Niemiecka powtórka koreańskiego mundialu, Polacy na tarczy

Polscy piłkarze w Niemczech nie poprawili osiągnięcia z mistrzostw świata sprzed czterech lat w Korei Południowej, kończąc udział w obu imprezach już po fazie grupowej. Analogii między tymi występami jest jednak więcej.

Polscy piłkarze w Niemczech nie poprawili osiągnięcia z mistrzostw świata sprzed czterech lat w Korei Południowej, kończąc udział w obu imprezach już po fazie grupowej. Analogii między tymi występami jest jednak więcej.

Niemiecka powtórka koreańskiego mundialu, Polacy na tarczy

(Tadeusz Stasiuk)
opublikowano: 21-06-2006, 11:23

Polscy piłkarze w Niemczech nie poprawili osiągnięcia z mistrzostw świata sprzed czterech lat w Korei Południowej, kończąc udział w obu imprezach już po fazie grupowej. Analogii między tymi występami jest jednak więcej.

Polscy piłkarze w Niemczech nie poprawili osiągnięcia z mistrzostw świata sprzed czterech lat w Korei Południowej, kończąc udział w obu imprezach już po fazie grupowej. Analogii między tymi występami jest jednak więcej.

Koreańskie deja vu rozpoczęło się już w grudniu 2005 roku, kiedy w Lipsku odbyło się losowanie grup turnieju finałowego. Niemcy, Ekwador i Kostaryka - taki zestaw rywali sprawił, że większość kibiców i ekspertów od razu zaczęła się zastanawiać z kim polska drużyna może zagrać w drugiej rundzie, bo zgodnie sądzili, że z takiej grupy po prostu wyjść trzeba.

Optymistycznie było też po losowaniu grup cztery lata wcześniej, kiedy okazało się, że drużyna Jerzego Engela trafiła na Koreę Płd., Portugalię i USA. Jednak porównanie choćby miejsc w rankingu FIFA (stan, odpowiednio, na maj 2002 i 2006) przeciwników "biało- czerwonych" w obu mundialach wskazuje, że Paweł Janas szczęścia miał znacznie więcej - informuje PAP.

Pierwsze półrocza lat mistrzowskich w wykonaniu zespołów Engela i Janasa także były podobne, choć ten pierwszy ogłoszenie selekcji obwieścił tuż po zakończeniu eliminacji, a obecny szkoleniowiec na rewolucję w składzie zdecydował się niemal za pięć dwunasta.

Reprezentacja pod wodzą Engela słabo spisywała się w sparingach, przegrywając z Japonią i Rumunią. Zespół Janasa rozpoczął 2006 rok od porażki z USA, później przegrał jeszcze z Litwą oraz Kolumbią. Najgorsze było jednak to, że z wyjątkiem meczów ze słabeuszami polscy piłkarze nie strzelali bramek. Ba, mieli nawet kłopot ze stwarzaniem dogodnych sytuacji, co okazało się później smutnym proroctwem.

Kolejną ważną datą był 15 maja. Janas ogłosił wówczas skład 23- osobowej kadry na mundial, w której pominął jednego z głównych autorów awansu, strzelca siedmiu bramek w eliminacjach Tomasza Frankowskiego, Jerzego Dudka, Tomasza Kłosa oraz Tomasza Rząsę. O braku powołań miała decydować wyłącznie słabsza forma, ale mętność tłumaczeń i brak konsekwencji trenera kazały doszukiwać się drugiego dna. W ten sposób Janas pozbawił reprezentację indywidualności, silnych charakterów i upodobnił ją do szarej masy.

Atmosfera wokół reprezentacji zagęszczała się. Kibice nie ufali selekcjonerowi, bo zostawił w kraju ich idoli. Wyrazem dezaprobaty wobec drużyny oraz Janasa okazał się towarzyski mecz z Kolumbią w Chorzowie, kiedy polski zespół i trener zostali wygwizdani, a wręcz wyśmiani przez 40-tysięczną publiczność, która dopingowała rywali. Tłumaczenie porażki 1:2 zmęczeniem po pracowitym zgrupowaniu nie zyskało akceptacji.

Jak przypomina PAP, Jerzego Engela cztery lata temu uspokoiły zwycięstwa w ostatnich meczach towarzyskich przed MŚ z Estonią i klubowym zespołem koreańskim, a Pawła Janasa wygrana z Chorwacją. Kto wie czy to spotkanie nie było największym nieszczęściem ostatniego półrocza?

W Wolfsburgu Polacy zaprezentowali się niewiele lepiej niż kilka dni wcześniej w Chorzowie, ale... wygrali. Selekcjoner wypróbował defensywne ustawienie z jednym napastnikiem i pięcioma pomocnikami, które wcześniej sprawdzał kilkakrotnie z marnym skutkiem. Tym razem sprawdziło się, lecz większa w tym zasługa grających w eksperymentalnym składzie i do tego "na pół gwizdka" Chorwatów niż polskich piłkarzy, którzy nadal mieli ogromny kłopot ze stwarzaniem sytuacji podbramkowych, a gola zdobyli dość przypadkowo.

Ustawienie 4-5-1 zabiło ofensywnego ducha polskiej drużyny, która zakwalifikowała się do mundialu dlatego, że strzelała wiele bramek, a nie dlatego, że ich nie traciła. To była taktyka na "nie przegrać", a nie na "wygrać". Zwycięstwo jednak przesłoniło oczy Pawłowi Janasowi i zdecydował się zastosować ją w pierwszym meczu MŚ z Ekwadorem, w którym wygrana miała utorować drogę do awansu do drugiej rundy.

Efekt defensywnego ustawienia był taki, że pierwszy celny strzał polski zespół oddał na bramkę rywala w 84. minucie, przy stanie 0:2. Powtórzył się scenariusz z Korei Płd., kiedy w inauguracyjnym spotkaniu z drużyną gospodarzy Polacy toczyli wyrównaną walkę, ale gole zdobywali tylko rywale. Podobnie jak cztery lata temu nie potrafili właściwie zareagować na stratę bramki.

"Po utracie gola wszystko się rozsypało" - powtarzali do znudzenia po meczu zawodnicy i trenerzy. Dodawali, że pierwsze spotkanie niektórych przerosło, że nie wytrzymali psychicznie, że zabrakło tylko bramek, jakby zapominając, że to one są w futbolu najważniejsze.

Szkoda, że w polskim zespole Artur Boruc jest tylko jeden, bo wyłącznie jego stać było na takie słowa: "Jest mi wstyd. Jeśli przegrywamy z Ekwadorem, to z kim mamy wygrać w mistrzostwach świata?".

Prezes PZPN Michał Listkiewicz, który w 2002 roku wrócił z Korei Płd. bogatszy w doświadczenia, oświadczył, że nie wolno powtórzyć błędów sprzed czterech lat i czekać ze wstrząsem do trzeciego spotkania. Tym razem wstrząs polegał na dwóch zmianach w składzie. Z Niemcami od początku zagrali Ireneusz Jeleń i Bartosz Bosacki, którzy okazali się najlepszymi polskimi piłkarzami w MŚ.

Mobilizacja w momentach krytycznych jest cechą narodową Polaków. Tak było też w Niemczech. W spotkaniu o "być albo nie być" z drużyną gospodarzy podopieczni Pawła Janasa zaprezentowali się inaczej niż cztery lata temu zespół Jerzego Engela. Bronili się dzielnie i skutecznie, przegrywając, i to dość pechowo, 0:1, a nie 0:4, jednak w meczu, który trzeba było chociaż spróbować wygrać; poważnie zagrozić bramce rywali się nie udało. Jak w Korei Płd. - dwa mecze i mundial z głowy.

"Spieprzyliśmy to" - nie owijał w bawełnę Artur Boruc, który podkreślił i przypomniał większości kolegów, że w futbolu nie chodzi o to, aby walczyć, ale by wygrywać. Nawet z Niemcami.

W kończącym przygodę z niemieckim mundialem meczu o, powtarzając za piłkarzami, "honor, godne pożegnanie, uratowanie twarzy, radość dla kibiców", zwycięstwo z Kostaryką 2:1, czyli zakończenie podobne jak cztery lata temu w Azji.

Polscy kibice, których na trzech stadionach zasiadło w sumie 70, a może 80 tysięcy, nie mają wątpliwości, że analogia z poprzednimi MŚ powinna być jeszcze jedna - zmiana trenera. Dali temu wyraz wygwizdując Pawła Janasa przed meczem z Kostaryką. Wątpliwości ma za to prezes Listkiewicz, który czeka na raport sztabu szkoleniowego i wiceprezesa PZPN Henryka Apostela przyglądającemu się od kilku miesięcy z bliska, ale biernie, pracy selekcjonera.

Raport sprzed czterech lat nie istnieje, więc jeśli nastąpi kolejne analogia, to w 2010 roku polscy piłkarze znowu pojadą na MŚ "po naukę", nie wyciągając wniosków z azjatycko-niemieckich niepowodzeń. I tylko kibice wierzą, że "już za cztery lata Polska będzie mistrzem świata".

WST, PAP

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: (Tadeusz Stasiuk)

Polecane