O co chodzi - na razie nie wiadomo

Jerzy Głuszyński
opublikowano: 08-02-2007, 00:00

Zmiany w składzie gabinetu to coś w rodzaju „jazdy obowiązkowej” skutecznego rządzenia. Już samo ich zapowiadanie przynosi profity, koncentrując uwagę opinii publicznej oraz powodując permanentną mobilizację ministrów. Ważne, aby metoda nie zużyła się zbyt szybko i nie była zbyt łatwa do rozszyfrowania. Ta lekcja została odrobiona poprawnie. Pierwsze zmiany nastąpiły i okazały się (w przypadku Ludwika Dorna) zaskakujące. A zatem praktykowany przez premiera mechanizm rządzenia jeszcze się nie wyczerpał. Nikt nie może być pewny posady, ale nikt też nie może z góry założyć, że „ministrowie z warunkami” zostaną skreśleni.

Rządowymi zmianami nie rządzą media czy tzw. opinia publiczna, co z grubsza oznacza to samo. Ba, jest nawet odwrotnie — najmocniejsze pozycje zdają się obecnie mieć ministrowie… najintensywniej wzywani do odejścia. Czy jest w tym jakaś prawidłowość? Pewnie jest, ale nie bardzo wiadomo, jaka — może tylko socjotechniczna, czyli polityczna, a nie programowa.

Na razie decyzje kadrowe nie dotknęły resortów gospodarczych. Dobrze czy źle? To zależy, skąd bowiem można dziś wiedzieć, czy następcy byliby lepsi, czy gorsi. Dla czytelników „PB” to raczej dobrze, bo nadmierna koncentracja uwagi rządu na gospodarce rzadko jej wychodzi na zdrowie. Priorytetem premiera są tzw. resorty siłowe i pewnie tak zostanie. Kolejny raz się okazuje, że przewidywanie przyszłości jest trudne, a tej politycznej — chyba wręcz niemożliwe.

Jerzy Głuszyński

wiceprezes Pentor Research International

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jerzy Głuszyński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy