Polityka zamiast rynku

Barbara Warpechowska
opublikowano: 27-02-2013, 00:00

Polityka klimatyczna Unii Europejskiej przypomina jazdę autem, w którym szwankują hamulce. Może uda się w miarę bezpiecznie wyhamować

Unia Europejska od lat walczy o ograniczenie emisji gazów cieplarnianych. Sama odpowiada jedynie za 7-10 proc. (w zależności od źródła) globalnej emisji CO 2. Unijna determinacja nie znajduje jednak naśladowców w innych częściach świata, a ostatnio budzi coraz większy sprzeciw również w Europie. Dlaczego?

— Zaostrzanie polityki klimatycznej w czasach kryzysu jest nieodpowiedzialnym działaniem wobec przemysłu i państw, które negocjowałytrudny kompromis w 2008 r. — uważa europoseł Konrad Szymański. Ogranicza to konkurencyjność gospodarek i może prowadzić do przenoszenia fabryk z Europy do Azji i Afryki. Najbardziej dotknie to takie branże jak hutnictwo, przemysł papierniczy i chemiczny. Kryzys nie sprzyja również kosztownym dotacjom do produkcji energii ze źródeł odnawialnych. Niepokoją także próby administracyjnych zmian w zasadach ETS.

— Drugi okres rozliczeniowy zakończył się w 2012 r. nadwyżką około 900 milionów uprawnień, które po konwersji mogą być wykorzystane przez instalacje w latach 2013-20. Do tego dochodzi przeszacowanie liczby prognozowanych emisji w obecnym okresie rozliczeniowym, co łącznie daje nadpodaż w wysokości 1,5-2 mld certyfikatów — mówi Maciej Wiśniewski, prezes Domu Maklerskiego Consus.

Dlatego systematycznie spadają ceny uprawnień, które obecnie wynoszą 4-5 euro. By wpłynąć na wzrost cen i pobudzić zielone inwestycje, Komisja Europejska zaproponowała wycofanie z rynku 900 mln uprawnień w latach 2013-15. Pozwolenia mają wrócić na rynek w latach 2019-20. Jest to tzw. backloading, któremu sprzeciwia się Polska. Wątpliwości mają też inne kraje.

— Ceny CO 2 osiągnęły rekordowo niski poziom i nie są już bodźcem dla tych, którzy chcieliby inwestować w niskowęglowe technologie, efektywność energetyczną i czystą energię — przekonuje do pomysłu komisarz UE ds. klimatu Connie Hedegaard. Pod koniec stycznia unijna Komisja Przemysłu sprzeciwiła się wycofaniu 900 mln uprawnień. Z kolei Komisja Ochrony Środowiska 19 lutego poparła to rozwiązanie. To oznacza, że najprawdopodobniej problem wróci na sesję plenarną. Głosowanie w tej sprawie mogłoby się odbyć podczas marcowej lub kwietniowej sesji w Strasburgu. Później zawieszeniem aukcji CO 2 zajmą się ministrowie krajów członkowskich.

— Proponowana przez Komisję Europejską zmiana oznacza zastąpienie mechanizmówrynkowych ręcznym sterowaniem przez biurokratów. Takie zmiany w ETS oznaczają miliardowe straty dla polskich przedsiębiorstw — przypomina Konrad Szymański.

A chodzi o ogromne kwoty. Część uprawnień nasze elektrownie otrzymują za darmo, ale jeśli emitują za dużo CO 2, to brakujące ilości muszą kupić na rynku. Dlatego tak istotna jest dla nich cena tony CO 2. Zwłaszcza że z roku na rok nasza pula darmowych uprawnień będzie malała (z 70 proc. obecnie do pełnej płatności w roku 2020). Minister środowiska Marcin Korolec uważa, że takie sterowanie rynkiem jest niedopuszczalne. Niska cena praw emisji to także kłopot dla zwolennikówCCS (instalacji wychwytu i podziemnego składowania CO 2).

W Europie nie powstanie prawdopodobnie żadna tego typu instalacja, chociaż miało być ich 10-12. W Polsce miała powstać w Elektrowni Bełchatów. Jak podkreślają fachowcy, wynika to z konstrukcji przepisów o pomocy publicznej. Otóż firmy powinny stosować te technologie nawet w sytuacji nieopłacalności biznesowej. Szef żadnej firmy nie będzie jej narażał na straty, bo zapłaci za to utratą stanowiska. Analitycy agencji ratingowej Fitch podkreślają, że przyszłość energetyki w Unii Europejskiej określą decyzje polityczne, a nie rynkowe. A to nie jest dobra wiadomość ani dla gospodarki, ani dla nas.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Barbara Warpechowska

Polecane