Poczuj miętę

Patrycja Pustkowiak
opublikowano: 28-03-2019, 22:00

Mieli ambicję szyć torebki, które nie obciążałyby rąk i były piękne jak biżuteria. Udało się. Piotr i Katarzyna Iskra stworzyli Miętę — niezależną markę produkującą saszetki nerki, torebki i ubrania.

Zaczęło się od maszyny do szycia, którą Katarzyna Iskra dostała od babci. Postanowiła uszyć sobie torebkę nerkę. Gadżet z lat 80., który w odświeżonej wersji od pewnego czasu króluje na polskich ulicach. Zrobiła to, ale nie była zadowolona. Uszyła więc drugą, trzecią i dwudziestą, a gdy w końcu o jej rzeczy zaczęli pytać znajomi znajomych, powstała Mięta — dziś dobrze prosperująca, niezależna marka modowa, produkująca torebki i ubrania.

Wygoda, surowiec, design. „Miętówki” — jak właściciele marki nazywają swoje torebki — sprzedają się na pniu. Odświeżają i ożywiają każdą stylizację. Choć żadna nie jest na zewnątrz obrandowana, oryginalne i wyszukane wzory sprawiają, że Mięty właściwie nie można podrobić.
Wyświetl galerię [1/7]

Wygoda, surowiec, design. „Miętówki” — jak właściciele marki nazywają swoje torebki — sprzedają się na pniu. Odświeżają i ożywiają każdą stylizację. Choć żadna nie jest na zewnątrz obrandowana, oryginalne i wyszukane wzory sprawiają, że Mięty właściwie nie można podrobić. Fot. Tomasz Gotfryd, materiały prasowe

Małżeństwo i moda

Katarzyna Iskra i jej mąż Piotr, młode małżeństwo z Krakowa, poznali się 12 lat temu. Przez kilka lat mieszkali drzwi w drzwi, byli w związkach. Katarzyna zajmowała się psychoterapią, a Piotr, również z wykształcenia psycholog, szefował własnej firmie, produkującej i sprzedającej książki telefoniczne, a w wolnym czasie przygotowywał się do spełnienia marzenia: nakręcenia profesjonalnego filmu fabularnego. Wymieniając sąsiedzkie uprzejmości, nie przypuszczali, że za kilka lat połączą ich małżeństwo, kaletnictwo i moda. Tym bardziej, że Katarzyna nie umiała szyć, a Piotr nigdy się nie zastanawiał nad konstrukcją damskiej torebki. 2010 to znaczący rok w ich życiu — zaczęli być parą i zamieszkali razem w mieszkaniu, z którego Piotr zrobił plan filmowy, realizując wreszcie swoje artystyczne marzenie.

— W trakcie kręcenia filmu upadało moje, wcześniej prężnie działające w całym kraju, wydawnictwo książek telefonicznych. Mimo że babcie moich byłych dziewczyn miały na półkach wydane przez mnie „Spisy Abonentów” z charakterystyczną, granatową okładką, to ludzie przechodzili masowo na komórki i firma dokonywała żywota. Musiałem ją zamknąć, bo była mało innowacyjna — przyznaje Piotr Iskra.

Oboje planowali odpoczynek. Katarzyna poszukiwała zdrowej przeciwwagi dla codziennej pracy psychoterapeutycznej, Piotr chciał uciec od biznesowego zgiełku. Nikt nie sądził, że wysłużony Łucznik babci odmieni ich losy.

— Uszyłam pierwszą nerkę. Sama chciałam jej używać, żeby nie być obciążoną torbami. Na rynku nie było innych — fajnych, barwnych, z ciekawych tkanin. Ta pierwsza mnie nie zadowoliła, więc szyłam dalej. Ale nie myślałam, że będę się tym zajmować. Zazdrościłam tym, którzy umieli rysować, projektować — wspomina Katarzyna Iskra.

Uszyła kolejnych kilkadziesiąt. Początkowo wszystkie były z materiału. Piotr Iskra jeździł ze swoją fabułą (film „Zabawka” z 2012 r.) po festiwalach filmowych i przywoził tkaniny z różnych krajów, a jego partnerka ciągle, kompulsywnie szyła nerki.

— Robiłam to w nadziei, że wreszcie uszyję taką, która mnie zadowoli. Ale jeszcze takiej nie uszyłam. Gdy kończę jedną, myślę już o następnej. W rezultacie nie mam żadnej — śmieje się Katarzyna Iskra.

Oddech świeżości

Uczyła się szycia metodą prób i błędów. Poprawiała do skutku. Nerek w ich domu — gdzie odbywała się cała produkcja — wciąż przybywało. Plan filmowy zgrabnie przeobraził się w pracownię kaletniczą. Kiedy wpadali do nich znajomi, wychodzili z nerką. Podobały się im współczesne i nietuzinkowe wzory i tkaniny przywożone z różnych zakątków globu. Zaczęli dopytywać o kolejne.

— Na początku wydawało się nam, że robią to z sympatii, ale kiedy po nasze produkty zgłaszali się znajomi znajomych, zaczęło nas to zastanawiać. Tylko że Piotr ciągle się zarzekał, że nie zaangażuje się w żadną inną firmę. Jest zmęczony i chce odpocząć — mówi Katarzyna Iskra.

Jej mąż potwierdza, że tak było.

— Nie chciałem mieć nowej firmy, choć przyznam, że przeliczałem w głowie, ile Kasia mogłaby zarobić. Wiedziałem też, że moje doświadczenie biznesowe mogłoby pomóc zwielokrotnić te zyski, ale powtarzałem sobie: nie. Moje wydawnictwo książek telefonicznych okrzepło po dwóch, trzech latach, a zaczęło hulać po ośmiu, dziewięciu. Wiedziałem, z czym to się wiąże. Aż pewnego dnia zobaczyłem w nerkach potencjał — w końcu trzeba zarobić na kolejny film — żartuje Piotr Iskra.

Skąd ta zmiana? W 2013 r. założyli fanpage’a na Facebooku. Od razu zyskali bardzo dużo fanów. Lawinowo posypały się zapytania. Wreszcie zapadła decyzja: zakładamy firmę — Miętę. Nazwę wymyśliła Katarzyna Iskra.

— To pierwsze słowo, które przyszło mi do głowy. Oddech świeżości, coś nowego, takie miały być nasze projekty i do dziś się to udaje. Nie znamy projektanta, który rocznie wypuszczałby więcej nowości niż my. „Miętówki”, tak nazywamy nasze torebki, sprzedają się na pniu, odświeżają i ożywiają każdą stylizację. Choć żadna nie jest na zewnątrz obrandowana, wszyscy wiedzą, że to Mięta. Mamy tak oryginalne i wyszukane wzory, że właściwie nie można nas podrobić. Tak więc idea Mięty jest w pełni realizowana — twierdzi właścicielka firmy.

Hermetyczna branża

Za dnia Katarzyna Iskra pracowała w poradni, a po godzinach szyła. Jej rekord to 10 nerek dziennie. To było coraz trudniejsze do ogarnięcia. Przełomem był eksperyment: wykupienie reklamy na FB.

— Nie umieliśmy tam nawet nic ustawić, po prostu kliknęliśmy „promuj post”. Zamówienia posypały się tak, że do następnej takiej promocji przygotowywaliśmy się jak do wojny. Wszystkie zamówienia odbywały się drogą korespondencji na Facebooku, jednak produkty były na tyle atrakcyjne, że brak sklepu internetowego nikogo nie zrażał — twierdzi Piotr Iskra.

Liczba zamówień wzrosła ośmiokrotnie, gdy założyli sklep internetowy, ale kontakty Facebookowe właściciele Mięty też sobie cenią, mają z tamtych czasów mnóstwo znajomych. Początkowo szyli nerki tylko z materiału. Kiedy firma zaczęła się rozkręcać, postanowili zainwestować w trwalszy surowiec — skórę naturalną.

— Mamy ambicję tworzenia rzeczy długowiecznych, które nie rozpadną się po jednym sezonie. Skóra to piękny, szlachetny surowiec, który nie ma sobie równych, jeśli chodzi o trwałość — mówi właścicielka firmy.

Branża kaletnicza okazała się jednak bardzo hermetyczna. Nie było ogłoszeń w internecie, trudno też było znaleźć wspólny język z rzemieślnikami i hurtownikami.

— Mieliśmy szczęście, że mieszkamy w Krakowie. Tu jest zawodowa szkoła przemysłu skórzanego, stąd pochodzą osoby, które szyją torby. Kraków i Kalwaria Zebrzydowska to branżowe zagłębie. Bardzo nam to ułatwiło sprawę — uważa Piotr Iskra.

Szukali na najwyższych półkach pod kątem wzornictwa i jakości, w końcu trafili do włoskich producentów. W dobre skóry zainwestowali z własnej kieszeni około 100 tys. zł. Produkcja szła pełną parą. Katarzyna Iskra nie mogła sobie poradzić z realizacją zamówień, więc pomyśleli o pracownikach. Zamieścili ogłoszenie w „Dzienniku Polskim”.

— Zgłosiła się masa dziwaków. Jedna pani była pijana, inna — w zaawansowanej psychozie. Autentycznie się baliśmy, szczególnie że urządzaliśmy ten „casting” w naszym domu. Na szczęście znaleźliśmy właściwą osobę. Panią w podeszłym wieku, która mieszkała pod Krakowem — wspomina Piotr Iskra.

Nie obeszło się bez przygód.

— Ponieważ nie mieliśmy samochodu, paczkę z pracą dla pani przekazywałem kierowcom autobusów miejskich, którzy na ostatnim przystanku mieli ją oddać kaletniczce. Długo to dobrze działało. Aż wreszcie powiedziała, że już nie będzie odbierać pracy. Zapytałem: dlaczego? A ona na to, że sąsiadki mówią, że za często chodzi do tych kierowców. Posądziły ją po prostu o romans — mówi Piotr Iskra.

Musieli opracować nowy plan wysyłek. Najpierw korzystali z Ubera, potem z firmy przewozowej, wynajęli samochód, a wreszcie, dwa lata temu — kupili własny.

Wysmakowany gadżet

Dziś Mięta ma swój showroom i magazyn na krakowskim Kazimierzu. Zatrudnia pięć osób szyjących i ma solidny zespół podwykonawców (szwalnie, krojczy, konstruktorzy). Są też kierownik produkcji i osoba do obsługi klientów. Właściciele śmieją się, że udało im się nawet znaleźć miłych i rozmownych kaletników. Wszystko produkują w Krakowie. Mają już prawie 100 tys. fanów na FB. Sprzedaż tak skoczyła, że choć szyją pełną parą, to na najpopularniejsze torebki wciąż trzeba czekać, nawet miesiąc. Co odpowiada za ten sukces? Początkowo idealnie się wstrzelili w powracającą modę na saszetki nerki.

— Każdy znał ich sportowe lub cinkciarskie warianty, ale my postanowiliśmy zrobić elegancki i wysmakowany gadżet. Wygoda, świetny surowiec i dobry design to klucz ich popularności. Chciałam, żeby nasze saszetki były eleganckie jak biżuteria. Robiły całą stylizację. I tak jest. Rzadko kiedy są to gładkie rzeczy, zawsze się staram, żeby były wyraziste. Mam też obsesję udoskonalania produktu. Wiele moich pomysłów to unikaty lub limitowane modele. Ludzie cenią to, że nie robimy masowej produkcji. Wiele z tych torebek kroję osobiście, a potem komponuję. Jest w tym serce, tak powstaje unikat — opisuje Katarzyna Iskra.

Aby nie paść ofiarą sezonowej mody, twórcy Mięty poszerzyli asortyment o torby i ubrania. Dziś torby to lwia część produkcji. Hitem jest podwójna torebka zwana Double Bagiem, którą można nosić na kilka sposobów. Poza tym przykładają wielką wagę do obsługi klienta. Cierpliwie odpowiadają na e-maile i starają się spełnić każde marzenie klienta.

— Ciekawe, że choć nigdy nie ogłosiliśmy, że szyjemy torby na zamówienie, to ludzie proszą o konkretne kombinacje kolorystyczne i staramy się spełniać te życzenia. Jedni chcą mieć torebkę pod kolor butów, inni — pod kolor samochodu lub w barwach ukochanej drużyny piłkarskiej — wymienia Katarzyna Iskra.

Mają mnóstwo modeli. Jedna torebka w Mięcie ma czasem kilkaset wariacji kolorystycznych. Za tym stoi Katarzyna Iskra.

— Od początku mieliśmy bogaty asortyment. Całe dnie spędzałam nad maszyną do szycia, komponowałam, kroiłam. Lubię to. Zależy mi też, by nie marnować skóry. Mam duże poszanowanie dla tego surowca, u nas prawie nie ma ścinków — zapewnia właścicielka firmy.

W ofercie Mięty znajdują się nerki, małe poręczne torebki, kopertówki, a także wielkie torby dla miłośniczek noszenia wszystkiego ze sobą. Ceny wahają się od kilkudziesięciu do kilkuset złotych w zależności od skomplikowania modelu i ceny surowców. Jeśli chce się mieć model uszyty w wybranych przez siebie kolorach, trzeba dopłacić 25 proc. do ceny regularnej.

Podział obowiązków

Piotr Iskra odpowiada za sprawy finansowo-organizacyjne, jego żona jest art directorem firmy, oboje zajmują się marketingiem. Coraz więcej prac starają się jednak zlecać. To nie takie łatwe, bo oboje mają skłonność do kontroli, chcieliby sami nad wszystkim sprawować pieczę. Wpadki? W pierwszej serii 30 nerek pani, która je wykonała, nie wiedziała, że trzeba przypalić pasek zapalniczką, by zabezpieczyć go przed spruciem. Drobna rzecz, a czyni pas nośny funkcjonalnym. Puścili na rynek partię nerek, które spruły się po pierwszym użyciu.

— Straszny wstyd... Bardzo szybko to wykryliśmy i od ręki rozpatrywaliśmy każdą reklamację. Nawet sami zgłaszaliśmy się do ludzi i proponowaliśmy im wymianę. Chyba podziałało. Ci klienci kupują u nas do dziś. Od tego momentu każdą reklamację rozpatrujemy bardzo poważnie, gdyż obsesyjnie staramy się udoskonalać nasze produkty — twierdzi Katarzyna Iskra.

Planują wyjście na rynki zagraniczne. Stworzenie kreatora produktów, który pomoże realizować i personalizować indywidualne zamówienia. Dalszy rozwój firmy. Ale też złapanie równowagi między pracą i życiem rodzinnym. To jest szczególnie ważne, odkąd niecały rok temu pojawiła się na świecie ich córka Sonia. Musieli zwolnić, delegować więcej zadań, a Katarzyna Iskra wróciła do szycia dla przyjemności. Postawiła na... ubranka dla Soni. Oczywiście pojawia się pytanie, czy Mięta wprowadzi je na rynek?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Patrycja Pustkowiak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu