Osłabienie złotego opiera się na błędnych założeniach

Piotr Kuczyński
23-02-2004, 00:00

Obawy o odrzucenie przez SLD planu Hausnera są nieuzasadnione. Konsekwencją tego byłby skok euro do 6 zł i spadek poparcia dla SLD poniżej 5 proc. To liderzy SLD potrafią zrozumieć.

Z Ameryki

Niedźwiedzie w USA nadal nie odnoszą znaczących sukcesów, ale byki też nie mają się czym pochwalić. Tydzień, mimo małych spadków indeksów, był remisowy. Dwa tygodnie temu niedźwiedziom przeszkodził Alan Greenspan, szef amerykańskiego banku centralnego (Fed). W ubiegłym tygodniu nastroje poprawiały fuzje i przejęcia. Przypominam, że pod koniec hossy na przełomie wieków taka mania fuzji wystąpiła tuż przed szczytem. Koniec tygodnia sygnalizuje, że zmienia się psychologia rynku i niedźwiedzie będą teraz miały więcej do powiedzenia.

W najbliższych dniach wygasająca fala raportów kwartalnych spółek przyniesie jeszcze wyniki największych sieci handlowych. Nie oczekuję jednak rewolucyjnych zmian kursów. Inwestorzy nadal będą skupiali się na danych makro. W minionym tygodniu były one bardzo niejednoznaczne. Indeks Fed z Nowego Jorku pokazał, że gospodarka w tym regionie rozwijała się najszybciej od 2 lat, ale bardziej ceniony i dużo starszy indeks Fed z Filadelfii mocno spadł, pokazując, że gospodarka w regionie rozwija się, ale wolniej niż oczekiwano. Zwiększyła się inflacja, czego w końcu uniknąć się nie da przy kursie ropy tylko 3 proc. poniżej szczytu przed wojną z Irakiem i rosnącymi cenami surowców. Najbardziej istotne będą indeksy zaufania i nastroju, kolejne przybliżenie wzrostu PKB w IV kwartale oraz indeks Chicago PMI, pokazujący, jaka jest sytuacja w gospodarce w regionie. Byki najbardziej powinny się niepokoić o indeksy nastrojów konsumentów, bo rynek pracy jest bardzo niepewny, a Amerykanie wystraszeni. Trzeba zawsze pamiętać o tym, że oficjalne liczby nie mówią całej prawdy. Kto na przykład zdaje sobie sprawę (przypomina o tym „Wall Street Journal”) z tego, że od 2001 roku około 2 mln osób w wieku 25 do 54 lat z różnych powodów zrezygnowało z pracy i już jej nie szuka? Takich osób jest coraz więcej, a one nie są liczone jako bezrobotne.

Ciekawe są prognozy NABE (National Association for Business Economics). Ten zespół 32 ekonomistów prognozuje, że w tym roku PKB w USA wzrośnie o 4,6 proc., a siłą napędową będzie eksport wspomagany słabym dolarem. Jak widzę tę panamerykańską wiarę w słabego dolara, to ciarki mi przechodzą po plecach, ale porozmawiamy o tym wtedy, kiedy na rynku walutowym zagości panika. Na razie jednak mamy tam korektę, która może potrwać dłużej. Nie jest wykluczone, że zostanie zrealizowana formacja podwójnego szczytu. Oznaczałoby to spore wzmocnienie dolara w oczekiwaniu na to, że inflacja zmusi Fed do podniesienia stóp. Byłoby to bardzo niekorzystne dla amerykańskich akcji. Najciekawsze były prognozy NABE dotyczące rynku pracy. Mówią o przyroście miejsc pracy o 150 tys. miesięcznie do końca roku. Stoi to w sprzeczności z prognozami Białego Domu. Pisałem w ubiegłym tygodniu, że spełnienie tych prognoz wymagałoby przyrostu zatrudnienia o ponad 400 tys. miesięcznie. Uważam, że prognozy NABE są optymistyczne, a Białego Domu — wyborcze i nierealne. Zdaje się, że ktoś to prezydentowi Bushowi wytłumaczył, bo w końcu tygodnia uchylił się od potwierdzenia tych prognoz.

Kwestia bezrobocia jest najważniejszym tematem kampanii przed tegorocznymi wyborami prezydenckimi. Tylko patrzeć, jak pojawią się pomysły zakazania ograniczenia zatrudniania nie-Amerykanów przez amerykańskie firmy. Na razie jednak Gregory Mankiw, (jeszcze) szef doradców ekonomicznych Białego Domu, popisał się niewybaczalnym w okresie wyborczym stwierdzeniem. Powiedział, że przenoszenie miejsc pracy poza granice USA przysłuży się gospodarce. Powiedział to, co tak naprawdę myśli bardzo sprzyjająca wielkiemu biznesowi ekipa Busha. Tańsza praca to większe zyski biznesu, a to, że Amerykanie mają problemy z jej znalezieniem... Cóż takie jest życie w liberalnej gospodarce. Nie tylko bezrobocie martwi Amerykanów. Ich zadłużenie jest największe w historii, wręcz bez precedensu. Sięga 300 proc. PKB (jeszcze w 1983 roku było to „tylko” 165 proc). Zbliżone zadłużenie wystąpiło tylko w latach 30 XX wieku (260 proc). Nie należy jednak wyciągać pochopnych wniosków. Wtedy, w czasach wielkiego kryzysu, spadł mocno PKB i dlatego procentowy udział zadłużenia tak skoczył. Teraz sytuacja jest inna, ale i tak wygląda to dramatycznie. Najmniejsze zawahanie we wzroście PKB może doprowadzić zadłużenie do niewyobrażalnych poziomów.

Obawiający się o utratę pracy Amerykanie nasiąkają oficjalnym optymizmem, którym promienieją media i urzędnicy, ale jak długo to jeszcze potrwa? Na giełdzie już powoli widać zmianę nastrojów na gorsze. Nie twierdzę, że to już koniec hossy, ale przystanek bardzo by się przydał. Nie widzę w najbliższej przyszłości impulsów mogących doprowadzić do pokonania ostatnich szczytów i uważam, że najlepsze, co może się wydarzyć, to trend boczny.

Z Polski

Pisałem już, że małe zmiany indeksów na dużym obrocie, tuż przy szczycie, zwykle sygnalizują dystrybucję. Można było podejrzewać, że czwartkowa zniżka to właśnie ten sygnał. Nie jest to jednak takie proste. Duzi inwestorzy sprzedawali, obawiając się następnych dwóch tygodni (plan Hausnera), ale duzi również kupowali. Nie jest powiedziane, że kupujący akcje poniosą straty, bo układ fal pokazuje, że hossa jeszcze się nie kończy, ale na razie muszą zacisnąć zęby.

Sytuację na GPW pogarszały wydarzenia na rynku walutowym. Mogło być gorzej, gdyby nie słabnące euro, którym też miotali politycy. Spadek złotego wzmagał obawy o przekroczenie konstytucyjnych limitów zadłużenia, te obawy zwiększały presję na osłabienie złotego i powstawało bardzo mocne sprzężenie zwrotne. Mało kto zdaje sobie sprawę, do czego może takie sprzężenie doprowadzić. Ile razy już pisałem o tym, że rząd powinien szybko przejść na unijny sposób liczenie zadłużenia (ESA-95)? Nie odmówię sobie zacytowania fragmentu artykułu („Strachy przed progiem” – „Gazeta Wyborcza” z 20 lutego): „... radziłbym przejść na unijne liczenie długu, zanim przekroczymy próg 55 proc. wedle obecnej metody, czyli szybko”. To napisał Waldemar Kuczyński (nie rodzina). Może teraz, kiedy uznany ekonomista i to wcale nie z koalicji SLD–UP namawia do zmiany sposobu liczenia, ktoś w rządzie wreszcie się obudzi? Może wicepremier Jerzy Hausner powie: nie chcę, ale muszę? W końcu, co dwóch Kuczyńskich, to nie jeden. Obaj również apelujemy do mediów i ekonomistów: przestańcie straszyć, bo tylko pogarszacie sytuację!

Sporo szumu zrobiła zapowiedź zrezygnowania przez Leszka Millera z szefowania SLD. W funduszach i bankach tworzą się kolejne analizy. Dominuje pogląd, że zmiana szefa wywoła zwrot SLD w kierunku lewicy, a w związku z tym narastają obawy o losy planu Hausnera. To prawda, SLD będzie starała się wrócić do swojego wyborczego, lewicowego programu. Trzeba jednak zauważyć, że obecnie w Polsce wyborcy preferują lewicę. Około 30 proc. popiera Platformę, która jest jedynym ugrupowaniem naprawdę liberalnym. Cała reszta to lewica poprzebierana w różne kostiumy. A skoro elektorat mamy lewicowy, to chyba lepiej, by zagospodarowała go partia obliczalna, którą mimo wszelkich skandali jest nadal SLD. A obawy o odrzucenie przez SLD planu Hausnera są nieuzasadnione. Gdyby została podjęta taka decyzja, to euro kosztowałoby 6 zł, a poparcie do SLD spadłoby poniżej 5 proc. To liderzy SLD potrafią zrozumieć. Zresztą najbardziej lewicowy kandydat na szefa SLD, czyli Jolanta Banach, mówi, że nie ma możliwości, by SLD nie poparł planu Hausnera.

Wróćmy do gospodarki. Nasze dane makro były zróżnicowane. Mocno wzrosła dynamika produkcji przemysłowej i ekonomiści zaczęli mówić, że PKB wzrośnie w pierwszym kwartale około 5 proc. Oczywiście to ciągle jest wpływ eksportu. Trudno spodziewać się znacznego wzrostu popytu wewnętrznego, skoro badania CBOS pokazują, że 94 proc. Polaków negatywnie ocenia obecną sytuację na rynku pracy, a bezrobocie rośnie i przekracza 20 proc. To jeszcze jeden przykład, jak neoliberalne recepty pomagają danym makro, nie pomagając rynkowi pracy. Jeszcze bardziej dramatyczne wyniki pokazuje ocena polityki gospodarczej rządu. Trzy czwarte respondentów uważa, że ta polityka nie poprawi gospodarki, co stoi w jaskrawej sprzeczności z faktami i prognozami ekonomistów. Nic dziwnego, że przedsiębiorcy wstrzymują się z inwestycjami, a sprzedaż detaliczna nie rośnie tak jak prognozowano. Panuje niepewność i niewiara, bo rząd nie potrafi komunikować się ze społeczeństwem, a media lubują się w katastroficznych prognozach. A takie nastroje nie pomogą w ożywianiu gospodarki.

Nasz sezon wyników też zbliża się do końca. Były one od dawna uwzględnione w cenach i dlatego reagowały przede wszystkim kursy mniejszych, spekulacyjnych spółek. Tak będzie i w tym tygodniu. Od ponad tygodnia sugeruję, by zwracać uwagę na sektor bankowy. On może nadać kierunek indeksom na GPW, a ostatnio nie wyglądał najlepiej. Na drugim krańcu stoi TechWIG. Jest liderem rynku i bije rekordy, ale na jednym silniku daleko się nie zaleci. Żeby było dziwniej, sektor TMT zachowuje się tak wtedy, kiedy na całym świecie wyceny spółek zaczynają być kwestionowane. GPW lubi być nadmiernie oryginalna. Układ techniczny sygnalizuje, że hossa powinna potrwać, ale nie można wykluczyć korekty w oczekiwaniu na dyskusje o planie Hausnera. Rynek będzie czekał na wynik dyskusji SLD-UP z PO i reagował na wypowiedzi polityków. Będzie nerwowo, a to teoretycznie sprzyja niedźwiedziom. Teoretycznie dlatego, że myślący inwestorzy wiedzą, że plan Hausnera zostanie przyjęty. Może się więc okazać, że popyt będzie prowadził indeksy do góry ku zdziwieniu szerokiego grona inwestorów. Zapomnimy jednak natychmiast o tym pozytywnym scenariuszu, jeśli indeksy w USA wykreują podwójny szczyt.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Piotr Kuczyński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Osłabienie złotego opiera się na błędnych założeniach