie państwa. Wybieracie drogę donikąd, zajmijcie się wreszcie prawdziwymi reformami — apeluje do rządzących Krzysztof Rybiński, były wiceprezes Narodowego Banku Polskiego (NBP).

Bezczynność zaboli

Według wczorajszej "Rzeczpospolitej", Platforma Obywatelska zastanawia się nad zawieszeniem na dwa lata progów ostrożnościowych nałożonych na dług publiczny. Zgodnie z przepisami, jeśli zadłużenie przekroczy 55 proc. w relacji do PKB (a istnieje duże prawdopodobieństwo, że stanie się tak już w przyszłym roku), minister finansów będzie zmuszony ostro zacisnąć pasa — wydatki państwa gwałtownie spadną (np. kosztem emerytów czy pracowników budżetówki, ale też inwestycji infrastrukturalnych), a podatki mogą pójść w górę, co zdołowałoby wychodzącą z kryzysu gospodarkę.

— Prawdopodobnie weszlibyśmy wręcz w recesję. Jednak likwidacja progów również byłaby fatalnym rozwiązaniem. Stracilibyśmy wiarygodność jako państwo. Osłabienie złotego i wzrost odsetek od długu byłyby nieuniknione. Jeśli chcemy uniknąć obu scenariuszy, rząd musi natychmiast wziąć się za szukanie racjonalnych oszczędności — podkreśla Mirosław Gronicki, były minister finansów.

Kaganiec został nałożony na dług specjalnie po to, by politycy nie mogli zadłużać państwa ponad miarę. Zniesienie tego ograniczenia, zdaniem Krzysztofa Rybińskiego, sprawiłoby, że dług zupełnie wymknąłby się spod kontroli.

— Kto ma choć trochę oleju w głowie, wie, że jeśli nie będziemy reformować finansów, prędzej czy później spotka nas kara. Jeśli na dwa lata schowamy termometr, to już nigdy nie będziemy mogli go wyjąć, ponieważ dług będzie znacznie powyżej tych 55 proc. Takie sztuczki tylko odkładają problem na później, pozwalając mu, by narastał. Rząd musi działać już teraz: wydłużać wiek emerytalny, likwidować przywileje (np. emerytury mundurowe), przyjrzeć się wydatkom na pomoc socjalną itd. Lista jest bardzo długa — zaznacza Krzysztof Rybiński.

Nawet Ministerstwo Finansów jest przeciwne zawieszeniu progów.

— Wiarygodność jest najważniejsza. Takie zabezpieczenie jest konieczne — mówi Magdalena Kobos, rzeczniczka resortu.

Plotka poszła w świat

Sygnał wysłany wczoraj przez rząd zauważyły już zagraniczne rynki finansowe.

— Jeśli rządowe sugestie okażą się prawdziwe, inwestorzy nie przyjmą tego ciepło. Próg 55 proc. był dla nich gwarancją, że Polsce należy ufać. Jego zawieszenie na lata podkopałoby wiarygodność kraju, zwłaszcza że byłby to precedens. Rząd pokazałby, że nie zamierza trzymać się reguł, jeśli mu nie odpowiadają. Taka opinia zostałaby w pamięci inwestorów na lata — mówi Zsolt Papp, główny ekonomista na Europę Środkową i Wschodnią londyńskiego oddziału KBC.

Wcześniej na naszych łamach przed pokusą stłuczenia termometru ostrzegali też inni znani ekonomiści. Leszek Balcerowicz, były wicepremier i prezes NBP, stwierdził, że manipulowanie przy limitach byłoby niebezpieczne. Dodał, że ma nadzieję, iż politycy koalicji i prezydent uszanują obowiązujące prawo.

Katarzyna Zajdel-Kurowska, do niedawna wiceminister finansów w rządzie Donalda Tuska, obecnie ekonomistka Międzynarodowego Funduszu Walutowego, ostrzega, że ruszanie limitów byłoby najgorszym rozwiązaniem z możliwych.

— Nic tak nie odstraszyłoby inwestorów. Ucieczkę kapitału i osłabienie złotego mielibyśmy gwarantowane. W końcu od lat chwalimy się, że mamy ograniczenia długu — mówiła w "PB" Katarzyna Zajdel-Kurowska.

Krótka seria

To już trzeci w ostatnim czasie tak kontrowersyjny pomysł rządu dotyczący sklejania finansów publicznych. Pod koniec września rząd przeznaczył 7,5 mld zł z Funduszu Rezerwy Demograficznej (FRD) na realizację przyszłorocznego budżetu. Pieniądze te były w FRD odkładane latami i miały za kilkanaście lat łagodzić skutki niewydolności systemu emerytalnego związanej ze starzeniem się społeczeństwa.

Tydzień temu Jolanta Fedak, minister pracy, przyznała, że rząd zastanawia się też nad zmianą struktury składek emerytalnych. Część wrzucana do państwowego worka wzrosłaby, mniej przekazywane byłoby do otwartych funduszy emerytalnych. Czyli obecne wydatki państwa byłyby finansowane przyszłymi (niedoszłymi) emeryturami Polaków.

— To seria bardzo niepokojących sygnałów. Pokazują, że rząd nie zamierza reformować państwa. Wręcz przeciwnie, niszczy dobre rozwiązania. To musi się skończyć, jeżeli nie chcemy wejść w poważne problemy — twierdzi Krzysztof Rybiński.

29.09.2009

Rząd przyjmuje projekt budżetu, z którego wynika, że w cudowny sposób został on zasilony kwotą 7,5 mld zł. Źródłem jest Fundusz Rezerwy Demograficznej, który miał za kilkanaście lat chronić Polaków przed głodowymi emeryturami.

26.10.2009

Jolanta Fedak, minister pracy, ujawnia, że rząd zastanawia się nad zmianami dotyczącymi składek emerytalnych. Większa ich część trafiałaby na bieżące wydatki państwa, zmniejszyłyby się natomiast kwoty odkładane na przyszłe emerytury.

02.11.2009

"Rzeczpospolita" twierdzi, że rząd zastanawia się nad zawieszeniem przepisów zabezpieczających dług publiczny przed niekontrolowanym wzrostem. To rozwiązałoby problem rządu. Zamiast szukać oszczędności, mógłby do woli czerpać pieniądze z kredytów.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu