Podaż zdemolowała indeksy GPW

Włodzimierz Uniszewski
opublikowano: 10-01-2008, 17:33

Dzisiaj rano wydawało się, że w końcu nadszedł czas na wzrostową korektę. Rynek jest bowiem potężnie wyprzedany, a  bliskie paniki nastroje sugerują bliskość dna przed większym odbiciem.

Katalizatorem miał być wynik wczorajszej sesji za oceanem, która zakończyła się dużym wzrostem. Po tak spektakularnym odbiciu można było liczyć na odreagowanie w Europie. Rzeczywiście, główne rynki europejskie wystrzeliły rano jak z procy, odrabiając większość wczorajszych strat. Niestety GPW postanowiła powalczyć o tytuł najsłabszego rynku na kontynencie i niewiele jej zabrakło do sukcesu.

Od pierwszych minut sesji dominował pesymizm. Po krótkim wahaniu indeksy zaczęły się osuwać, a najszybciej maszerował w dół mWig40, który najwyraźniej nie miał jeszcze dosyć po wczorajszym 5 proc. spadku.  Z każdą godziną podaż zdobywała kolejne punkty. Pomagało jej ochłodzenie nastrojów za granicą. Inwestorów niepokoiły kontrakty na amerykańskie indeksy, zniżkujące pod wpływem obaw o stan sektora finansowego w USA oraz wartość grudniowej sprzedaży detalicznej.

W takich warunkach podażowa presja sprowadziła Wig20 do ostatniej linii obrony - dziennego minimum sierpniowej fali spadkowej w rejonie 3250 pkt. Ku przerażeniu byków, linia ta została sforsowana, a indeks ustanowił sesyjne dno na poziomie 3211 pkt. Na szczęście dla posiadaczy akcji wkrótce okazało się, że amerykańscy inwestorzy nie wierzą w spadki i kupują przecenione akcje. Indeks Dow Jones Industrials szybko zniwelował sięgającą 100 pkt. stratę i nawet wyszedł na plus.

Ten popytowy impuls za oceanem pomógł GPW i po dramatycznym finiszu Wig20 zdołał zamknąć się powyżej symbolicznej bariery. Niestety, zmniejszyło to tylko stratę, która ostatecznie wyniosła 1,8 proc. Znacznie gorszy los spotkał mniejsze spółki. Ten segment rynku został już doszczętnie zdemolowany przez bessę – mWig40 stracił ponad 4 proc. Od swojego czerwcowego szczytu indeks zmalał o niemal 40 proc., co świadczy o panicznej ucieczce niedoświadczonych inwestorów. Obroty spadły do 2,1 mld. zł., a pięciokrotnie więcej spółek zniżkowało niż rosło.

Polski rynek jest szczególnie mocno wyprzedany, ale także w USA obecna fala spadkowa przekroczyła już "przepisowe" 10 proc., więc nastroje są nerwowe. Rośnie zatem ryzyko nagłego wybicia  -w jedną lub drugą stronę. Oczywiście większość inwestorów za oceanem to byki i mają oni nadzieję, że jakaś cudowna broń zmieni bieg wojny z niedźwiedziami. Dzisiaj będą z napięciem czekali na wystąpienie szefa Federal Reserve, które zacznie się o godz. 19 naszego czasu. Wszyscy dobrze pamiętają, że podobne wystąpienie w listopadzie pomogło rynkowi wyrwać się z pazurów bessy. Oczekują więc, że wobec oznak słabości gospodarczej i spadających indeksów szef Fed wypowie jakieś uspokajające słowa. Ben Bernanke dobrze o tych oczekiwaniach wie, więc będzie ważył słowa, aby nie wystraszyć rynków. Ponieważ ze spółek nie płyną na razie tragiczne wieści, odpowiedni dobór akcentów w jego przemówieniu może krótkoterminowo pomóc akcjom. W takim wypadku na GPW nastąpiłoby jutro odbicie. Gdyby jednak Bernanke rozczarował, wsparcie na 3250 pkt. z pewnością już drugi raz nie ocaleje.

Włodzimierz Uniszewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Włodzimierz Uniszewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane