O pernambułę idzie ostry bój na filipinki

Jacek Zalewski
opublikowano: 18-03-2008, 00:00

Jeśli tytuł komentarza okazuje się na pierwszy rzut oka kompletnie niezrozumiały czy błędny — to autorowi właśnie o to chodziło. Dokładnie tyle samo polskie społeczeństwo pojmuje z toczącego się od tygodnia absurdalnego sporu Prawa i Sprawiedliwości z Platformą Obywatelską — oraz mniejszymi sejmowymi partiami — o ratyfikację traktatu z Lizbony. A co się tyczy tytułowej pernambuły, to jest to nowotwór słowny równoprawny filipinkom — według językoznawcy Przemysława Edgara Gosiewskiego tak się nazywają gwałtowne, oskarżycielskie ataki słowne.

Porządek dzienny 10. posiedzenia Sejmu optymistycznie przewiduje na dokończenie drugiego czytania ustawy ratyfikacyjnej zaledwie pół godziny — wszak chodzi jedynie o standardowe skierowanie rządowego projektu do dalszych prac w komisji. Można jednak postawić każde pieniądze, że drugie czytanie potrwa znacznie dłużej, a zaczepne granaty filipinki — żeby już trzymać się klasyka — zostaną odbezpieczone już dzisiaj. Jednak wciąż będą to tylko harce — finalne starcie o Lizbonę, zakończone głosowaniem, odbędzie się w Sejmie dopiero po Wielkanocy.

Absurdalność sporu dodatkowo potęguje okoliczność, że o jego przedmiocie pojęcia nie ma nie tylko statystyczny Polak, lecz także większość posłów — no, poza członkami obu merytorycznych komisji (spraw zagranicznych oraz do spraw UE). Pal sześć preambułę, która nie tworzy jakiejkolwiek normy prawnej czy to w ustawie, czy w uchwale. Ale klub PiS da się w ciemno pokrajać za wstawienie do ustawy dodatkowego artykułu z takim tekstem: „mogą wyrazić zgodę na przyjęcie jakiegokolwiek projektu, który miałby na celu zmianę lub uchylenie decyzji, o której mowa w protokole w sprawie decyzji Rady odnoszącej się do wykonania artykułu 9c ustęp 4 traktatu o Unii Europejskiej i artykułu 205 ustęp 2 traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej w okresie między 1 listopada 2014 r. a 31 marca 2017 r. i od 1 kwietnia 2017 r., lub któregokolwiek z jej przepisów albo który miałby na celu pośrednią zmianę zakresu zastosowania lub znaczenia tej decyzji przez zmianę innego aktu prawnego Unii Europejskiej…”

Niezależnie od niekonstytucyjności takiej propozycji, to prawny bełkot — nawet jak na standardy międzynarodowych umów, które nie są pisane ciepłym językiem miłości. Na dodatek traktat z Lizbony ma charakter rewizyjny, konstrukcję aktu nowelizującego traktaty poprzednie (zresztą już kilka razy zmieniane) i okazuje się w zrozumieniu trudny do kwadratu. W tę potężną cegłę (dwuczęściowy druk sejmowy liczy... 830 stron) wgryzałem się kilka godzin i mogę powiedzieć, że ledwie poznałem strukturę traktatu — do zrozumienia jego sensu trzeba poszczególne zapisy żmudnie nanosić na treść traktatów zmienianych.

Prezydent Lech Kaczyński, który konstytucyjnie jest organem ratyfikującym traktat — na podstawie ustawy lub wyniku referendum — wczoraj zapo-wiedział przygotowanie własnej wersji ustawy ratyfikacyjnej. Jeśli miałby to być projekt takiej jakości, jak noweli-zacja Konstytucji RP w poprzedniej kadencji — to lepiej niech nawet nie próbuje. Wszystko wskazuje, że wojna o traktat skończy się antagonistycznym głosowaniem Sejmu, a potem wrócimy do dzielącego Polskę referendum. Ech, pamiętam, że 13 grudnia 2007 r. w Lizbonie świeciło nam nad trakta-tem takie piękne słońce…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu