Optycznie odchudzony

Jerzy Turbasa
24-02-2006, 00:00

Szyk w rozmiarze XXL? Możliwy, gdy garnitur, niczym zaczarowany przez Copperfielda, ukrywa to, czego w figurze za dużo...

 

Już dziesięć wieków temu Arabowie wynaleźli cukier — wyrabiali go z „trzciny indyjskiej”. Gdy przywieźli go do Europy krzyżowcy, był drogi i sprzedawały go apteki. W 1533 r. obowiązywało jakże mądre rozporządzenie: nabywcy mogą otrzymać cukier, jeżeli przysięgną, że będzie aplikowany jedynie chorym. Łakomczuchów karano więzieniem! Tak, tak! Dziś część panów prędzej się udusi, niż przyzna, że istnieje jakakolwiek zależność między trzema apetycznie wyglądającymi krwistymi befsztykami a centymetrami w biodrach.

Popuszczanie... szelek

A trzeba sobie przypomnieć, że podstawowym oparciem konstrukcyjnym spodni staje się talia lub jak kto woli — pas. Prawdziwy kłopot zaczyna się, gdy na tej wysokości pojawia się podatek od jedzenia, czyli nadmiernie rozrośnięta narośl, zwana też nie bez powodu „piwnym mięśniem”. I oto spotykamy się z ową pantomimą daremnych usiłowań podciągania spodni, które z braku punktu oparcia jakże wzorowo ilustrują prawo ciążenia. Równie złudnym ratunkiem staje się przewlekanie przez szlufki paska i ściskanie w pasie. Efekt jest ten sam — zamiast skupiać się w pracy na istocie problemu, naszą uwagę, szczególnie rąk, zajmuje manewr nieustannego podciągania pasa spodni. Niezłymi demonstratorami tego okazują się niektórzy parlamentarzyści w czasie udzielania telewizyjnych wywiadów, usilnie starając się zilustrować tezę Makbeta, że „dostąpienie zaszczytów jest jak nowe ubranie — czas, by się ułożyło”.

Jedynym właściwym rozwiązaniem staje się oczywiście skorzystanie z szelek, co od lat bez najmniejszego oporu czynią pragmatyczni Amerykanie. Oczywiście szelki najwyższej jakości, w kolorze garnituru, nie na żadne „żabki”, ale solidnie zapinane do spodni na guziczki. Wówczas spodnie mogą być luźniejsze w pasie, a komfortu tego rozwiązania doznają panowie przy dłuższym zasiadywaniu.

Magiczne prążki

Jedna z zasad dobrego ubierania się — nie szkodzić sobie. Znając zasady bezwładności naszego oka, warto spróbować skutecznie je oszukać — „wyciągnąć” sylwetkę i optycznie ukraść kilkanaście kilogramów. Zatem nie skracamy się i dlatego zapomnieć musimy o wynalazku Edwarda VII — mankietach.

Już niezawodna Chanel mawiała, że „elegancja tkwi w linii”. Zatem odpowiedni krój garnituru może zatuszować sylwetkę. Przejdźmy do marynarki, która musi przeciwstawić odpowiednią szerokość ramion obwodowi w pasie i biodrach. To mało, należy zneutralizować linię brzucha przez wyrobienie w tkaninie klatki piersiowej. Zapomnieć należy o dwurzędówce z wielu, w tym i „optycznych”, powodów. Zatem poprzestać musimy na jednorzędowym zapięciu ze szczególnym zwróceniem uwagi na rozchodzenie się linii marynarki dołem, które to linie skutecznie tną optycznie sylwetkę na wysokości bioder. Niebywale istotna w tej grze z nadmiarem wydaje się być kolorystyka garnituru i faktura. Ta ciemniejsza i delikatne tenisy czy prążki są szczególnie zalecane, bo sama ich magia potrafi ująć wiele kilogramów. Luminarze elegancji jak ognia unikają w takiej sytuacji niezwykle ostatnio modnych tkanin z połyskiem. Te potrafią nie tylko podkreślić każde zaokrąglenie, zdynamizować każdy przerost, ale i ujawniają nawet najmniejsze zmięcie tkaniny, czego na fakturze matowej, pochłaniającej światło, raczej nie zauważymy.

Prawdziwi bywalcy wiedzą, jaki efekt przy ciemnym garniturze daje poruszanie się w rozpiętej marynarce, gdy pionowy pasek kontrastowo jasnej koszuli skutecznie przecina sylwetkę. A na koszuli z kolei czyni to... kontrastowy krawat. Zatem przy mniej formalnej okazji jest to zabieg szczególnie zalecany. Staramy się unikać przecięć w tylnej dolnej części marynarki — tzw. szliców. Przy wstawaniu z fotela, samochodowego zwłaszcza, z tyłu pozostają bardzo niekorzystne zmięcia.

Traktowanie anatomii

Jedynym zalecanym krawiectwem staje się to miarowe. Gdy się go unika, wówczas elegancji i szyku na naszych ramionach może pojawić się tyle, ile w kwicie na węgiel. Istnieje duże prawdopodobieństwo, graniczące z pewnością, że gotowe garnitury nie tylko obnażą anatomię, ale wręcz podkreślą. Pojawią się poderwane względem tyłu przody marynarki, wiszące pachy, nastąpi zwijanie się materiału za kołnierzem, a naprężona tkanina na plecach i w rękawach dojdzie do wartości daleko przekraczających maksymalne.

Nie można stać się ilustracją kwestii Chochoła z „Wesela” — „ubrałem się w com ta mioł”. Anatomia potrafi się mścić za niewłaściwe potraktowanie. Równie skutecznie, jak to było w przypadku ślubu Winstona Churchilla. Wszyscy byli wstrząśnięci garniturem pana młodego, a jedna z gazet pozwoliła sobie napisać, że ślub był jedną z największych klęsk w dziedzinie ubioru.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jerzy Turbasa

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Optycznie odchudzony