Po drugiej stronie stołu

Rafał Fabisiak
29-10-2010, 00:00

Większość z nas operację — jeśli w ogóle — zna tylko od strony pacjenta. Odliczy do sześciu, zaśnie, a potem obudzi się w szpitalnej sali…

Doktor Jacek Judycki pokazuje przygotowywane od kilku miesięcy filmy reklamowe prywatnego szpitala Mazovia, którego jest współzałożycielem.

— Ale schudłem, prawda? Zacząłem się odchudzać, dopiero kiedy je zobaczyłem. Nie sądziłem, że byłem taki gruby — opowiada.

Szpital działa od roku. Pachnie świeżością. Ściany, podłogi wyglądają jakby dopiero wczoraj ekipa wykończeniowa położyła ostatnie płytki i końcową warstwę farby. Meble jakby przed chwilą przywiezione z hurtowni. Ale powycierane, trochę poszarpane okładki gazet w recepcji świadczą o tym, że już niejedna osoba przeglądała ich zawartość.

— Rzeczywiście, mamy duży ruch. Jednak, prawdę mówiąc, nie wykorzystujemy jeszcze w stu procentach naszego potencjału — mówi dr Judycki.

Szpital przyjmuje także pacjentów opłacanych przez NFZ i specjalizuje się głównie w urologii, stąd średnia ich wieku jest raczej wysoka. Co zresztą podkreślają pracownicy.

Już bez skalpela

Urologia jest jedną z najszybciej się rozwijających dziedzin medycyny. Coraz więcej operacji urologicznych przeprowadza się metodami nieinwazyjnymi, bez użycia skalpela, poprzez endoskop lub laparoskop.

— W urologii sprzyjające jest to, że narządy, które się operuje, są połączone ze światem zewnętrznym naturalnym otworem. Dlatego w wielu przypadkach nie trzeba robić dodatkowego, żeby przeprowadzić zabieg — tłumaczy dr Judycki.

Do sali operacyjnej prowadzi krótki korytarz z drzwiami do pokojów pacjentów. Na końcu korytarza jest stanowisko pielęgniarek, a tuż obok wejście na blok. Dwa metry za drzwiami zaczyna się strefa sterylna. Tu zostają buty. Metr dalej jest pokój, w którym w szafkach dla personelu zostaje cała reszta ubrań. Każdy, kto wejdzie na blok, zakłada gumowe chodaki i jednorazową zieloną odzież.

W turkusie

Przy wszystkich drzwiach na bloku operacyjnym są czujniki ruchu. Dzięki temu nie trzeba niczego dotykać, by je otworzyć. Blok składa się z kilku pomieszczeń. Po lewej jest niewielki magazyn i pokój dla przebywających na bloku, ale nie można tam wnosić jedzenia ani picia. W rogu stoi tylko baniak z wodą. Do dwóch sal operacyjnych prowadzi sala przygotowawcza. W sąsiadującej z nią pielęgniarki przygotowują narzędzia do sterylizacji. Wypełniają to pomieszczenie umywalki, mnóstwo narzędzi, środki do dezynfekcji.

Marta Turlińska, pielęgniarka, powoli myje narzędzia do operacji.

— Narzędzia endoskopowe są bardzo delikatne. Podczas mycia trzeba być ostrożnym. Ale widzi pan, wszystko idzie spokojnie, bez nerwów — uśmiecha się, układając endoskop w plastikowej skrzynce z płynem.

Obok, w tak zwanej strefie czystej, znajduje się pomieszczenie z urządzeniami do sterylizacji narzędzi operacyjnych, czym również zajmują się pielęgniarki.

Większa z sal operacyjnych to tzw. sala turkusowa (od koloru ścian) — tu przeprowadza się trudniejsze zabiegi. Stół, aparat do narkozy, lampy bezcieniowe — wszystko wygląda jak wyjęte z katalogu. Specjalnie zaprojektowane pomieszczenie jest hermetyczne, by wszystkie bakterie wywiewało do góry. Mniejsza sala służy do prostszych zabiegów, ale wcale nie jest gorzej wyposażona. Ma trzy wejścia — od sali przygotowawczej, korytarza i od pomieszczenia, w którym chirurdzy myją się do operacji. Przy kranach są dozowniki, jedne ze specjalnym mydłem, drugie ze środkiem dezynfekującym.

Do sal operacyjnych trafiają także… przesądy. Jedni chirurdzy nie podnoszą narzędzia, które upadnie, inni przydeptują je trzy razy. Najpopularniejsze jest mycie rąk zawsze pod tym samym kranem, choćby obok było wolnych pięć innych.

— Ja zawsze myję ręce przy jednym. Mówi się, że to po to, by dyżur był spokojny. Ale z reguły nie jest — śmieje się dr Jan Skarbek-Kiełłczewski, który będzie przeprowadzał dzisiejszy TURT.

Guz, nie guz

Wcześniejsza cystoskopia wykryła u pacjenta guz. Zabieg ma polegać na jego usunięciu — tzw. TURT (z ang. Transurethral resection of tumor), a po polsku: przezcewkowa resekcja guza pęcherza moczowego. Trwa to od kilku minut do ponad godziny. Zabieg polega na wprowadzeniu przez cystoskop narzędzia endoskopowego (resektoskopu) do pęcherza moczowego. Resektoskop ma kamerę i pętlę elektryczną, która pozwala wyciąć niechcianą tkankę.

— Można go już przygotować? — pytają anestezjolodzy.

— Jasne! — pada odpowiedź.

Chwilę później na salę przyjeżdża pacjent. Anestezjolodzy układają go na operacyjnym fotelu urologicznym. Podają dożylnie anestetyk (lek do znieczulenia ogólnego).

— No dobrze, to zaczynamy — oznajmia lekarz operujący.

Powoli wprowadza endoskop przez cewkę moczową. Pomaga w tym odpowiedni żel, a widoczność w trakcie zabiegu zapewnia ciągły przepływ płynu płuczącego. Na ekranie pojawiają się różowo-czerwone ścianki cewki. Pacjent się poruszył.

— To ja czy on? — pyta lekarz operujący.

— On, on — anestezjolodzy delikatnie wstrzykują więcej anestetyku.

Teraz pacjent leży nieruchomo. Widać, a raczej słychać, że śpi — nieustanne chrapanie burzy początkowy spokój w pomieszczeniu. Anestezjolodzy co chwila zerkają na monitor pokazujący funkcje życiowe pacjenta. Lekarz operujący powoli przesuwa endoskop dalej.

— Przechodzimy przez zwieracz — tłumaczy.

Kamera powoli ujawnia kolejne zakamarki dróg moczowych. W końcu trafia do pęcherza, pokazując jego kremowo-różowe ścianki, na których delikatnie rysują się czerwone kanaliki.

Lekarz operujący przechodzi do szukania wykrytego wcześniej guza.

— O, to jest to. Ale… to chyba nie guz — oznajmia.

W kamerze endoskopu widać wyraźne zgrubienie, z którego przez niewielki otwór wydostaje się płyn płuczący wprawiający w ruch czerwone fragmenty tkanki.

Jak mówi dr Kiełłczewski, cystoskopię najczęściej się przeprowadza tylko w znieczuleniu miejscowym. Niektórzy pacjenci źle znoszą to badanie i dokładna ocena pęcherza może być niemożliwa. Tak jak w tym przypadku.

Ku końcowi

Pacjent poruszył nogą. Kolejna dawka anestetyku wsącza się do jego żył.

— Gdzie to prowadzi? — pyta lekarz operujący.

Przesuwa endoskop w stronę rzekomego guza. Wchodzi w otwór. Tam znajdują się kolejne dwa, ale nie są połączone. Chwilę później na ściance pęcherza znajduje kolejne zgrubienie.

— Dobrze, pobierzemy to do biopsji — dr Kiełłczewski wyprowadza narzędzie z cewki, z której wylewa się strumień płynu płuczącego.

Teraz wkłada resektoskop. Narzędzie przechodzi tą samą drogę, aż znów znajdzie się w pęcherzu. Urolog uruchamia pętlę elektryczną, która zaczyna świecić delikatnym światłem. Wycina kolejne fragmenty tkanki. Jedna wymsknęła się ze szczypiec resektoskopu i popłynęła z prądem płynu płuczącego. Lekarz operujący przesuwa narzędzie, szukając tkanki. Jest. Przemieszcza powoli i wysuwa narzędzie. Tkanka wypływa wraz ze strumieniem płynu. Pielęgniarka wyciąga tkankę z filtru worka, którym odprowadzany jest płyn płuczący, i wkłada do małego naczynia. I tak z każdym kolejnym fragmentem.

Po zakończeniu pobierania tkanek lekarz zamienia resektoskop na tzw. wałeczek. Pozwala on wypalić części ścianek, w których powstały krwawienia.

— Widzi pan, tu jest krwawienie — urolog pokazuje na monitorze niewielki otwór, z którego wypływają smużki krwi.

Wypalenie sprawia, że wszystko szybciej się goi. Wypalona tkanka przybiera żółty kolor.

— No dobrze, kończymy — lekarz operujący wyprowadza całe narzędzie. Płyn płuczący silnym strumieniem wylewa się z cewki.

Pielęgniarki zwijają jednorazowy materiał, którym był okryty pacjent, zbierają narzędzia. Zaczyna się ponowne mycie. Za półtorej godziny następny zabieg.

— Dzisiaj jest akurat spokojnie. Czasem jednak tylko przechodzimy z sali na salę — mówi Marta Turlińska.

W sali anestezjolodzy powoli wybudzają pacjenta. Chrapanie ustaje.

— Panie Józefie, budzimy się… panie Józefie… panie Józefie, już po wszystkim. Marta, pomóż nam go przenieść.

— Na trzy. Raz, dwa, trzy — przenoszą pacjenta z fotela na łóżko.

— Panie Józefie, już po zabiegu.

Pacjent powoli otwiera oczy.

— No, panie Józefie, w końcu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rafał Fabisiak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Po drugiej stronie stołu