Optymiści powoli żegnają bessę

Adrian Boczkowski, Grzegorz Nawacki
opublikowano: 17-04-2009, 00:00

Po odważnej deklaracji twórcy Quercus TFI zapytaliśmy innych zarządzających, czy to nie koniec bessy. Większość doradza ostrożność.

Sebastian Buczek w środę, specjaliści ING w czwartek – oni już ogłosili kolejny etap na rynku, czyli stabilizację. Twierdzą, że dno już było

Po odważnej deklaracji twórcy Quercus TFI zapytaliśmy innych zarządzających, czy to nie koniec bessy. Większość doradza ostrożność.

Przybywa odważnych, którzy wieszczą koniec bessy. Zarówno na podstawie fundamentów, jak i analizy technicznej.

— Można uznać, że przeszliśmy do kolejnej po bessie fazy kryzysu, czyli do konsolidacji — mówił w środę Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI.

Dodał, że z dużym prawdopodobieństwem lutowy dołek na GPW był dnem bessy, a prognoza Quercus TFI o 30 tys. pkt dla WIG na koniec roku jest aktualna (WIG dziś jest wart 28,2 tys. pkt).

O nowym rozdziale na GPW mówią też specjaliści z ING Securities. Choć zwracają uwagę na wykupienie rynku i niepokonane jeszcze ważne poziomy oporu, to podkreślają zdecydowaną zmianę sytuacji.

"Mamy wyraźne sygna- ły przełamania długoter- minowego trendu spadkowego potwierdzone zwiększonym wolumenem obrotu i klasyczną formacją odwrócenia trendu" — napisali analitycy ING Securities we wczorajszym komentarzu porannym.

Czy skok WIG20 w półtora miesiąca o ponad 30 proc., a kursów niektórych spółek o setki procent oznacza narodziny nowej hossy? Poszliśmy za ciosem i zapytaliśmy zarządzających. Kto jak nie oni ma dać sygnał do zmiany trendu?

Jeszcze nie hossa

Specjaliści z funduszy są z reguły ostrożni, ale jednocześnie przyznają, że powrót WIG20 w okolice 1250 pkt jest mało prawdopodobny. Zarządzający OFE Polsat Wojciech Olszewski zauważa, że kursy wielu spółek osiągnęły dno już w zeszłym roku, a sygnały budowy nowego trendu są wyraźne (czytaj komentarze obok). Tymczasem zarządzający Skarbca zachowują spokój.

— Mamy do czynienia z najmocniejszym odbiciemw zapoczątkowanej półtora roku temu bessie. To jeszcze jednoznacznie nie przesądza o zmianie trendu. By tak się stało, wzrosty muszą zostać poparte dobrymi danymi z gospodarek światowych. Trochę ich się pojawiło, ale jeszcze za mało. W sektorze największych spółek wyniki będą gorsze niż w 2008 r. Ale rynek tego oczekuje. Wyceny uwzględniają słaby pierwszy i drugi kwartał. Pytanie, kiedy zmodyfikować ścieżkę wyników na taką, która zakłada wzrost. Jeśli 2010 r. przyniesie ożywienie gospodarcze, może to przynieść trwałą zmianę trendu na rynkach kapitałowych — mówi Andrzej Pawłowski, zarządzający w Skarbiec TFI.

O tym, że w pierwszym półroczu wyniki spółek będą złe, przekonany jest również Sebastian Buczek.

— Kluczowe jest jednak, co stanie się za kilka miesięcy. Ostatnie wzrosty napędzane są bowiem poprawą wskaźników wyprzedzających. One jeszcze przez jakiś czas będą się poprawiać. Jeśli jednak zaczną się w pewnym momencie pogarszać, reakcja inwestorów może być negatywna —przyznaje szef Quercus TFI.

Najgorsze za nami

Zarządzający zgadzają się, że najgorsze może być za nami.

— Wzrost nie zaskakuje, może trochę jego skala. Nie zakładamy, że zaczął się trend wzrostowy, ale prawdopodobnie odbiliśmy się od dna i prawdopodobnie już go nie przebijemy — mówi Piotr Kaczmarek, zarządzający funduszem akcyjnym Skarbiec TFI.

Inwestorom doradza jednak ostrożność.

— Można oczekiwać wzrostów do wyników. Potem poznamy całą prawdę i pewnie reakcją będą spadki. W tym roku można spodziewać się dużej zmienności opartej na danych i nastrojach oraz kilku takich fal wzrostów i spadków. Liderem odbić może być sektor surowcowy — dodaje Piotr Kaczmarek.

Maciej Bombol: Wrócimy do testu dołków z lutego

Za wcześnie na stwierdzenie, że bessa minęła. WIG20 zyskał w kilka tygodni 40 proc., a to jest tempo zawrotne, nawet w hossie. Wtedy to była najwyżej roczna skala wzrostów. Euforia zakupów nie może za długo potrwać, ale jej geneza jest prosta do wytłumaczenia. OFE miały niedoważone portfele akcyjne, poprawiły się globalne nastroje, a przy umacniającym się złotym na rynek wkroczyli inwestorzy zagraniczni. Tymczasem otoczenie makroekonomiczne pogarsza się. Dlatego powrócimy do testowania dołków z połowy lutego.

Otwarte pozostaje jednak pytanie, kiedy to nastąpi i czy przełamiemy lutowe minima. Nie chcę zgadywać. Czas pokaże. Fundamenty gospodarki i spółek pogarszają się, co nie potwierdza wzrostu indeksów. Można myśleć, że giełda wyprzedza ożywienie w realnej gospodarce. Dziś wydaje mi się to jednak mniej prawdopodobne niż to, że ruch wzrostowy ma podłoże emocjonalne. Być może będziemy mieli do czynienia z sytuacją podobnej do tej w 2001 r., kiedy rozpoczął się dwuletni okres przejściowy miedzy bessą a hossą. Tego jednak nikt nie może być pewny.

Wojciech Olszewski: Dno? Było w październiku

Wiele spółek mocno zwiększyło już swoją kapitalizację i dołki ma daleko za sobą. Popatrzmy choćby na HTL-Strefę, która dno wyznaczyła w marcu 2008 r. Wówczas zwiększyliśmy nasze zaangażowanie w spółce, kupując akcje poniżej 5 zł (teraz kosztują 11 zł). Mocno zaangażowaliśmy się w akcje KGHM, gdy kosztowały poniżej 30 zł (dziś blisko 60 zł). Wiele spółek osiągnęło minima swojej wyceny w październiku 2008 r., a ludzie jeszcze zastanawiają się, czy dno już było. Kursy wielu spółek są powyżej swoich długich średnich kroczących, które do tego zaczęły rosnąć. To znak, że sporo walorów zakończyło już fazę akumulacji poprzedzającą wzrosty kursów.

Można dostrzec sygnały, że rynek zaczyna budowanie nowego trendu. Na wielu papierach rynkowe dno zostało wyznaczone kilka miesięcy temu. Jak zawsze kluczem do osiągnięcia wysokich stóp zwrotu będzie właściwy dobór spółek. Jedne mocno już zdrożały, podczas gdy inne jeszcze nie rozpoczęły zwyżek. Kapitał ustawicznie szuka niedowartościowanych spółek. Dlatego liderzy wzrostów się zmieniają. Jeśli inwestor chce to wykorzystać, musi dynamicznie zarządzać portfelem. Uważam, że najlepsze decyzje inwestycyjne podejmuje się w osamotnieniu. Gdy coraz więcej osób zacznie mówić o nowej hossie, zastanowię się nad zmniejszeniem zaangażowania na rynku akcji.

Mariusz Staniszewski:

Jeszcze możemy się zdziwić

Chciałbym być optymistą, ale to jeszcze nie czas. Za wcześnie, by mówić, że bessa już minęła. Zachowanie rynku może jeszcze wielu zdziwić. Analitycy, zarządzający i ekonomiści popełnili tyle błędów, że obecnie śmiałe prognozy obarczone są dużym błędem. Skoro spółki pokazują bardzo kiepskie wyniki, jeśli rynek zobaczy jeszcze tąpnięcie wyników banków, to nie wierzę, że już nie będzie tąpnięcia na giełdzie.

Ostatnie wzrosty dały optymizm. Im rynek wyżej, tym chętniej ludzie przyjmują, że najgorsze jest już za nami. Popatrzmy jednak na fakty. Dane makroekonomiczne z USA wciąż wychodzą złe, podobnie jak ze strefy euro i z Polski. Banki będą miały bardzo ciężki pierwszy i drugi kwartał, a kiedy one mają trudności, to duszą gospodarkę. Ciężko więc zgodzić się, że bessa jest już za nami. Będziemy mieli zmienny rynek, a najgorsze wcale nie musi być już za nami. Choć z drugiej strony, taka fala pesymizmu jak z końca 2008 r. pewnie nie powróci. Obecnie rynek dostał oczekiwaną korektę, ale nie oznacza to, że trend się odwrócił.

Grzegorz Mielcarek:

Najgorsze jest już za nami

Podzielam zdanie, że dołek raczej mamy już za sobą. WIG20 dotknął 1250 pkt w atmosferze bankructwa banków, więc bardzo trudno tam znów dojść. Zazwyczaj bessa kończy się paniczną wyprzedażą na rynkach lub długotrwałym, np. rocznym, uklepywaniem dołków. Być może jednak dziś jest inaczej.

Lutowa panika mogła być jedynie emocjonalnym wyłamaniem się z testowania wcześniejszych dołków. W trendzie horyzontalnym były wzrosty i spadki, a nagle to tąpnięcie. Jeśli potraktujemy je jako wyłom w trendzie bocznym, bo jesteśmy już blisko zmiany całego trendu, to teraz jest dobry czas do akumulowania akcji. Niewiadomą pozostaje jednak czas trwania tego uklepywania dołków. Problem polega na tym, że większość ekonomistów spodziewa się cyklu gospodarczego w kształcie litery "L", czyli gwałtownego upadku i stagnacji. Dlatego wyceny spółek wcale nie muszą odbiegać od obecnej kapitalizacji. Osiąganie zysków stanie się w takim scenariuszu kłopotliwe, a koszty finansowania wysokie. Tymczasem miniona hossa była wywołana niespotykaną dotąd dostępnością i niską ceną pieniądza. Obecna fala wzrostowa zostanie w dużej części zniesiona przez korektę (w 50-60 proc.), ale w USA sytuacja może być znacznie gorsza. Euforia wynika z tego, że wcześniej rynek mocno przereagował, a dzięki interwencji rządów nie doszło

do krachu bankowego.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adrian Boczkowski, Grzegorz Nawacki

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu