Ofiary "powodzi stulecia" mogą starać się o odszkodowania od państwa - prasa

Polska Agencja Prasowa SA
opublikowano: 08-11-2005, 07:48

Zgodnie z orzeczeniem Sądu Najwyższego, poszkodowani w czasie lipcowej powodzi 1997 roku mogą starać się o odszkodowania od Skarbu Państwa - informuje "Słowo Polskie Gazeta Wrocławska".

Zgodnie z orzeczeniem Sądu Najwyższego, poszkodowani w czasie lipcowej powodzi 1997 roku mogą starać się o odszkodowania od Skarbu Państwa - informuje "Słowo Polskie Gazeta Wrocławska".

Stratom, jakie spowodował kataklizm w 1997 roku można było zapobiec. Wystarczyło tylko ogłosić alarm przeciwpowodziowy i pozwolić mieszkańcom ratować swoje domy i miejsca pracy. Taki wniosek płynie z orzeczenia, jakie wydał 4 listopada Sąd Najwyższy, rozpatrujący sprawę podwrocławskiego przedsiębiorstwa ogrodniczego w Siechnicach.

Firma pozwała Skarb Państwa, domagając się 12 milionów odszkodowania za zatopione powodziową falą szklarniowe uprawy kwiatów i pomidorów. Postępowanie toczyło się bardzo długo, a sprawa przeszła przez kolejne instancje. W zeszły piątek sędziowie uznali, że skoro już 9 lipca rano wiadomo było, że do Wrocławia nadciąga woda, to nie powiadomienie na czas o zbliżającym się niebezpieczeństwie świadczy o winie funkcjonariuszy państwowych.

Czy ten wyrok sprawi, że Skarb Państwa będzie musiał zapłacić nie tylko siechnickim ogrodnikom, ale i dziesiątkom innych przedsiębiorców? - To orzeczenie Sądu Najwyższego może wywołać lawinę pozwów - uważa mecenas Anna Ślęzak. - Ten wyrok to swego rodzaju zasada, którą sąd ustalił w tej sprawie. Uznał, że urzędnicy nie ostrzegli na czas o niebezpieczeństwie siechnickiego zakładu. To oznacza, że inni też dowiedzieli się za późno. Każdą tego typu sprawę sąd rozpatrzy indywidualnie, ale orzeczenie Sądu Najwyższego z pewnością będzie brane pod uwagę.

Wrocławski Polifarb po powodzi był biedniejszy o niemal 12 złotych. Tak dużo, bo nie było żadnych przygotowań - pod wodą znalazły się sypkie farby, puste puszki i plastikowe kubełki, czekające na napełnienie, maszyny i urządzenia oraz pomieszczenia biurowe. W Polifarbie jeszcze nikt nie zastanawiał się, czy trzeba pójść do sądu.

Doktor Tomasz Turek dobrze pamięta powódź sprzed ośmiu lat. W nocy, gdy woda zalewała Wrocław, miał dyżur w Szpitalu Specjalistycznym im. Marciniaka na ul. Traugutta. - Nigdy nie zapomnę tego, co się wówczas stało - opowiada lekarz. - Obkładalismy sprzęt workami z piaskiem. Ratowalismy, co się tylko dało. Ale tomograf komputerowy został całkowicie zniszczony. Tylko dzięki hojności sponsorów udało się kupić nowy: lepszy i nowocześniejszy.

Lekarz przyznaje jednak, że nawet gdyby pracownicy szpitala wcześniej wiedzieli o nadchodzącej powodzi, decyzja o przeniesieniu specjalistycznego sprzętu byłaby trudna.

- To są urządzenia, z którymi trzeba się ostrożnie obchodzić - wyjaśnia dr Tomasz Turek. - Przenoszenie sprzętu mogłoby go uszkodzić. Trzeba pamiętać, że w tych anormalnych okolicznościach szpital musiał działać: leczyć i ratować ludzi. Nowy tomograf jest na kółkach i w każdej chwili można go wywieźć z pomieszczenia.

Wojewoda, który reprezentuje Skarb Państwa, nie obawia się lawiny pozwów. Jego rzecznik uważa, że procesy o odszkodowanie będą toczyć się w latami, a wysokości zasądzonych odszkodowań mogą być niższe od kosztów procesowych.

- Trudno będzie udowodnić przed sądem, że straty są skutkiem zbyt późnego powiadomienia o nadchodzącej fali powodziowej - uważa Paweł Czuma, rzecznik wojewody dolnośląskiego. - Wydaje mi się, że trudno było wówczas przewidzieć to, co się stało. To była katastrofa, której rozmiary zaskoczyły wszystkich. Jeśli poszkodowani pójdą do sądu walczyć o odszkodowania za zniszczone mienie, wojewoda będzie występował w interesie Skarbu Państwa.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Polska Agencja Prasowa SA

Polecane