Podkład, piegi, brokat i... na scenę

Michał Mizera
opublikowano: 30-03-2007, 00:00

Brzechwa za milion euro? A, proszę bardzo — w Teatrze Roma. Polski musicalowy rekord.

Takie cztery miliony złotych na Broadwayu nie starczyłyby na wiele. Ale w Warszawie to fortuna. Budżet równy przeciętnej polskiej produkcji filmowej. Oj, odważny ten dyrektor Teatru Roma… Nie po raz pierwszy.

Najważniejszy casting — na role dziecięce — wymagał prawie roku. Konieczność. Dzieci z „Piotrusia Pana” dorosły, mają dziś po osiemnaście, dziewiętnaście lat. Z niemal tysiąca malców kilkudziesięciu pojechało na warsztaty do Suchej Beskidzkiej. Był czerwiec. W sierpniu wybrano najzdolniejszych: dwie gromadki po szesnaścioro dzieci. Premierę zaplanowano na styczeń. Mało czasu. A teraz też pojawiają się luki w obsadzie. Główną postać, Adasia Niezgódki, odtwarza na zmianę dwóch chłopców, trzeci dopiero wchodzi w rolę, debiut jeszcze przed nim. I Kuba Badurka wkrótce będzie miał mutację... No i potrzeba więcej Adasiów.

— Dzieciom wystarczy puder i piegi, dziewczynkom czasem podmalowujemy rzęsy. Dla Pana Kleksa: podkład, piegi, brokat, zarost, peruka, całość podmalowujemy — schodzi ze dwadzieścia minut. Królowa Aba, bardziej skomplikowana charakteryzacja — jakieś pół godziny. W spektaklu jeden aktor gra trzy postacie: pierwsza — 20 minut, zmywamy, druga — 15 minut, zmywamy, trzecia: 5 minut. I dziewczyny muszą się wyrobić! — opowiada Anna Mecan, kierowniczka pracowni fryzjersko-perukarskiej.

Na scenie pojawiają się 52 osoby — i to w wielu rolach. Kołowrót, szaleństwo! Charakteryzacją zajmuje się 7 dziewczyn po szkołach wizażu, przyjętych specjalnie do „Akademii Pana Kleksa”.

— Po spektaklu peruki przesychają, czeszemy je, poprawiamy. Codziennie opiekujemy się też 40 łysinami! Taka łysina rzucona w kąt się rozciągnie, pozagina i nadaje się na śmietnik. A to droga rzecz — fachowo zauważa perukarka.

Kostiumy uszyto z folii tajweg, używanej w budownictwie. Są lekkie i bardzo dobrze „oddychają”. Ale ten materiał nie jest przeznaczony do gwałtownych ruchów, drze się, rozrywa, więc stroje tancerzy trzeba często naprawiać.

No i diabeł tkwi w szczegółach. W kostium Alojzego Bąbla wmontowano diody, kabelki, z nagła wyskakujące sprężyny — to robi wrażenie. Ale czy widać z widowni, że dany ubiór ma guziki w kształcie śrubek?

— Największy stres przeżyłem na trzecim przedstawieniu, kiedy wyjeżdżałem z zapadni na scenę. To było pierwsze wejście Pana Kleksa, który szerokim gestem miał wszystkich powitać w Akademii. Zaklinowały mi się poły fraka — w podłodze. Gdyby nie chłopaki z obsługi technicznej, stałbym unieruchomiony przez cały spektakl! — opowiada Robert Rozmus, czyli Pan Kleks.

— Ciężka produkcja. Dla wszystkich — ocenia Anna Waś, asystentka kierownika technicznego.

Fakt, ciężka. Ale jaki efekt! Animacje Tomasza Bagińskiego (nominowanego do Oscara za „Katedrę”) idealnie zgrane z działaniami aktorów. Prawdziwy kleksolot — wypełniona helem maszyna, która lata nad widownią. Zapadnie. Gigantyczne marionetki zwierząt. I rewelacyjna muzyka Andrzeja Korzyńskiego. No i świetni młodzi aktorzy. Przez dwie i pół godziny zabawa nie z tej ziemi. Dla publiczności.

— Kiedy zadzwonił Borys Kudlicka, byłem nieufny. „Katedrę” robiłem sam 15 miesięcy przez trzy lata! Tu czekała nas praca zespołowa, ale mieliśmy trzy miesiące na dwugodzinny spektakl! Tempo było mordercze. Okazało się, że projektory będą dwa miesiące później niż w planie. Pracowaliśmy trochę w ciemno. Będzie pasować czy nie? Przypomniałem sobie, jak to jest pracować całą noc i wychodzić z pracy o 11 rano następnego dnia... — wspomina Bagiński.

Warto było.

— To absolutny top, co udało nam się osiągnąć w „Akademii Pana Kleksa” — słusznie chwali się Wojciech Kępczyński, dyrektor naczelny i artystyczny teatru, reżyser widowiska.

Wcześniej pomagali sponsorzy, bo Roma i Kępczyński mają przecież renomę. Ale na prapremierę oryginalnego polskiego musicalu żadna firma nie chciała wyłożyć nawet złotówki. Dyrektor bez skutku kołatał do PKO BP („nie jesteśmy w stanie pozytywnie odpowiedzieć na wszystkie prośby”). Nie pomogło też Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które wcześniej wsparło „Taniec wampirów” („wnioskowana kwota była za duża na nasze możliwości”), Danone („odbiorcy spektaklu nie pokrywają się z adresatami naszych marek”), Wedel i wiele innych firm. Tylko miasto dało 650 tys. zł na nowoczesne projektory, niezbędne do animacji Bagińskiego. Pięć urządzeń ze Stanów kosztowało przeszło milion złotych.

No i teatr zaryzykował. Zrealizował „Akademię” za własną kasę. W razie klapy trzeba by pewnie zamknąć interes. Ale twórcy dogadali się z dostawcami, że należności „Roma” spłaci z bieżących wpływów.

— Sukces? O tym porozmawiamy, kiedy zagramy tysiąc spektakli. Na razie cieszmy się z frekwencji, recenzji i opinii widzów po przedstawieniu — mówi reżyser.

Teatr znalazł świetnych patronów medialnych (m.in.: Polsat, „Gazeta Wyborcza”, portal Onet.pl i „Polityka”). A i tak nie ma lepszej reklamy niż plotka. Na premierze było prawie tysiąc osób. Przekazały wici innym. Na kolejnym spektaklu znów tysiąc ludzi, którzy też mają swoich przyjaciół i znajomych. Poszła fama. Dziś średnio 95 proc. miejsc jest zapełnionych. Non stop. Wycieczki z całej Polski.

— Dzieciaki reagują bardzo żywiołowo… Raz jeden malec wrzasnął do Alojzego Bąbla „oddawaj szkatułkę, gnojku!” — wspomina Sebastian Gonciarz, drugi reżyser, prawa ręka Kępczyńskiego.

Powodzenie powodzeniem, wpływy na konto wpływami, ale prawda jest taka, że „Roma” jest skazana na „Akademię”. Żeby zmienić dekoracje np. na „Koty”, teatr musiałby zamknąć podwoje na trzy, cztery tygodnie. Bo dekoracja do „Pana Kleksa” to potężne, sterowane komputerowo maszyny, rury montowane w scenie, zapadnie, ekrany... Demontaż tej scenografii to prawie rujnacja całego budynku.

Godzina 21.30. Z teatru wychodzi oczarowany tłumek dzieciaków. I całkiem liczni dorośli. Czasem tylko ktoś westchnie: „Ech, nie ma jak Fronczewski...”. Wiecznie żywy Kleks z filmu Krzysztofa Gradowskiego.

— Trochę żałuję, że nie zwróciłem się do Piotra Fronczewskiego, który jest wymarzonym odtwórcą głównej roli. Zawsze będzie naszym guru, najwspanialszym Ambrożym Kleksem... W castingu wygrali Wojciech Paszkowski i Robert Rozmus. Mam nadzieję, że Piotr przyjdzie z rodziną na musical i będziemy fetować jego wizytę — puentuje Kępczyński.

A może Fronczewski zgodziłby się zagrać kilka specjalnych przedstawień?

— Ciekawy pomysł — rzuca dyrektor.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michał Mizera

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu