Odtrutka na szary dres

  • Alina Treptow
27-08-2015, 22:00

Chi-Chi Ude to afrykańska sztuka marynarki. Made in Poland.

W dzieciństwie afrykańskie korzenie czasem przeszkadzały na opolskim podwórku, lecz dziś Chi-Chi Ude, projektantka polsko-nigeryjskiego pochodzenia, czerpie ze swego dziedzictwa. Etniczność i afrykańskie wzory, jakie wykorzystuje, projektując ubrania, można podziwiać na wystawie Sztuka Marynarki w żoliborskiej galerii Wystawa. Zamiast ram są manekiny, zamiast płócien — marynarki z duszą. Oprócz czerni i granatu — paleta barw, festiwal kolorów, niekonwencjonalnie łączone wzory.

Wyświetl galerię [1/2]

Chi-Chi Ude rzuciła korporację, by zająć się modą. Barwne stroje projektantki zachwycają wszystkich, którzy kolorem podkreślają osobowość Zofia Gawryś

— Wiele tkanin przywiozłam zza granicy, między innymi z rodzinnej Nigerii, a część nadruków sama zaprojektowałam — wyjaśnia Chi-Chi Ude.

Trudno jej nie zauważyć na rynku polskiej mody niszowej, bo od kilku lat króluje na nim szary dres. A projektantów, którzy chcą i potrafią bawić się kolorami, można policzyć na palcach jednej ręki. Nie dziwota, że Chi-Chi Ude dostrzegła między innymi Dorota Wróblewska, producentka pokazów i promotorka mody, która zaprosiła projektantkę na tegoroczny czerwcowy Warsaw Fashion Weekend. Chi-Chi Ude zastrzega, że choć to jej pierwsza pełna kolekcja, projektowała już wcześniej, ale z ograniczoną paletą barw.

— Byłam bardziej monochromatyczna — wybierałam szarość, czerń. Wynikało to chyba z tego, że miałam ochotę wtopić się w otoczenie. Bałam się, że jeśli pójdę, również w modzie, trochę inną drogą, zostanie to źle odebrane. Tymczasem okazało się, że takich freaków jak ja jest znacznie więcej — żartuje Chi-Chi Ude.

Jej tradycyjnie skrojone, ale papuzie marynarki wybierają głównie artyści muzycy. Tak bardzo przypadły im do gustu, że niejeden zapukał do pracowni i wyraził chęć, by to Chi-Chi zajęła się jego scenicznym wizerunkiem. Dobijające się do jej drzwi przedstawicielki płci pięknej — nie tylko artystki, ale też lekarki, prawniczki, motocyklistki — namówiły projektantkę do stworzenia linii damskiej już dostępnej od kilku tygodni.

— Moją pierwszą klientką i muzą była jedna z najbliższych mi osób — moja siostra Ifi Ude [wokalistka — red.]. To dla niej od początku projektowałam wielobarwne stroje. Ona też po części mnie zainspirowała do zmiany, bo choć projektowałam od zawsze, zawodowo robię to od jakichś dwóch lat. Pewnego dnia doszłam do wniosku, że jeśli ona odważyła się spróbować i osiągnęła na artystycznym polu tak duży sukces, mimo że pochodzimy z rodziny lekarsko-handlowej, czemu mnie miałoby się nie udać? W końcu płynie w nas ta sama krew — wspomina Chi-Chi Ude.

Seksowna wiedźma

Zejście z obranej drogi menedżerskiej, na której odnosiła sukcesy, wcale nie było łatwe. To był gwałtowny skręt.

— Studiowałam ekonomię w Wyższej Szkole Biznesu w Nowym Sączu. Jeszcze podczas studiów dostałam półroczne stypendium w Paryżu, z sześciu miesięcy zrobiły się trzy lata. W trakcie studiów była też praca, później kolejne: brytyjska firma organizująca szkolenia, w Polsce biura architektoniczne… Chociaż czas pokazał, że nie był to do końca mój świat, poprzeczkę zawiesiłam sobie wysoko. Chcę jednak zaznaczyć, że doświadczenie i ogólną wiedzę o rynku wykorzystuję, zarządzając własną firmą — mówi Chi-Chi Ude.

Prowadzi ją od dwóch lat, ale nie od razu rzuciła się w modową czeluść. Były jakieś tłumaczenia, stylizacje oraz… sztuczne nosy. Razem z ówczesnymi współpracownikami przygotowywała filmowe stroje i charakteryzacje. Choć brakowało zawodowego wykształcenia, pomogły zdolności manualne, upór, determinacja i ciężka praca. A ograniczone budżety pobudzały kreatywność.

— Przygotowywałam na przykład charakteryzację do filmu „Córy wody”, realizowanego przez studentów łódzkiej filmówki. Film był zrobiony z rozmachem i miał świetnie przygotowane zaplecze. Naszym zadaniem było stworzenie nietypowej wiedźmy morskiej — jednocześnie seksownej, bardzo zmysłowej i nieco etnicznej. To niesamowite wyzwanie, również technicznie, szczególnie że była to duża konstrukcja — ogon został zrobiony z pianki, którą uszczelnia się m.in. okna — wyjaśnia Chi-Chi Ude.

Odwaga kobiet

Potem weszła na drogę mody. Praca po nocach. Nie ma przebacz. I choć, jak tłumaczy, cały czas wydaje się jej, że dopiero zaczyna, kilka kroków już zrobiła. Ogarnęła zaplecze produkcyjne, bo to dla niej ważne, by jej rzeczy powstawały w Polsce, a pracownicy byli godnie wynagradzani. Taki biznesowy fair play.

— Staram się dużo robić sama, by nie wydawać pieniędzy, kiedy nie muszę. Choć jeszcze rok temu Photoshop czy Illustrator były dla mnie czarną magią, dzisiaj obrabiam zdjęcia i projektuję nadruki. Zaprojektowałam wizytówkę i z minimalną pomocą przyjaciela stworzyłam stronę internetową. Muszę jeszcze wziąć kilka lekcji konstrukcji odzieży i szycia, zresztą po latach wracam na uczelnię — tym razem na warszawską ASP, o czym zawsze marzyłam, ale nigdy się nie zdecydowałam.

Po trzydziestce, jak widać, kobiety mają nie tylko większą odwagę, ale też wiedzą, czego chcą — puentuje Chi-Chi Ude. &

© Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Alina Treptow

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Odtrutka na szary dres