Nowa ustawa o grach po myśli e-hazardu

Dawid Tokarz
opublikowano: 10-11-2009, 00:00

Jedną część rynku hazardu

Gry i zakłady w sieci pozostaną poza kontrolą fiskusa

Jedną część rynku hazardu

rząd zdelegalizuje, drugiej

podniesie podatki. Ktoś

na tym może sporo zyskać.

Dziś rząd Donalda Tuska przyjmie projekt ustawy hazardowej. Premier chce, by już przed końcem listopada trafiła na biurko prezydenta Lecha Kaczyńskiego. I wiele wskazuje na to, że tak się stanie. Politycy są bowiem zgodni: ze względów społecznych hazard w Polsce trzeba ograniczyć. Tyle że nowa ustawa da się we znaki tylko rodzimym firmom. Spółki z rajów podatkowych, organizujące gry i zakłady w internecie, śpią spokojnie. Jeśli odczują zmiany, to tylko na lepsze.

Czcze obietnice

Od ogłoszenia hazardowej rewolucji premier Donald Tusk i podlegający mu urzędnicy nie kryją, że na celowniku są głównie dwa sektory, najbardziej, ich zdaniem, zagrożone ryzykiem uzależnienia (także wśród młodych ludzi): gry na automatach i hazard internetowy. Ustawa, którą dziś przyjmie rząd, zakłada, że prawie wszystkie z ponad 60 tys. tzw. jednorękich bandytów zostaną zdelegalizowane. Zostanie mniej niż 2 tys. maszyn, które będą mogły stać tylko w kasynach, a wszystkie inne sektory hazardu będą płacić wyższe niż dziś podatki. Rządowy projekt nic jednak nie wspomina o hazardzie w sieci.

— Zapisy o zakazie e-hazardu zostały z niego wyłączone, bo będą musiały być notyfikowane przez Unię Europejską — tłumaczy Jacek Kapica, wiceminister finansów, odpowiadający za prace nad nową ustawą.

To oznacza blisko rok zwłoki. A nie wiadomo, kiedy projekt dotyczący e-hazardu trafi do UE. Zdaniem wielu ekspertów, zakaz hazardu w sieci jest nie do wyegzekwowania. Ich opinie podzieliło właśnie MSWiA. Witold Drożdż, wiceminister spraw wewnętrznych i administracji, sugeruje, że dużo lepszym rozwiązaniem byłoby zalegalizowanie tej działalności. Co ciekawe, jeszcze w kwietniu 2008 r. tak samo uważał Jacek Kapica. Zapowiadał wtedy, że przed końcem 2008 r. rząd przyjmie odpowiedni projekt ustawy. Nie zrobił tego do dziś.

— Właśnie brak jakiejkolwiek regulacji e-hazardu to młyn na wodę zagranicznych operatorów. Ściągają z polskiego rynku między 2 a 3,5 mld zł rocznie, a nie płacą żadnych podatków. My mamy niższe przychody, płacimy podatki, a nasi klienci w internecie grać nie mogą — narzeka szef jednej z tradycyjnych firm bukmacherskich.

Im status quo na rękę

I dodaje, że legalizacja e-hazardu dałaby rządowi nie tylko wpływy podatkowe, ale też kontrolę: klient pierwszy raz przychodziłby do realnego punktu, udowadniał pełnoletniość, rejestrował się i dopiero potem mógł grać w sieci.

— To pomysł wart pilnego rozważenia. Zagraniczne serwisy oferują nie tylko zakłady sportowe, gry w karty i ruletkę, ale też wirtualne automaty, które u nas są delegalizowane. Oczywiste jest, że część graczy przeniesie się do sieci. A rząd zostanie z ręką w nocniku: bez wpływów z podatków i bez jakiejkolwiek kontroli nad tą działalnością —ocenia ekspert rynku hazardu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dawid Tokarz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu