Niezbędna europejska kuracja

Eugeniusz Twaróg, GN
opublikowano: 08-09-2011, 00:00

Kryzys trwa i nie jest tylko zawirowaniem w systemie finansowym. Ciężka choroba wymaga mocnych leków.

XXI Forum Ekonomiczne w Krynicy-Zdroju

Jesteśmy przed czy po kryzysie? Eksperci są zgodni: w trakcie. I wciąż nie wiemy, co nam dolega

Kryzys trwa i nie jest tylko zawirowaniem w systemie finansowym. Ciężka choroba wymaga mocnych leków.

Trzy lata temu, we wrześniu 2008 r., uczestnicy otwierającego forum w Krynicy panelu zastanawiali się, czy kryzys gryzie, czy tylko szczeka. Tydzień później upadł bank Lehman Brothers. Tytuł jednego z pierwszych tegorocznych paneli ekonomicznego forum brzmiał: "Polska-Europa-Świat — po czy przed kryzysem".

— Odpowiedź jest prosta — jesteśmy w trakcie i nadal nie potrafimy go zdiagnozować — uważa Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP.

Chwieją się fundamenty

— Jesteśmy w środku kryzysu —to diagnoza Grzegorza Kołodki, szefa Centrum Badawczego Transformacji, Integracji i Globalizacji TIGER, uczestnika wspomnianego forum sprzed trzech lat, podczas którego mówił, że kryzys jeszcze szczeka.

Jego zdaniem, tym razem mamy do czynienia z czymś więcej niż drobnym problemem w systemie finansowym.

— Mamy strukturalny kryzys, niedopasowanie rynku i demokracji. Rynek nie gwarantuje uczciwości, a demokracja — wyzbycia się głupoty — mówi były minister finansów.

Zdaniem uczestników panenelu, sam rynek nie poradzi sobie z problemami i konieczna jest skoordynowana akcja rządów i państw.

— Pojedyncze kraje nie decydują o losach świata. Ich wpływ, dotyczy to również Niemiec, jest za mały. UE musi wspólnie znaleźć sposób wyjścia z kryzysu — uważa Peter Tils, dyrektor zarządzający w Deutsche Banku.

Donald Hamilton, dyrektor Centrum Badań nad Relacjami Transatlantyckimi na Uniwersytecie Johna Hopkinsa w USA, zwrócił uwagę, że w przeszłości angażowanie się polityki w rynek nie przynosiło najlepszych owoców.

— Znaleźliśmy się w sytuacji, do której doprowadziły bodźce ekonomiczne i polityczne — mówi Donald Hamilton, przypominając nieodpowiedzialną politykę banków amerykańskich udzielania kredytów hipotecznych osobom, których nie było na to stać. Robiły to, bo politycy chcieli ludziom zapewnić własny kąt bez oglądania się na realia ekonomiczne.

Grzegorz Kołodko podkreślał, że mamy nie tyle kryzys finansowy, ile kryzys wartości, polityki i podstaw ekonomii.

— Musimy wprowadzić globalne rozwiązania. Globalizacji nie da się uniknąć. Konieczne jest przearanżowanie globalnego porządku, a raczej chaosu globalnego — twierdzi Grzegorz Kołodko.

Zbliżenie nieuniknione

Były minister finansów uważa, że niezbędna jest ściślejsza integracja UE. Powołanie unijnego rządu jest, jego zdaniem, nieuniknione.

— To będzie wymagało pracy kolejnego pokolenia. Unia nie ma wspólnej polityki fiskalnej, a to przecież podstawa polityki makroekonomicznej — uważa Grzegorz Kołodko.

Jego zdaniem, euro nie upadnie ze względów politycznych, bo ani Angela Merkel, ani Silvio Berlusconi nie chcą zostać zapamiętani jako grabarze wspólnej waluty. Prof. Kołodko uważa, że skutki krachu eurozony byłyby katastrofalne.

— Byłaby to największa katastrofa od 1945 r. Niewykluczone, że doszłoby do rozwiązania UE. Mógłby to być początek protekcjonizmu, gwałtownie wzrosłoby bezrobocie. W wymiarze społecznym nie skończyłoby się to tak łagodnie jak podczas demonstracji na ulicach włoskich miast towarzyszących ostatnim strajkom — twierdzi Grzegorz Kołodko.

Rządzie, walcz z kryzysem, ale nie tnij inwestycji

Eksperci doradzają, by postawić na rozwój infrastruktury i nie prywatyzować jej operatorów.

Europa Środkowa i Wschodnia ma przewagę nad resztą kontynentu, bo może wiele rzeczy zaczynać od nowa, bez wieloletnich zaszłości — przekonywał Alex Dibelius, dyrektor zarządzający Goldman Sachs podczas XXI Forum Ekonomicznego w Krynicy. Zdaniem ekspertów, żeby dogonić europejskich liderów, trzeba złapać za łopaty i budować.

— Rozwój infrastruktury jest największą szansą dla rozwoju regionu, ale i zagrożeniem, o czym można się było przekonać jadąc do Krynicy — mówi Jan Chadam, prezes Gaz-System.

Na porządne drogi przyjdzie nam jeszcze poczekać. Za to infrastruktury rynku finansowego nie musimy się wstydzić.

— Infrastruktura rynków finansowych jest bardzo dobrze rozwinięta. Gdyby kryzys zdarzył się wcześniej — w latach 90. — nie wiem, czy byśmy go wytrzymali. Teraz sieci połączeń i technologie są na tyle rozwinięte, że poradziliśmy sobie bez problemu — mówi Ludwik Sobolewski, prezes warszawskiej giełdy.

W niebezpieczeństwie

Zdaniem ekspertów, projekty wielkich inwestycji infrastrukturalnych, które są bardzo ważne dla rozwoju regionu, są zagrożone. Niebezpieczeństwo stanowi kryzys.

— W dobie problemów z długiem rządy mają pokusę, by rezygnować z inwestycji w infrastrukturę. Daje to efekt w krótkim terminie, ale w długim ogranicza wzrost gospodarczy. Trzeba umieć ściąć deficyt, nie ograniczając przedsięwzięć rozwojowych — mówi Peter Żaluda, dyrektor generalny Kolei Czeskich.

Ostrożnie prywatyzować

Zdaniem Aleksa Dibeliusa, receptą może być zaangażowanie w rozwój infrastruktury prywatnego kapitału. Eksperci zalecają jednak, żeby prywatyzować ostrożnie.

— Są branże, które mają ogromny wpływ na gospodarkę, a po sprywatyzowaniu jej szkodzą. Tak było np. po sprzedaży operatora systemu przesyłu gazu na Litwie. Inwestor prywatny kieruje się wskaźnikiem zwrotu z zainwestowanego kapitału, podczas gdy rozwój energetyki czy przemysłu gazowego wymaga inwestycji infrastrukturalnych, zanim pojawi się popyt. Te inwestycje, które są impulsem do rozwoju, są potrzebne by cała gospodarka się rozwijała. Prywatyzacja musi być mądra, pod wpływem państwa powinna zostać infrastruktura gazowa, energetyczna itp. To nerw gospodarki, który — jeśli trafi w ręce prywatne — będzie oceniany wyłącznie przez pryzmat zwrotu na kapitale — mówi Jan Chadam.

Peter Żaluda przywołał przykład kolei w Wielkiej Brytanii, gdzie prywatyzacja zaszkodziła firmie.

Miliardy znowu zaleją samorządowców

Bogate kraje dostrzegły, że wspieranie samorządów może chronić przed kryzysem.

Samorządy nie powinny się martwić — w unijnej perspektywie finansowej na lata 2014-20 strumień dotacji do lokalnych władz nie powinien się zmniejszyć. Polski rząd wierzy, że w czasie zbliżających się negocjacji między krajami członkowskimi uda się utrzymać ważną rolę samorządów w dystrybuowaniu pomocy.

— W obecnym rozdaniu polskie samorządy dostały do podziału 25 mld EUR. Nie sądzę, by w nowej puli było mniej — oświadczyła Elżbieta Bieńkowska, minister rozwoju regionalnego.

Przedstawiona w ostatnich miesiącach przez Komisję Europejską wstępna propozycja budżetu siedmioletniego utrzymuje decentralizację rozdzielania funduszy unijnych. Na jesieni rozpoczną się jednak negocjacje między rządami państw o ostateczny kształt budżetu.

Gotowa broń

— Propozycja KE jest dla nas satysfakcjonująca. Samorządy nadal są tam filarem rozdzielania pieniędzy. Obawiamy się jednak, co z tym dobrym pomysłem zrobią rządy państw w Radzie Europejskiej — mówi Mercedes Besso, przewodnicząca Komitetu Regionów Unii Europejskiej — instytucji reprezentującej we wspólnocie europejskie samorządy.

Jej zdaniem, kryzys może skłonić część państw do ograniczania znaczenia polityki regionalnej w unijnym budżecie. Bogatsze kraje mogą mniej chętnie wspierać biedniejsze polskie regiony.

— Takie sygnały do nas docierają. To jest zagrożenie — mówi Mercedes Besso.

Jednak według Elżbiety Bieńkowskiej, właśnie kryzys coraz częściej jest argumentem dla rządów państw, że polityka regionalna powinna być utrzymana w obecnej formie.

— To jest instrument, jakiego nie mają inne regiony — USA czy Chiny. Polityka regionalna to gotowe narzędzie, dzięki któremu władze Unii mogą w najbardziej efektywny sposób "pompować" pieniądze w gospodarkę. Fundusze docierają do miejsc — firm, samorządów, pracowników — w których mogą pracować najlepiej. Unia ma doświadczenie w posługiwaniu się tym narzędziem i powinna je wzmacniać, by walczyć nim z kryzysem — mówi Elżbieta Bieńkowska.

Czas start

Minister zaznacza jednak, że polityka regionalna nie powinna być przedstawiana jako działalność Robin Hooda.

— Jeśli będziemy mówić, że bogaci mają wspierać biednych, część krajów może być przeciw. Musimy pokazywać, że każdy region warto wspierać, również te biedniejsze — mówi minister rozwoju.

Podobnego zdania jest Hanna Gronkiewicz-Waltz, prezydent Warszawy.

— Duże, bogate miasta też mają duże potrzeby: obwodnice, linie metra, rewitalizacja części zabudowań — przekonuje prezydent.

Choć minie jeszcze prawdopodobnie kilka miesięcy, zanim znane będą szczegóły unijnego budżetu siedmioletniego, Elżbieta Bieńkowska namawia władze województw, by już teraz tworzyły nowe regionalne programy operacyjne.

— Cały czas mam nadzieję, że nie będzie poślizgu i z początkiem 2014 r. Unia ruszy z nową perspektywą. To oznacza, że 2013 r. to będzie czas negocjacji z komisją programów operacyjnych, wiec w 2012 r. samorządy powinny mieć gotowe projekty — mówi Elżbieta Bieńkowska.

Biznes postawi na obligacje

540 mld zł — takie są potrzeby inwestycyjne polskich firm do 2030 r. Skąd brać na nie kapitał?

170 mld zł trzymają firmy w depozytach bankowych. W stosunku do ubiegłego roku wartość oszczędności korporacyjnych wzrosła o prawie 30 mld zł.

— Jestem aktywny zawodowo od 30 lat i tak płynnych przedsiębiorstw nie widziałem — mówił Cezary Stypułkowski, prezes BRE Banku podczas panelu "Rola rynków kapitałowych w finansowaniu przedsiębiorstw".

Firmy odkładają pieniądze, bo tego nauczyły się podczas kryzysu.

— Po kryzysie banki mocno zaostrzyły warunki kredytowania, co wielu klientów zaskoczyło. Stąd konserwatyzm firm wobec finansowania kredytem i problem banków z uplasowaniem kredytów — stwierdza prezes Stypułkowski.

Komfort dla dużych

Jacek Krawiec, szef PKN Orlen, potwierdził tę diagnozę na przykładzie swojej spółki.

— Na koniec pierwszego półrocza mieliśmy na rachunkach około 2 mld zł. W pierwszej kolejności wydatki na inwestycje będą pochodziły z własnych zasobów — mówi prezes Krawiec.

Orlen ma ten komfort, że może korzystać z całej palety produktów finansowych — od kredytów po obligacje. I z tymi ostatnimi wiąże coraz więcej planów.

— To jest mały rynek, ale cały czas rośnie. W tym roku wartość uplasowanych obligacji wyniosła 17 md zł, a w całym 2010 r. — 11 mld zł. Dla nas jest to za mały rynek i nie oferuje dostatecznie atrakcyjnych warunków, ale wiążemy z nim duże nadzieje — mówi szef Orlenu.

Jan Krzysztof Bielecki, były prezes Pekao, z satysfakcją zwrócił uwagę na niewielki lewar polskich przedsiębiorstw i niskie zadłużenie w walutach obcych.

— Udział foreksu w całym portfelu wynosi około 4 proc. w stosunku do PKB, grubo poniżej zadłużenia krajów z naszego regionu — mówi Jan K. Bielecki.

Dług z potencjałem

Według danych, które przytoczył, polskie firmy potrzebują 540 mld zł na inwestycje do 2030 r. To, że obecnie podchodzą wstrzemięźliwie do inwestowania, może wynikać z ograniczonej liczby projektów. Były premier widzi też jednak bariery istniejące na rynku.

— Opłaty przy emisjach papierów korporacyjnych są wysokie. Obniżka byłaby dobrą drogą do ożywienia tego rynku — mówi były premier.

— Nie jest tak, że koszty emisji i wprowadzenia na rynek są wygórowane. Gdyby tak było, to nie byłoby emisji o wartości 2-4 mln zł, bo wtedy koszt byłby zabójczy — ripostuje Ludwik Sobolewski, prezes GPW.

Jacek Krawiec wierzy w rozwój rynku obligacji. Jego zdaniem, firmy będą przestawiały się na ten rodzaj finansowania.

— Rynek długu korporacyjnego ma potężny potencjał. Powstanie Catalist jest pierwszym krokiem. Potrzebna jest teraz edukacja, tak jak przy powstawaniu giełdy. Kapitał zagraniczny jest bardzo drogi, a poza tym nie toleruje transakcji poniżej 500 mln euro — uważa Cezary Stypułkowski.

Jan Krzysztof Bielecki twierdzi, że rynek obligacji nie może się rozwijać, jeśli nie ma przejęć, które można byłoby nimi finansować.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Eugeniusz Twaróg, GN

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu