Niepogodnie to ja nie chcę

Danuta Hernik/Dziennikarze.net
opublikowano: 25-06-2010, 00:00

Joanna Chmielewska ma dystans do swoich powieści, ale nie lubi, kiedy reżyser gubi ich ducha — z Janem Batorym to się kiedyś o mało nie pozabijali.

Puls Biznesu: Czy zjadłaby pani rybę fugu w restauracji wschodniej?

Joanna Chmielewska: Jeszcze nie zgłupiałam! Nie lubię ryb ani japońszczyzny i chińszczyzny. I nie zjadłabym niczego w takiej restauracji.

Próbuję ustalić pani skłonność do ryzyka...

Ogólnie mam skłonność do ryzyka. Na przykład pożyczam pieniądze różnym ludziom. I głupio na tym wychodzę.Ale nie każdy rodzaj ryzyka akceptuję. Nie będę skakała na banji. Nie w tym wieku. Kiedy mialam 10 lat, skoczyłam w stodole — z belki do sąsieka. Lądowanie mi się nie spodobało. No i tak zostało. Nie skaczę, ale podejmuję ryzyko finansowe.

Ryzykuje pani zdrowie, np. paląc.

Zaczęłam palić dopiero jako trzydziestolatka. Zawsze miałam skłonność do tycia i zawsze chciało mi się jeść. No to zaczęłam palić. Przyzwyczaiłam się tak samo, jak do tego, że ciągle jestem trochę głodna. Bo przecież, gdybym jadła tyle, na ile mam apetyt, to nie ma takich drzwi, przez które bym przeszła. I palę...

Czy pani się śmieje przy pisaniu?

No pewnie! Doskonale się bawię przy pisaniu, a że mam dobre serce, chcę, żeby inni też się dobrze bawili. Piszę uczciwie — to, co myślę, znajduje się w moich książkach, więc jeśli się źle czuję, mam jakieś kłopoty, wtedy znacznie trudniej mi pisać. A niepogodnie to ja nie chcę.

Ale humor chyba dopisuje, bo dorobek pisarski ma pani nie od parady?

Bo ja się nie zajmuję głupstwami, tylko siadam i piszę książki. W końcu kiedyś trzeba odpocząć, prawda? Te wszystkie sprawy związane z codziennością są strasznie męczące. Tylko czekam, żeby usiąść przy komputerze i popisać.

Jest pani za pan brat z technologiami — internetem, nawigacją satelitarną?

Nawigacja satelitarna, proszę bardzo. Podoba mi się i nawet rozumiem, o co tu chodzi. Natomiast panicznie się boję prądu, napisałam w jednej z książek, że dla mnie to gatunek owada. Nie dotknę internetu, chociaż mam komputer. Ale nie jest podłączony do sieci. Nie przeszkadza mu to zadawać mi pytań, których nie rozumiem. Jak mam odpowiedzieć, skoro nie rozumiem? Dzwonię do zaprzyjaźnionego komputerowca, kiedy trzeba, i siedząc ze słuchawką przy uchu, naciskam wszystko, co mi każe. Na tym koniec. Nie umiem wysyłać SMS-ów, nie czytuję ich. Niech więc nikt sobie nie wyobraża, że odpowiem na SMS-a. Dla mnie telefon to urządzenie, dzięki któremu można się porozumieć — na odległość, na poczekaniu, wzajemnie. I nie muszę w nim mieć wodotrysku, fotografii, filmów nakręcanych i odtwarzanych, nie muszę się nim golić. Zwłaszcza że nie golę się codziennie.

Jakie jest pani zdanie o przekładach pani książek?

Podobają mi się tłumaczenia na czeski i słowacki, są o wiele ładniejsze niż moja książka. Ale były zrobione w odpowiedni sposób — najpierw złapanie ducha, następnie przetworzenie na oryginalne zwroty języka przekładu.

A ekranizacje? Jak się pracowało przy filmie "Lekarstwo na miłość" na podstawie powieści "Klin"?

Małośmy się z Janem Batorym nie pozabijali przy scenariuszu, który pisaliśmy wspólnie. Ja się pchałam w komedię realistyczną, Batory szedł w kierunku groteski. I tylko dlatego przeżyliśmy, że tworzyliśmy ten scenariusz w Grand Hotelu, przy kawiarnianym stoliku. U niego w domu był remont, a u mnie dzieci. Nie mieliśmy gdzie pracować. W końcu machnęłam ręką, przystosowałam się do niego. W filmie rządzi reżyser.

A rosyjskie filmy według książek Chmielewskiej?

O Jezu! "Nieboszczyk" to jedyny film, który jako tako trzyma się treści książki. To, że dołożyli tam chińską mafię, to już mniejsza... Brazylijska mafia we francuskim zamku nad Loarą śpiewa i tańczy ruskie pieśni ludowe... A bohaterowie mieli być piękni... Jeśli oni są piękni, to ja jestem arcybiskup.

Autorzy generalnie nie są zadowoleni z ekranizacji swoich książek.

Ja nie znam żadnego zadowolonego...

Czy ktoś się rozpoznał w bohaterze pani książki?

A bo to raz? Jeden obraził się na mnie, ale ponieważ uznał, że nie może się przyznać do braku poczucia humoru, ukrył obrazę i rozmawiał ze mną półgębkiem przez całe dwa lata. Przyjaciółka przybiegła z awanturą piekielną, powiedziała, że mi wytoczy sprawę, tatuś jej kazał. Ale potem zastanowiła się i stwierdziła: "Nie, nie zrobię ci tej przyjemności!".

No i jest jeszcze Joanna...

Mam z nią kłopot. Agatha Christie napisała w swojej autobiografii, że niestety zrobiła błąd, czyniąc Poirota starym od początku. Musiał później żyć 140 lat — mniej więcej — zachowując sprawność umysłową. Już sama nie wiedziała, co ma z nim zrobić. I ja z tą kretynką Joanną też nie wiem, co mam zrobić.

Ale miałyśmy rozmawiać o reklamach, nie o pisaniu i tych wszystkich: "Skąd pani czerpie inspirację do swoich książek?".

Są różne prawdy — święta prawda, cała prawda i gówno prawda. Ja myślę, że reklamy mieszczą się w tej trzeciej kategorii.

Całkowicie! Ale przede wszystkim są szkodliwe, o wiele bardziej nawet niż palenie papierosów, narkotyki i wszystkie inne świństwa. Oszukują społeczeństwo, które zapatrzone w telewizję jak w obraz święty, wierzy w każde słowo padające z ekranu. To jest przerażające. Reklama kredytu pokazana niedawno... Och, jeśli potrzebne ci pieniądze, dziecko wyjeżdża, robisz remont itp., przyjdzie do ciebie urocza panienka, zapuka do drzwi i da ci tysiąc złotych, trzy tysiące... A wszystko to w pięć minut.

No i taki otumaniony człowiek wydaje te pieniądze, zanim dotrze do niego, że to pożyczka i na procent. Bo o tym, że należy to zwrócić, nie jest napisane nawet najmniejszymi literkami na ekranie. A za chwilę różni spece od finansów ubolewają, że społeczeństwo jest straszliwie zadłużone i banki nie mogą odzyskać pieniędzy. No to przepraszam, z jednej strony pcha się te kredyty w ręce, mami widokiem ślicznej panienki, a później płacz i zgrzytanie zębów, że tyle złych kredytów. No to, czego się spodziewać przy takiej reklamie. Taka reklama to świństwo robione społeczeństwu.

Następny obrazek. Nowy model samochodu, rozwija prędkość ponad 100 km/godz. w 3 sekundy. Pytam — gdzie ją rozwija? Na wszystkich drogach ograniczenie prędkości poniżej stu, a najlepiej do czterdziestu. Co mają robić ludzie? Kupować te samochody za ciężkie pieniądze i jeździć po własnym podwórku?

Albo reklamy leków dostępnych w kiosku i suplementów diety, które gwarantują schudnięcie w kwadrans...

Całe to gadanie o dietach jest bez sensu, bo wiadomo — tyje się od jedzenia, chudnie się od niejedzenia. Jedyne, co w reklamach farmaceutycznych jest rozsądne, to uwaga, żeby przed zażyciem zapytać lekarza lub farmaceutę, bo cię może szlag trafić.

Ludzie coraz mniej wiedzą, coraz mniej rozumieją. Są niedouczeni. A przecież kiedyś byliśmy wykształconym narodem. Wiem, bo jeździłam po różnych krajach i widziałam, jak Polacy górują pod tym względem nad innymi. Teraz tego nie ma. Kiedyś Polak więcej dowiadywał się w szkole. Mówił i pisał bez błędów. Co za matoł wymyślił, żeby ograniczyć naukę gramatyki w szkole? Dlaczego? Żeby młodzież miała więcej czasu na balangi?

Żeby się łatwiej żyło.

Ale to właśnie komplikacje gramatyki stwarzają bogactwo naszego języka. Dają możliwość tworzenia niuansów, mnożenia określeń itd. Na co to zamieniamy, na prymitywny, prostacki język i marihuanę?

Proszę pamiętać, że pani należy do elity intelektualnej, jest pani pisarką, a większość naszego społeczeństwa trzeba lokalizować pod względem wykształcenia raczej od matury w dół.

Ale ja umiałam pisać bez błędów już jako dwunastolatka.

I pewnie dlatego tak pani skończyła. Teraz musi pani pisać książki. l

Joanna Chmielewska, czyli mięta z bóbrem

Największa "kryminalistka" Rzeczypospolitej. Autorka blisko siedemdziesięciu książek napisanych z lekkostrawnym poczuciem humoru, m.in.: "Lesio", "Klin", "Całe zdanie nieboszczyka", "Wszystko czerwone". Stworzyła lub spopularyzowała wiele kultowych powiedzonek: "krowo niebiańska!", "wymyślał mu brukowanymi słowami", "ani mnie to zieje, ani grzębi", "do jasnej chropowanej cholery!", "wzrostu siedzącego psa", "czy ta pani, to wasza mać" albo "Mężczyzna, jak wiadomo, składa się głównie z żołądka".

Warszawianka z urodzenia, z wykształcenia architekt. Przez dłuższą chwilę pracowała w zawodzie, tu i gdzie indziej. Jako autorka debiutowała w 1958 r. na łamach "Kultury i Życia". W 1964 r. wydała pierwszą powieść sensacyjną "Klin", zekranizowaną w 1966 r. Od 1970 r. zajmuje się wyłącznie twórczością literacką. Wydaje jedną, dwie książki rocznie, pisze dla przyjemności. Jedyny film nakręcony na podstawie książki, jaki akceptuje, to "Przeminęło z wiatrem" — ze względu na parę głównych bohaterów.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Danuta Hernik/Dziennikarze.net

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu