Nierówna walka o limity na pracę

Joanna Barańska
16-02-2005, 00:00

Blisko 500 polskich spółek walczy o rynek budowlany w Niemczech. Limit zatrudnienia rozdziela polski resort gospodarki. Czy obiektywnie?

Robotnik na niemieckiej budowie zarabia nie mniej niż 1 tys. EUR miesięcznie, czyli przy tegorocznym limicie wynoszącym 13 185 osób sama tylko praca jest warta co najmniej 158 mln EUR. Wartość kontraktów jest oczywiście znacznie większa. Jest się więc o co bić. Pytanie, czy szanse wszystkich zainteresowanych są wyrównane.

Wzorowy rozdział

Polscy pracownicy z branży budowlanej i okołobudowlanych mogą wyjeżdżać do Niemiec na podstawie umowy między rządami Polski i Niemiec z 1990 r. Corocznie strona niemiecka wyznacza przydział tzw. osobomiesięcy (zatrudnienie jednej osoby w ciągu jednego miesiąca), który jest rozdzielany przez polskie Ministerstwo Gospodarki i Pracy na okresy od 1 października do 30 września. Resort dokonuje rozdziału według wzoru, w którym co najmniej jeden element jest uznaniowy. Nic dziwnego, że firmy mają poważne zastrzeżenia.

Ministerstwo uważa jednak, że teraz jest obiektywne, bo przed 2004 r. wzoru w ogóle nie było.

— Współczynnik „Z” jest po to, żeby niektóre firmy nie „wycinały” konkurentów blokując przydział. Współczynnik „a” działa zaś, gdy wnioski wskazują na większe zapotrzebowanie na przydział, niż wynosi limit. Jest ustalany metodą kolejnych przybliżeń, skomplikowanym algorytmem i w tegorocznym rozdziale podstawowym powinien wynosić 0,3. Przyjęliśmy 0,5, żeby wykorzystać limit w jak najwyższym stopniu — broni Stanisław Renowicki, wicedyrektor departamentu administrowania obrotem w resorcie gospodarki, wzoru, który zaprojektował jego departament. Przyznane osobomiesiące są rejestrowane przez niemiecki urząd pracy w Duisburgu.

— Limit przydzielony przez Niemców, przez ministerstwo i faktycznie wykorzystany to zupełnie różne limity. Rozliczamy z Niemcami ten ostatni, a popyt jest na ten drugi, na to, co daje nam resort — wyjaśnia jeden z działających na niemieckim rynku polskich przedsiębiorców.

— Resort powinien tylko akceptować nasze wnioski, a Duisburg niech je weryfikuje według niemieckich limitów. W ten sposób nie byłoby zarzutów, że to ministerstwo blokuje działalność polskich firm, że są firmy równe i równiejsze — mówi inny przedsiębiorca.

Spokojny resort

Żaden nie chce ujawnić nazwiska ani nazwy firmy. W rozmowie z „PB” przyznają, że boją się o przydział osobomiesięcy na kolejne okresy rozliczeniowe. Coś jest jednak na rzeczy, bo resort gospodarki publikował nazwy i adresy firm wykorzystujących limit zatrudnienia, a w tym roku od tego odstąpił.

Stanisław Renowicki broni dobrego imienia resortu:

— My ten limit w rozdziale podstawowym znakomicie przekraczamy. Jest to możliwe, bo część nie zostanie wykorzystana z uwagi na specyfikę tego rynku, a część zostanie zwrócona — zapewnia wicedyrektor.

— I w ten sposób departament administrowania obrotem sam stwarza zasady rozdziału limitu, rozdziela go i kontroluje jego wykorzystanie. Każda sytuacja, gdzie występuje dobro reglamentowane, jest nieprzejrzysta. Jeśli musi to robić strona polska, niech to będzie jakaś agencja, którą można skontrolować, a nie resort gospodarki jako sędzia we własnej sprawie — uważa Julian Korman, szef Stowarzyszenia Polskich Przedsiębiorstw Usługowych w Niemczech (VdPD).

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Joanna Barańska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Nierówna walka o limity na pracę