Pałacowe pochodzenie podnosi cenę

Weronika Kosmala
opublikowano: 27-05-2015, 00:00

Hrabiowskie portrety, brosze z lat 20., zabytkowa zastawa czy koronacyjna szata — jeśli jeszcze takich nie mamy, kilka okazji przed nami

Podczas przeglądania wyników lokalnych aukcji, widać wyraźnie, że rzemiosło już od jakiegoś czasu nie należy do najlepiej sprzedającej się kategorii. Serwantki w stylu biedermeieru czy wiekowe sekretarzyki o wygiętych nóżkach dostępne są w katalogach już w cenie kilku tysięcy złotych, czasem jednak nawet na modne wzornictwo międzywojnia brakuje chętnych do licytacji.

Estymacje arystokratycznych portretów są relatywnie niskie, bo już na poziomie kilku tysięcy funtów.
Zobacz więcej

KUP SOBIE PRZODKA:

Estymacje arystokratycznych portretów są relatywnie niskie, bo już na poziomie kilku tysięcy funtów. Sotheby's

Nie oznacza to natomiast, że każda inwestycja w antyki nie ma przyszłości — w długim terminie zarobić możemy nawet na kilku krzesłach zalegających dzisiaj w galerii, ale jest kilka warunków, które krzesła, szafki, cukiernice czy kieliszki do szampana muszą w tym celu spełnić.

Inwestuj w zestawy

W londyńskim domu aukcyjnym Sotheby’s w środę 27 maja rozpocznie się licytacja przedmiotów należących do księżnej Roxburghe z południowo-wschodniej Szkocji. Jeśli na okoliczność kolekcjonowania rzemiosła miałby powstać elementarz, częściowo mógłby go wypełnić prezentowany katalog — widać w nim wyraźnie to, co charakteryzuje obiekty, których wartość może wzrosnąć.

Jako pierwszy czynnik wymienić należy z pewnością oryginalność, przy czym nie chodzi tu o odrzucenie dzisiejszych, łatwych do rozpoznania tzw. mebli inspirowanych, ale o uświadomienie sobie, że XIX-wieczny sekretarzyk może nie być cennym antykiem, ale marną czasem kopią jeszcze wcześniejszego modelu sprzed stu lat. Na kartkach katalogu książęcej kolekcji, poza udawanymi starociami, nie znajdziemy też przedmiotów o nieznanej proweniencji.

W przypadku zinwentaryzowanych obiektów wypełniających wcześniej pałac to raczej jasne, warto natomiast pamiętać, że pochodzenie w przypadku rzemiosła ma często nawet większe znaczenie niż w przypadku obrazów.

Kiedy kupujemy w antykwariacie jakiś mały wazon, nie spodziewajmy się, że uzyskamy całą listę arystokratycznych rodzin, w której znalazł się poprzez dziedziczenie — jeśli jednak wiemy, że był on wcześniej własnością jakiegoś rodu, zadbajmy, żeby nie pominięto tego w załączonym certyfikacie.

Przyjmując szkocki katalog jako podręcznik, zwróćmy też uwagę na cenne komplety, bo obrazują kolejną naczelną regułę tego rynku. Wartość kompletu kieliszków czy krzeseł zawsze będzie większa od sumy wartości elementów sprzedawanych pojedynczo.

Cenne, bo nielegalne

Jedną z rynkowych zasad jest ta, że wartość podnosić mogą materiały, takie jak złoto czy diamenty. Chociaż ich użycie z pewnością nie zmniejsza ceny, jeszcze bardziej kolekcjonerskie są przedmioty, do których wykonania wykorzystane zostały kość słoniowa czy prawdziwy szylkret. Powszechność imitacji tych materiałów bierze się przede wszystkim z prawnego zakazu ich użycia — nie powstanie więc już dużo więcej stolików, które udekorowano, pozyskując ciosy słoni czy pancerze żółwi szylkretowych, krytycznie zagrożonych wyginięciem. Gatunki drewna czy rodzaje metalu mają jednak znaczenie przeważnie wtedy, kiedy licytujemy rzemiosło dawne.

W przypadku obiektów współczesnych, określanych czasem klasykami nowoczesnego wzornictwa, rolę szylkretu pełni kultowy projektant, a rolę kości słoniowej chociażby limitowana seria. Okazji do zakupów jest na świecie bardzo wiele, od regularnych wnętrzarskich aukcji Christie’s Interiors, przez polską aukcję kolekcji Barbary Piaseckiej-Johnson, po internetowe aukcje specjalizującego się w memorabiliach serwisu Paddle8.

Dobrze też wiedzieć, że ceny antyków nie muszą odstraszać — w katalogu księżnej znajdziemy na przykład ozdobną szkatułkę z kości słoniowej z przewidywaną ceną do 70 GBP (406 zł) czy zestaw 21 miseczek za 80-100 GBP (465-580 zł). Jeśli natomiast liczymy, że wylicytujemy wyłącznie miseczki i zakupy wyjdą tanio, musimy doliczyć do rachunku jeszcze aukcyjną prowizję i koszty transportu.

Dla potwierdzenia, że współczesne obiekty mogą być droższe — Paddle8 spodziewa się 800-1200 USD (3-3,8 tys. zł) za powstałe w pięciu tysiącach egzemplarzy żelazko. Cena jest wyższa od salaterek księżnej, a wartość użytkowa znikoma — wszystko jest jednak zrozumiałe, bo żelazko jest słynnym dziełem dadaisty Man Raya, a o wartości decyduje rząd wystających z niego ostrych gwoździ.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy