Czytasz dzięki

Niedogodności i koszty, których można uniknąć

opublikowano: 19-06-2020, 17:19

Przewlekłe schorzenia leczone w nieoptymalny sposób sprawiają,że rynek pracy traci cenne kadry. Z okazji Światowego Tygodnia Kontynencji eksperci biją na alarm i wskazują, że jest grupa pacjentów, dla których choroba nie oznacza wyroku śmierci, ale skutecznie eliminuje ich z życia społecznego i aktywności zawodowej.

Artykuł powstał z okazji Światowego Tygodnia Kontynencji

Inkontynencja to jeden z najbardziej powszechnych, acz skrzętnie skrywanych, intymnych problemów zdrowotnych współczesnej cywilizacji. Zdaniem WHO schorzenia związane z szeroko rozumianym nietrzymaniem moczu (NTM) mają status choroby społecznej, która bez względu na wiek i płeć dotyka nawet 8 proc. populacji Polek i Polaków. Na całym świecie z problemem tym mierzy się nawet 423 mln osób. Niestety nie wszyscy pacjenci są lub też chcą być świadomi swoich problemów zdrowotnych.

– Świadomość pacjentów dotycząca samego schorzenia jest rzeczywiście niewielka. Zdecydowanie częściej tego typu dolegliwości zgłaszają kobiety, bo zazwyczaj to one najsilniej odczuwają objawy silnie wpływające na jakość ich życia – wskazuje dr n. med. Honorata Błaszczyk, lekarz rodzinna i prezes łódzkiego oddziału Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce.

Niejednorodne schorzenie

Jak wskazują eksperci, nietrzymanie moczu jest przypadłością, która obejmuje każdy niezależny od woli wyciek moczu z pęcherza moczowego. Przyczyny tego zjawiska bywają różnorakie i mogą być uzależnione od płci i wieku pacjenta. Jednak wspólnym mianownikiem problemu jest ogromny wstyd, jaki wiąże się z występowaniem tego schorzenia, oraz niechęć pacjentów do mówienia o swoich problemach z funkcjonowaniem układu moczowego.

Naukowcy wskazują, że znacznie częściej z problemem tym stykają się kobiety. Czynnikiem predestynującym je do pojawienia się przykrych objawów ze strony układu moczowego są przebyte naturalne porody, menopauza czy poddawanie się zabiegom ginekologicznym. Światowe szacunki mówią wręcz, że nawet 10 proc. wszystkich dorosłych kobiet może się borykać z tym problemem.

Gospodarka traci miliardy

Jak wyliczają autorzy raportu „Pacjent z NTM w systemie opieki zdrowotnej”, tylko na przestrzeni lat 2011-18 szacunkowe koszty bezpośrednie z tytułu zachorowań na NTM (obejmujące m.in. finansowanie badań diagnostycznych, wizyt lekarskich, leków czy w końcu środków chłonnych), ponoszone w Polsce, uległy podwojeniu do kwoty ponad 0,57 mld zł w 2018 r., a w całym analizowanym okresie wyniosły ponad 3 mld zł.

Eksperci zwracają również uwagę na wartości związane z kosztami absencji chorobowej spowodowanej NTM (w tym również te wynikającej z generowanych przez to schorzenie zaburzeń psychicznych). Szacując, że NTM dotyka nawet 621 tys. osób aktywnych zawodowo, wyliczony na tej podstawie koszt z tytułu utraty produktywności w wyniku NTM tylko w 2018 r. wyniósł 1,58 mld zł i był wyższy w porównaniu z poprzednim rokiem o 4,52 proc.

Zakłócony rytm pracy

Klinicyści zwracają uwagę, że nadal w naszym kraju problemem jest nie tylko wstyd pacjentów, którzy niechętnie lub na późnym etapie choroby zgłaszają się do gabinetów lekarskich, lecz również to, że dostęp do leczenia NTM nie jest optymalny. Za przykład stawiają jedno ze schorzeń z grupy NTM, tj. zespół pęcherza nadreaktywnego, czyli OAB (over active bladder).

– OAB to schorzenie, które dotyka kobiety bez względu na wiek. Oczywiście częstość jego występowania jest skorelowana z wiekiem, ale mamy również pacjentki w bardzo młode, np. nastoletnie, które zgłaszają się do naszych gabinetów z tym problemem. Niemniej jednak ten odsetek jest niższy niż w przypadku kobiet w okresie pomenopauzalnym. W ogólnej populacji możemy szacować, że nawet kilkanaście procent kobiet codziennie zmaga się z tą dolegliwością. Niestety wielu lekarzy nadal nie wie, że nietrzymanie moczu – w tym również zespół pęcherza nadreaktywnego – można leczyć skutecznie i nie jest on nieodłącznym elementem starzenia, z którym trzeba się pogodzić – wyjaśnia dr hab. n. med. Paweł Miotła, lekarz ginekolog z II Katedry i Kliniki Ginekologii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

Jak wyjaśnia Mariusz Blewniewski, lekarz urolog z Oddziału Urologii Ogólnej, Onkologicznej i Czynnościowej, II Kliniki Urologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, w przypadku mężczyzn OAB to efekt łagodnego rozrostu stercza.

– Dlatego musimy mieć świadomość, że wraz ze starzeniem się społeczeństwa problem ten będzie narastał – wskazuje urolog.

Profilaktyka i leczenie

Klinicyści podkreślają jednocześnie, że w przypadku OAB niezwykle ważna jest właściwa profilaktyka, zmiana stylu życia i wdrożenie leczenia farmakologicznego.

– Sprowadza się to w pierwszej kolejności do ograniczenia spożywania produktów o działaniu diuretycznym (moczopędnym). Oznacza to, że pacjenci zmagający się z OAB powinni zrezygnować m.in. z kawy, cytrusów, ostrych przypraw, alkoholu, papierosów. Jeśli pacjent jest w stanie wytrzymać w takim reżimie, wówczas może liczyć na złagodzenie uporczywych objawów i poprawę komfortu życia – wskazuje Mariusz Blewniewski.

Zaznacza jednocześnie, że utrzymanie restrykcyjnego stylu życia, a także zmniejszenie masy ciała (o minimum 10 proc.) może ograniczyć przykre objawy ze strony pęcherza nawet o 50 proc. Zmniejszenie kłopotliwych objawów możliwe jest również dzięki zastosowaniu farmakoterapii. Jednak dostępnej w Polsce farmakoterapii nie można w żaden sposób uznać za optymalną.

– Jedynymi refundowanymi lekami są preparaty antycholinergiczne, nazywane również antymuskarynowymi. Leki te w większości państw stosowane są jako preparaty pierwszego rzutu – wskazuje prof. dr hab. Tomasz Rechberger, specjalista ginekolog położnik, kierownik II Katedry I Kliniki Ginekologii UM w Lublinie.

Zaznacza jednak, że preparaty te mogą dawać uporczywe skutki uboczne, takie jak zaburzenia widzenia czy suchość w jamie ustnej. Co więcej, powinny być stosowane z dużą dozą ostrożności w przypadku osób mających symptomy niewydolności nerek.

Zdaniem klinicystów inne grupy leków – o zdecydowanie lepszym profilu bezpieczeństwa – z uwagi na brak refundacji dla wielu pacjentów są nieosiągalne. Polska pod tym względem znajduje się na niechlubnym ostatnim miejscu w Europie. Jednocześnie prof. Rechberger zwraca uwagę, że druga linia leczenia OAB jest już refundowana w takich krajach jak Czechy, Węgry czy Bułgaria.

Fizjoterapia w NTM: potrzebna, acz niedoceniana systemowo

Jedną z pierwszych form postępowania zachowawczego w nietrzymaniu moczu jest rehabilitacja. Niestety obecnie żadna z form leczenia wchodząca w zakres fizjoterapii urologicznej lub uroginekologicznej nie jest finansowana z budżetu państwa.

Po pierwsze profilaktyka – taką zasadę w postępowaniu z pacjentami z NTM od lat wprowadzają takie kraje jak Wielka Brytania, Belgia czy Holandia. To właśnie w tych państwach pacjenci znajdujący się w grupie ryzyka rozwoju NTM mają możliwość skorzystania m.in. ze szkoleń organizowanych przez zespoły pielęgniarskie, czy wręcz są zobowiązani do obycia wizyt np. w trakcie ciąży czy po porodzie. 

Pozostawieni sami sobie

Polska na tym tle wypada blado, bowiem w niewielu placówkach pacjenci z NTM mogą zostać objęci kompleksową opieką uroginekologiczną i w efekcie często na własną rękę muszą organizować sobie fizjoterapię. Stowarzyszenie Osób z NTM UroConti od kilku lat dla swoich organizuje specjalne zajęcia fizjoterapeutyczne ukierunkowane na ćwiczenia dna miednicy, ale jak podkreślają władze organizacji ich starania to tylko kropla w morzu potrzeb pacjentów z NTM.

Brakuje też kadr medycznych

- Problemem są również obserwowane przez nas niedobory kadrowe. Mamy bardzo niewielu fizjoterapeutów, którzy specjalizują się w fizjoterapii schorzeń uroginekologicznych i nietrzymania moczu - wskazuje Elżbieta Żukowska, sekretarz Stowarzyszenia „UroConti”. 

Zwraca również uwagę, że o ile w dużych ośrodkach klinicznych , gdzie leczone są różnorodne schorzenia układu moczowego (w tym również schorzenia onkologiczne), pacjenci przebywający na oddziałach mogą liczyć na konsultację fizjoterapeuty, to już w przypadku chorych znajdujących się pod opieką lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej ten dostęp do fizjoterapii jest praktycznie niemożliwy. 

Problem ten widzą również lekarze specjaliści. Zdaniem dr n.med. Mariusza Blewniewskiego w całym systemie ochrony zdrowia brakuje fizjoterapeutów. 

- Natomiast tych, którzy specjalizują się w takich schorzeniach jak NTM jest naprawdę niewielu. W całym województwie łódzkim znana jest mi tylko dwójka fizjoterapeutów zajmujących się fizjoterapią uroginekologiczną i NTM - wskazuje urolog.

Zdaniem ekspertów to pokazuje jak głębokich zmian wymaga system opieki na pacjentami z NTM, a także na to, że profilaktyka NTM wymaga większej troski ze strony kreatorów polityki zdrowotnej państwa.

Ogólna liczba fizjoterapeutów w całym polskim systemie ochrony zdrowia jest niewystarczająca, a tych, którzy specjalizują się w takich schorzeniach jak NTM, jest już zupełnie niewielu. [FOT. ADOBESTOCK]

Komentarz partnera merytorycznego

Brak nowoczesnego leczenia OAB w drugiej linii jest sprzeczny z logiką i prawami ekonomii 

Anna Sarbak, prezes zarządu Stowarzyszenia Osób z NTM „UroConti” 

Lista leków refundowanych w zespole pęcherza nadreaktywnego nie zmieniła się od początku swojego istnienia, czyli od 2011 r. Nie wiem, czy jest drugi tak bardzo zaniedbany obszar terapeutyczny. Jeśli na wprowadzenie zmian w zakresie limitów środków chłonnych musieliśmy czekać 18 lat, a na wprowadzenie neuromodulacji do świadczeń gwarantowanych osiem, to aż się boję myśleć, ile potrwa gonienie świata w dostępie do nowoczesnego leczenia farmakologicznego OAB. A przecież od ubiegłego roku, kiedy na rynku farmaceutycznym pojawiły się zamienniki zawierające solifenacynę, doszło do znacznej obniżki cen i oszczędności budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia, które według nas powinny zostać przeznaczone na inne leki w tym samym schorzeniu.

Nieraz zwracaliśmy uwagę resortu, że wśród populacji cierpiącej na OAB i związane z tym nietrzymanie moczu jest wiele osób w wieku produkcyjnym, dla których brak leczenia to nie tylko obniżenie efektywności pracy, ale i utrata zdolności zarobkowych. Z kolei dla budżetu państwa to zwiększone koszty zwolnień lekarskich czy rent. W licznych rozmowach i jeszcze liczniejszej korespondencji z ministerstwem przytaczaliśmy dane pozyskane z ZUS i Głównego Urzędu Statystycznego przy okazji publikacji corocznego raportu pod tytułem „Pacjent z NTM w systemie opieki zdrowotnej”. Wskazywały one między innymi na to, że tylko w 2018 r. koszty z tytułu utraty produktywności osób z problemem nietrzymania moczu wynosiły aż 1,58 mld zł. Czasami się zastanawiam, czy ktoś w Ministerstwie Zdrowia to w ogóle analizuje, bo przecież nie trzeba być wielkim ekonomistą, żeby zauważyć, że gdyby chociaż część tych osób była odpowiednio leczona, to zamiast pobierać świadczenia i generować koszty, wytwarzałyby PKB i płaciły podatki. Nie mówiąc już o korzyściach psychospołecznych, których w żaden sposób nie da się wycenić. 

Kilka lat wcześniej używaliśmy tych samych argumentów ekonomicznych, by przekonać Ministerstwo Zdrowia do zniesienia absurdalnego przepisu, który uzależniał refundację leków w I linii leczenia OAB od wykonania badania urodynamicznego. W opinii wielu ekspertów było ono nie tylko niekomfortowe dla pacjentów, ale także nieuzasadnione medycznie i finansowo, by stosować je na taką skalę. Przytaczaliśmy wtedy dziesiątki opinii, że badanie urodynamiczne nie potwierdza ani nie wyklucza diagnozy pęcherza nadreaktywnego, więc równie dobrze można by robić pacjentom EKG i RTG klatki piersiowej. Sens byłby taki sam. Cytowaliśmy wyliczenia AOTMiT, z których wynikało, że brak badania jako wymogu refundacji leków to oszczędności dla budżetu w wysokości 15-16 mln zł rocznie. W końcu w 2016 r. ktoś w resorcie posłuchał naszych argumentów, więc może tym razem będzie tak samo. 

Zdajemy sobie sprawę, że zespół pęcherza nadreaktywnego i NTM nie zabijają, ale proszę mi wierzyć, że potrafią kompletnie zrujnować życie. Przez wiele lat walczyliśmy z postrzeganiem OAB jako „wstydliwej dolegliwości”, tłumaczyliśmy, że to poważna, niekiedy bardzo bolesna choroba, którą można i trzeba leczyć. Wystarczy przełamać strach i udać się po pomoc, choć wiem, że nie jest to łatwe, bo z posiadanych przez nas danych wynika, że tylko 1/3 pacjentów cierpiących na zespół pęcherza nadreaktywnego w ogóle zgłasza się do lekarza, a dwie trzecie z nich robi to dopiero po dwóch latach od wystąpienia pierwszych objawów. I to wtedy, gdy ich nasilenie wyklucza już normalne, dzienne i nocne, funkcjonowanie. 

 Pacjenci z OAB nie będą pikietować pod Sejmem czy gmachem Urzędu Rady Ministrów. Choćby z tej racji, że rzadko wychodzą z domu, a rytm ich dnia, a zwłaszcza ich ewentualną trasę, wyznacza odległość do najbliższej toalety. Mamy jednak takie same prawa, jak nasze koleżanki i koledzy w innych (wszystkich poza Polską) krajach Unii Europejskiej. Oni mogą korzystać z osiągnięć medycyny i II linii leczenia, pracują i cieszą się życiem. A my zamykamy się w domach, rezygnujemy z pracy, nie spotykamy się z rodziną czy przyjaciółmi i popadamy w depresję. Byłabym w stanie zrozumieć zachowawcze podejście Ministerstwa Zdrowia do tego problemu, gdybyśmy byli najbiedniejszym krajem w Unii Europejskiej, ale przecież tak nie jest. Co więcej, w maju otrzymaliśmy pisemną deklarację od producenta leku, że zaoferował Polsce najlepsze warunki wśród krajów Unii Europejskiej. Pytam więc, na co jeszcze czeka minister zdrowia?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MATERIAŁ PARTNERA

Polecane