Piechota: z tą drużyną od początku coś było nie tak

opublikowano: 01-04-2004, 07:46

Wiceminister gospodarki Jacek Piechota uważa, że z rządem Millera "od początku coś było nie tak". Jego zdaniem błędem było m.in. połączenie resortów gospodarki i pracy. Dobrze jednak wspomina współpracę z obecnym kandydatem na premiera Markiem Belką, a także prace 'zespołu BHP: Belka, Hausner, Piechota'. Za największe zagrożenie dla działań nowego rządu uważa zbliżajace się wybory.

„Puls Biznesu”: Panie Ministrze, co będzie Pan robił po 2 maja?

Jacek Piechota: To duża niewiadoma. Zapewne zajmę się pracą w parlamencie, o czym tak naprawdę od dłuższego czasu marzyłem.

Jest Pan w końcu najstarszym parlamentarzystą III RP. To już chyba 19 lat?

Tak, w przyszłym roku byłoby dwudziestolecie, jeżeli nie dojdzie wcześniej do wyborów, albo SLD nie przekroczy progu wyborczego. Nie ukrywam, że z coraz większym niepokojem myślę o tym, co będzie nie po, ale do 2 maja...

Czy przewiduje Pan jakiś kataklizm? Rząd przecież jest.

Tak, ale osoby, które dziś miałyby podejmować często trudne decyzje, czują się niepewnie. W ministerstwie mamy mnóstwo spraw na wczoraj, związanych z naszym członkostwem w Unii, restrukturyzacją wrażliwych branż. Codziennie trzeba podejmować decyzje, które wymagają akceptacji wielu urzędników i polityków. W takiej zaś sytuacji niepewności lepiej nie podejmować żadnych decyzji, by się nie narazić. Lepiej przeczekać, niż ponieść jakieś ryzyko. Miesiąc dla gospodarki to bardzo dużo!

Czy, Pana zdaniem, Marek Belka jest lekiem na całe zło? Ma szanse utworzyć rząd?

Trzymam za niego kciuki, ale nie z powodu, że chciałbym mieć koniecznie jakiś rząd i odsunąć wybory. Miałem okazję z nim współpracować przy okazji tworzenia planu gospodarczego tego rządu. Nawet mówiło się o tzw. zespole BHP: Belka, Hausner, Piechota. To rzeczywiście była bardzo merytoryczna współpraca. Przyznam, że pierwszy raz spotkałem wicepremiera ministra finansów konstruktywnie podchodzącego do każdego problemu. Nie na zasadzie, że tego się nie da, czy na to nie pozwala budżet. Wybitny makroekonomista. Znacznie słabszą jego stroną jest polityka.

Jego szczerość kosztowała SLD kilka procent poparcia, które być może dałoby ugrupowaniu bezwzględną większość w Sejmie…

Problemem jest to, czy politycy mogą mówić prawdę. To jest całe nieszczęście. Jeśli mówią prawdę o rzeczywistej sytuacji, jeśli mówią, że w gospodarce nie da się w czasie kryzysu finansów publicznych i niewielkiego wzrostu gospodarczego nagle rozwiązać problemu bezrobocia i finansów, to obniżają wynik wyborczy. To jest dokładnie przykład Marka Belki tuż przed wyborami. Jeśli mówią nieprawdę i obiecują gruszki na wierzbie, to znaczy, że chcą wygrać za wszelką cenę i mieć za wszelką cenę samodzielną większość. Ich szanse wzrastają!

Ale każda partia tak robi.

Nie odniosę się do cudotwórczych pomysłów Leppera, ale dziś także koledzy z PO czynią dokładnie to samo. Obiecać każdemu jeszcze po trochę, byleby jeszcze zdobyć jeszcze kilka procent głosów. Jednak wtedy wpadamy w pułapkę. I my tego doświadczyliśmy. Nasze obietnice weryfikuje twarda rzeczywistość, a społeczeństwo przeżywa kolejne rozczarowanie.

A wracając do Marka Belki…

...odszedł, bo premier niechętnie go słuchał. To zresztą był dramat każdego z nas. Nie czułem się głównym doradcą premiera w sprawach gospodarki. Nie wiedziałem, kto mu doradza i na jakiej podstawie on wyciąga różne wnioski. To samo przeżywał Marek Belka od samego początku. Przeżywa to dziś Jurek Hausner. Marek Belka chciał realizować plan naprawy finansów publicznych na początku 2002 r. Mówił dokładnie to samo, bo każdy, kto się spotkał z rzeczywistością w Ministerstwie Finansów i z sytuacją finansów publicznych, musiał dojść do tych samych wniosków. Oczywiście jeśli myśli racjonalnie, a nie na zasadzie, że „Balcerowicz musi odejść”.

Czy chciałby Pan pracować w rządzie Marka Belki, który twierdzi, że chciałby zarówno z Jerzym Hausnerem, jak i z Panem.

Naprawdę tak powiedział?

Nie byłoby więc tak źle z tą przyszłością.

Nie wiem, co byłoby lepsze, biorąc pod uwagę obecne problemy i doraźność tego rządu oraz oczekiwania rodziny, która trochę tęskni za mężem i ojcem.

Czy Marek Belka sformułuje rząd?

Nie chcę powiedzieć, że jest to mission impossible, choć ta filmowa zakończyła się sukcesem. Niewykluczone. Boję się jednego, i to będzie najbardziej utrudniało Markowi Belce misję. Każdy polityk ma świadomość doraźności działania. Jest to rząd w najlepszym przypadku na rok. To oznacza, że już dzisiaj zaczyna się kampania wyborcza, a zdolność do podejmowania trudnych decyzji jest znacznie niższa niż kiedykolwiek. Rozbity obóz lewicy to największe niebezpieczeństwo licytacji na programy prospołeczne, bez myślenia o rzeczywistych możliwościach państwa. Jeżeli to lewica zacznie się licytować na „ludzkie twarze”, Marek Belka nie tylko nie poskłada większości z PSL czy z ugrupowaniem Jagielińskiego. Nie myślę o PO, która chce szybkich wyborów.

Czy pójdzie Pan do Borowskiego?

Odpowiada mi jego pryncypialność co do zasad, ale to jest tak wymieszane towarzystwo... Z jednej strony Banach, z drugiej Gruszka. Chyba wolałbym pozostać bezpartyjny.

Mamy 5,3-proc. wzrost PKB, bezrobocie przekroczyło 20 proc. Dlaczego, Pana zdaniem, tak rozjechały się dokonania z oczekiwaniami i nastrojami? Czy to potwierdza opinię o sprawności rządu, czy może są jakieś powody personalne?

Nie, to byłoby zbyt łatwe wytłumaczenie. Powiedziałbym tak: rozbudzone nadzieje i zbyt duże oczekiwania oraz niezdolność do podejmowania trudnych decyzji. Plan Hausnera rozpoczęty przez Belkę w 2002 r. oczekiwane efekty dałby nam w zupełnie innym czasie. W naszej strategii „Przedsiębiorczość-Rozwój-Praca” zakładaliśmy, że postawienie na przedsiębiorczość — usuwanie barier, obniżanie kosztów prowadzenia działalności, konsekwentna restrukturyzacja przedsiębiorstw i sektorów przyśpieszą gospodarczy rozwój. Ten przełoży się w końcu na miejsca pracy. Dziś mamy 5,3-proc. wzrost PKB, wysoki wzrost produkcji, sprzedaży eksportu, najpóźniej za pół roku zacznie przekładać się na miejsca pracy. Teraz wiele wskazuje na to, że Jaś nie doczeka...

Dlaczego rządowi nie udało się obniżyć kosztów pracy?

Uczyniliśmy krok w dobrym kierunku. Udało się po raz pierwszy znowelizować kodeks pracy nie pod dyktando związków zawodowych, lecz uwzględniając poglądy pracodawców. Faktem jest, że zmiany nie były zbyt głębokie, a pracodawcy ponoszą ogromne koszty. Nie rozwiązano problemu układów zbiorowych. To był jednak kompromis w imię spokoju społecznego. Inne zagadnienie to reforma ubezpieczeń społecznych.

Ile własnych decyzji nazwałby Pan zgniłym kompromisem? Gdzie ustępował Pan przed racjami ekonomicznymi, społecznymi czy personalnymi?

Nie nazywałbym ich zgniłymi, ale takich kompromisów siłą rzeczy było dużo. Najmniej w sferze personalnej, i to uważam za swój duży sukces. Udało mi się obronić kierownictwo resortu przed układanką polityczną. Kandydatury, które zgłaszali koalicjanci, były nie do zaakceptowania. Nie uległem np. Mariuszowi Łapińskiemu w sprawie odwołania Arkadiusza Krężela, prezesa Agencji Rozwoju Przemysłu, którego oskarżał o transfer kasy przez KRUS do AWS. Łapiński napisał nawet w tej sprawie donos na mnie do Millera.

A kompromis w gospodarce?

Takim symbolem jest Stocznia Szczecińska. W warunkach wolnego rynku dla racjonalności i przejrzystości podmiot, który traci zdolność kredytową, jego zarząd traci zaufanie banków, wprowadza w błąd wszystkich i doprowadza nawet do strat KUKE, powinien upaść. Zdecydowały jednak względy czysto społeczne: napięcia, manifestacje, groźby kooperantów, którzy bez szybkiej akcji tej upadłości by nie wytrzymali. Kompromis w imię społecznych celów zawarto też w górnictwie.

Przejdźmy do naszego ulubionego tematu — inwestycji.

Protestowałem wobec powołania Andrzeja Szejny na podsekretarza stanu odpowiedzialnego za tę problematykę. To bardzo zdolny i obiecujący polityk, ale wyrządzono mu krzywdę. Przecież nie można na tak drażliwy obszar negocjacji z inwestorami z „najwyższej półki” wysyłać chłopaka, który ma najlepsze chęci, jest inteligentny, posiada teoretyczną wiedzę, ale przepraszam — nie ma żadnego doświadczenia. Jest to zresztą problem polityków, którzy traktują młodzież jak paprotki. Nie tworzymy im ścieżki rozwoju, zdobywania doświadczeń, tylko w momencie, kiedy przypominamy sobie o elektoracie, nagle, bach — obsadzamy nimi stanowiska.

Ale agencja w ogóle nie ma szczęścia.

Bo traktuje się ją jako mało ważną instytucję. Bo jest to instytucja w drugim planie. Nie można przecież na prezesa wstawić kogoś, kto nie ma doświadczenia, obarczyć go odpowiedzialnymi zadaniami i zaraz potem powiedzieć: Sorry, nie sprawdziłeś się...

Czy nie niepokoją Pana dokonania obecnego ministra w sferze prywatyzacji?

Minister Zbigniew Kaniewski z pewnym zapałem zabrał się do prywatyzowania wszystkiego, co się rusza…

Ale on się na tym zupełnie nie zna…

Z całym szacunkiem dla jego osoby — wejście do takiego resortu, niestety, zawsze wymaga czasu...

Podobno od 6 do 9 miesięcy.

Zgadza się. Niestety, w okresie trwania tego rządu pobiliśmy wszelkie rekordy, jeśli chodzi o liczbę zmian. W ciągu 2,5 roku mamy już czwartego ministra skarbu. To dotyczy też wielu innych resortów. Niestety, liczba zmian dowodzi prawdziwości tezy, że z tą drużyną od początku coś było nie tak. Każda zmiana zaś powodowała przestój. To dotyczyło także naszego superresortu. Jego powołanie, które jest ewenementem w skali światowej, przyniosło wiele miesięcy zamieszania.

Jak z perspektywy czasu ocenia Pan połączenie obu resortów?

Zdecydowanie negatywnie. Niestety, decyzję podjął premier we właściwy sobie sposób.

Podobno w nocy z niedzieli na poniedziałek?

Mówią, że między pewną kolacją wigilijną a Wigilią. Ten tryb powodował zniechęcenie i wątpliwość, czy warto zostawać dalej. Ta decyzja była podjęta bez konsultacji z Hausnerem, który dowiedział się w niedzielę wieczorem, ja w poniedziałek rano.

Jakie ma Pan pomysły na najbliższą przyszłość?

Właśnie tworzymy Forum „Rozwój-Praca” — platformę programową SLD, która ma zająć się rozwojem gospodarczym. Chcemy wyjść poza „partyjność.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Piechota: z tą drużyną od początku coś było nie tak