Ostatnie wzrosty indeksów w USA nie są jeszcze końcem bessy

Piotr Kuczyński
14-10-2002, 00:00

Nie widziałem jeszcze nigdy ważnego zwrotu rynku, podczas którego telewizja wpadałaby w zachwyt, a analitycy ogłaszaliby chórem, że to już kluczowy odwrót.

Z Ameryki

Tydzień temu pisałem, że nie jestem pewien, czy pojawi się duży spadek, dający sygnał do zakupów, czy też będziemy mieli po prostu do czynienia z odbiciem. Ostatecznie wyszło na to drugie. Oczywiście, znajdziecie państwo mnóstwo komentarzy mówiących, że to już ostateczny koniec rynku niedźwiedzia. Wśród analityków zapanował klasyczny hurraoptymizm, włącznie z oświadczeniem banku Morgan Stanley, że mamy „dołek roku”. Nie lubię takiej atmosfery. Zazwyczaj oznacza, że przed rynkiem są jeszcze dalsze cierpienia.

Odbicie moim zdaniem powstało z kombinacji przynajmniej pięciu czynników. Przede wszystkim grało rolę zniecierpliwienie zawodowców. Nawet ja już w środę pisałem, że najwyższy czas na odbicie na giełdach w USA. Doszedłem bowiem do wniosku, że skoro mnie, zdeklarowanego niedźwiedzia, znużyły już spadki, to znaczy, że indeksy muszą wzrosnąć. Po drugie, mocno reklamowany był test dna intra-day na S&P 500. Ponieważ ten test nadszedł po sześciu tygodniach nieustannych spadków, wywołał odbicie.

Po trzecie, olbrzymia większość inwestorów czekała na olbrzymi spadek, żeby po prostu kupić akcje. Jeśli wszyscy czekają na jakiś rozwój sytuacji, to on po prostu nie występuje. Po czwarte, po tygodniach spadków, posiadacze krótkich pozycji czekali jedynie na pretekst, żeby zrealizować zyski. Po piąte zaś, zarządzający funduszami mają nadzieję na cykliczną poprawę koniunktury w czwartym kwartale.

W fundamentach nie zmieniło się jednak dosłownie nic i wcale nie widać światełka w tunelu. Sprzedaż detaliczna wyraźnie „siadła”, a w przyszłości będzie gorzej, bo wstępny odczyt indeksu nastrojów był po prostu fatalny. Można się jedynie pocieszać, że na koniec miesiąca będzie lepszy. Kredyt konsumencki w sierpniu wzrósł w tempie najwolniejszym od 8 miesięcy z powodu olbrzymiego zmniejszenia kredytów na zakup samochodów — pęka balon i na tym rynku.

Prawdziwy problem, mimo ostatniego odbicia, tkwi w sektorze finansowym. Zaczęło się od strat J. P. Morgan Chase i wątpliwości dotyczących Fannie Mae, by później rozprzestrzenić się na cały świat. Rynek coraz bardziej boi się sytuacji w całym sektorze finansowym w związku z dużymi stratami na rynku akcji oraz z narastającym problemem złych długów. Banki amerykańskie straciły tylko w pierwszej połowie roku blisko 22 mld USD. Straty w systemie bankowym w USA i Europie w tym roku szacuje się na 130 mld USD. Najwięcej tracą te banki, które pożyczały sektorowi telekomunikacji — właśnie J. P. Morgan, Citigroup czy Bank of America. W tej sytuacji banki stają się bardzo ostrożne z udzielaniem kredytów i żądają większych odsetek. Nie wykluczam, że niedługo rynek dostanie informacje o olbrzymich problemach dużej instytucji finansowej, co załamie cały sektor.

Nie można zapominać o nadchodzącej wojnie z Irakiem. Działania Bagdadu przyspieszają jej wybuch. List, który przesłano do ONZ, nie potwierdza wszystkich ustaleń z Wiednia dotyczących zasad wizyty inspektorów. Już wiadomo, że Irak mocno zdenerwował Francję i Rosję. Uderzenie nastąpi w tym roku. Pytanie tylko, czy za zgodą ONZ. Prezydent George W. Bush dostał już zgodę Kongresu na atak nawet bez zgody ONZ. Oczywiście dla rynków finansowych (w krótkim okresie) byłoby lepiej, gdyby ta zgoda była. Wydaje się, że przeciwnicy twardej rezolucji Rady Bezpieczeństwa są praktycznie zneutralizowani. Chiny wstrzymają się od głosu (import z Chin przekroczył w USA import z Japonii), Francja po ataku na tankowiec też się wstrzyma. Zostaje Rosja. Większość obserwatorów mówi, że się wstrzyma ze względów polityczno — gospodarczych. Ja mam wątpliwości. Rosji bardzo na rękę byłyby wysokie ceny ropy i osłabienie USA (nie zrezygnuje z pozycji mocarstwa). Nie na rękę byłoby zaś, gdyby Stany miały własną stację benzynową w Iraku. Jednak sobotni list Iraku może zmusić prezydenta Władymira Putina do wstrzymania się od głosu.

Osobny temat to wyniki funduszy inwestycyjnych. Analitycy Bianco Research z Chicago przeprowadzili analizę zwrotu z inwestycji w fundusze w ciągu 10 lat i doszli do wniosku, że przeciętny inwestor doszedł do punktu, w którym ma z powrotem wyjściową wartość kapitału. W takim momencie zmuszony jest do podejmowania decyzji: trzymać i liczyć, że wzrosty znowu się rozpoczną, czy sprzedać i wycofać kapitał? Amerykanie właśnie zaczynają dostawać kwartalne wyciągi z kont. Przeczytałem w kilku publikacjach amerykańskich, że bardzo rozpowszechniony jest zwyczaj chowania głowy w piasek. Ludzie po prostu nie otwierają kopert z wyciągami. Ale przed wypełnieniem zeznań podatkowych w przyszłym roku będą musieli je otworzyć. Jeśli indeksy do tej pory nie wzrosną, początek przyszłego roku zapowiada się ciekawie. Zaryzykuję twierdzenie, że jeśli ostatnie wzrosty okazałyby się też odbiciem, wielu inwestorów jednak koperty otworzy i wtedy nastąpi nieoczekiwany i olbrzymi spadek — krach.

W tym tygodniu plusem dla rynku jest to, że ważne dane makro będą publikowane tylko we czwartek. Niewątpliwie pozytywne jest również, że kto miał ostrzec, zapewne już to zrobił. Zaczyna się prezentacja wyników kwartalnych, które nie powinny być zaskoczeniem. Nie wiadomo jednak, jakie będą prognozy. Plusem są też oczekiwania zarządzających odnośnie czwartego kwartału. Chcieliby kupować, ale nie wiadomo, czy odpływ kapitału z funduszy zostanie zatrzymany. Według mnie w najlepszym przypadku zrealizuje się trzyfalowa korekta trendu spadkowego od połowy sierpnia, doprowadzająca S&P 500 do maksimum 910 pkt. Sygnałem nadchodzącego załamania byłby dla mnie powrót S&P 500 poniżej 800 pkt.

Z Polski

To był dobry tydzień dla naszej giełdy. Wsparcie zostało obronione, a formacja RGR unicestwiona. Przede wszystkim obrót i zwrócenie szczególnej uwagi na spółki o dużej płynności pokazuje, że wszedł do gry poważniejszy kapitał. Przy czym obserwacja rynku mówi, że to na razie w olbrzymiej większości kapitał polski. Nie jest jednak wykluczone, że zachęci zagraniczny.

Nasz rynek nie uczestniczył praktycznie w olbrzymiej, światowej bessie. Nie powinien więc tak mocno wzrastać, jak to uczynił. Nawet banki trzymają się nadzwyczaj mocno. Jak tak dalej pójdzie, nasze spółki będą najdroższe na świecie. I to jest poważne zagrożenie na przyszłość.

Sytuacja na rynkach europejskich, mimo ostatnich wzrostów, nie uległa bowiem żadnej zmianie. Wykresy europejskich indeksów nie pozostawiają żadnych wątpliwości: długoletnie formacje RGR wypełniają się, a to oznacza, że jeszcze daleko do końca bessy. Na razie mamy jedynie przerwę, która nie wiadomo jak długo potrwa. Przyszłość gospodarki Eurolandu nadal wygląda nieciekawe. Komisja Europejska oświadczyła, że perspektywy ożywienia gospodarczego przesuwa na 2003 r. — to już piąta zmiana prognozy. W tym roku prognozuje wzrost PKB w trzecim i czwartym kwartale na 0,3 do 0,5 proc., a w 2003 r. obniży prognozy z 2,9 proc. (uchylono się od odpowiedzi, o ile). Nie widać możliwości dla poprawy zysków spółek. A pamiętać trzeba, że w tych prognozach nie jest uwzględniona wojna w Iraku i jej skutki.

Ostatnie wzrosty i odporność naszego rynku na spadki to w sposób oczywisty jest jedynie gra pod wejście do UE, a nie przekonanie, że sytuacja gospodarcza tak się poprawi, że nasze spółki będą lepiej wyceniane niż zagraniczne. W tym tygodniu zostanie opublikowana informacja o inflacji i dynamice produkcji przemysłowej we wrześniu. O ile to pierwsze nie powinno być niespodzianką, bo inflacja zapewne lekko wzrośnie, to produkcja pozostaje zagadką. Sądząc z malejącego eksportu dane powinny być złe, co jedynie potwierdzi, że żadnego ożywienia i — co za tym idzie — wzrostu zysków nie widać.

Jednak już za pięć sesji mamy referendum w Irlandii. Po referendum, jeśli będzie pomyślne, a na świecie indeksy będą rosły, w Warszawie będzie hossa. Jeśli na świecie będzie bessa, to po prostu rynek odda to, o co wzrósł, albo dopiero wtedy przełamie wsparcie.

Trzeba teraz zwracać uwagę na wszystko, co ma znaczenie w naszej drodze do Unii Europejskiej. Komisja Europejska zaaprobowała we środę raport w sprawie rozszerzenia Unii, otwierając tym samym drogę dla naszego kraju. Oczywiście nie jest tak, że ta droga jest usłana płatkami róż. Duże różnice zdań dotyczące dopłat w rolnictwie utrudniają nam negocjacje, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że w końcu jakiś kompromis zostanie osiągnięty, a Polacy w referendum wyrażą zgodę na wejście do Unii. Pozostaje referendum w Irlandii (już za tydzień).

Przeważa pogląd, ostatnio mocno wyartykułowany przez głównego negocjatora czeskiego rządu z UE, że Unia ma plan B na wypadek, gdyby Irlandczycy powiedzieli „nie” rozszerzeniu. Problem w tym, że urzędnicy unijni negują istnienie takiego planu. Komisarz ds. rozszerzenia Guenter Verheugen powiedział: „wtedy nie będziemy w stanie dotrzymać kalendarza i nie wiem, czy cały projekt w ogóle będzie realizowany”. Czeski negocjator twierdzi, że te słowa padły, bo Komisja nie chce dostarczyć paliwa przeciwnikom Traktatu Nicejskiego w Irlandii. Może i tak, ale najlepiej byłoby nie sprawdzać. Tymczasem według sondaży wzrosło poparcie Irlandczyków dla rozszerzenia — za „tak” opowiada się 44 proc. obywateli (we wrześniu 29 proc.), za „nie” tylko 22 proc. (było 19 proc.). Niezdecydowanych jest 27 proc. (było 44 proc.).

Podstaw fundamentalnych do wzrostów oczywiście nie ma. To jest całkowicie jasne. Ale nie ma ich również na innych rynkach światowych, za to u nas jest dodatkowy element przyciągający kapitał — wejście do UE. Uważam, że ten tydzień powinien być dobry dla naszego rynku, ale nie oczekiwałbym ciągłego wzrostu. Po prostu nadal będziemy bardziej odporni na spadki na świecie, a we wzrostach będziemy uczestniczyli. Owszem, niepewność przed referendum w Irlandii może nieco hamować inwestorów, ale lepiej dla rynku, żeby panowała niepewność, niż amerykański hurraoptymizm. Na WIG 20 pokonaliśmy linię spadkowego trendu krótkoterminowego i zanegowaliśmy koncepcję formacji RGR, a to może być wstęp do średnioterminowego sygnału kupna, którym byłoby pokonanie 1170 pkt. Wsparciem w tej chwili jest 1060 pkt. Uważam, że jeśli zostanie przełamane, to „pęknie” i 1042 pkt. i zacznie się przecena.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Piotr Kuczyński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

/ Ostatnie wzrosty indeksów w USA nie są jeszcze końcem bessy