Polska fuksem uniknęła najgorszego

Tomasz Siemieniec,Eugeniusz Twaróg
opublikowano: 04-01-2010, 00:00

W 2010 r. inni będą rozwijać się szybciej niż Polska. Rządowi trudniej będzie mówić o sukcesach.

Największym zagrożeniem dla gospodarki jest zadłużenie budżetu

W 2010 r. inni będą rozwijać się szybciej niż Polska. Rządowi trudniej będzie mówić o sukcesach.

"Puls Biznesu": Dokładnie rok temu mówił pan, że politycy muszą podjąć ryzyko, bo tylko dzięki odważnym decyzjom mogą uratować gospodarkę. Ryzyka nie podjęli. Dobrze się stało?

Sławomir Sikora, prezes banku Citi Handlowy: Gdyby je podjęli, polska gospodarka byłaby w jeszcze lepszym stanie. A wracając do rozmowy sprzed roku, mogę powiedzieć, że wiele z tamtych prognoz się sprawdziło. Apelowałem o działania, które miały zahamować negatywne skutki ograniczenia inwestycji w Polsce, o przyspieszenie inwestycji publicznych — i tu podjęto właściwe decyzje. Mówiłem też o systemie gwarancji dla małych i średnich przedsiębiorstw. A tego wciąż brakuje.

Miało być tragicznie, a nie było. Polskiej gospodarce udało się uniknąć recesji. Teraz analitycy twierdzą, że najgorsze mamy za sobą. Może znów się mylą i oberwiemy dopiero w 2010 r.?

Udało się uniknąć najgorszego scenariusza, choć należy się zastanowić, w jakim stopniu to skutek świadomej polityki gospodarczej, a w jakim dzieło korzystnego zbiegu okoliczności. Byłbym skłonny podzielić zasługi po połowie lub nawet dać przewagę szczęściu. Recesję w 2010 r. uważam za mało prawdopodobną. Ale to nie powód do odtrąbienia sukcesu. Jesteśmy w Europie, a ta, według naszych prognoz, będzie wychodzić z kryzysu wolniej niż Azja, Ameryka Południowa czy Północna. Nawet w optymistycznych scenariuszach kreślonych przez ekonomistów bezrobocie pozostaje jednym z głównych problemów, które trapić będą naszą gospodarkę.

W globalnej nie odnotowaliśmy jeszcze trwałych oznak ożywienia. Pojawiły się natomiast sytuacje zaskakujące, np. problemy ze spłatą kredytów przez Dubaj oraz przepowiadane wcześniej kłopoty krajów obciążonych olbrzymim długiem publicznym. Warto pamiętać, że nastawienie agencji ratingowych oraz inwestorów wobec krajów małych (takich jak Grecja) jest dużo bardziej surowe niż największych (USA, Wielka Brytania). Nas zalicza się do pierwszej grupy.

Czy grozi nam scenariusz grecki? Poziom zadłużenia sektora finansów publicznych niebezpiecznie zbliża się do granicy 55 proc.

W razie przekroczenia progu 55 proc. obawiałbym się głównie skutków wewnętrznych. Rząd musiałby zrównoważyć budżet i zamrozić płace w sferze budżetowej (w 2012 r.). Miałoby to, moim zdaniem, fatalny skutek dla wzrostu gospodarczego, groziło nawet recesją. Ponadto wywołałoby duże zaburzenia społeczne i polityczne. Dlatego sądzę, że rząd zrobi wszystko, aby nie przekroczyć progów ostrożnościowych, może nawet dokonać zmiany definicji długu publicznego (np. poprzez wyłączenie z niego długu emerytalnego).

Największym zagrożeniem w skali makro jest zatem zadłużenie sektora publicznego. Czynnikiem nowym, którego skutki trudno dziś ocenić, a który może sprawić, że Polska przestanie być liderem wzrostu, będzie poprawa w innych krajach. Nawet jeśli nasza gospodarka przyspieszy do 2-3 proc. PKB rocznie, to i tak możemy znaleźć się w drugiej lidze krajów wychodzących z kryzysu. Tempo wzrostu wielu gospodarek europejskich może być w 2010 r. wyższe niż naszej, ze względu na duże spadki w 2009 r., a tym samym tzw. niższą bazę. To sprawa techniczna, ale trudniej będzie rządowi mówić o sukcesach.

Zgodnie z pańskimi przewidywaniami akcja kredytowa dla przedsiębiorstw prawdopodobnie miała w minionym roku ujemną dynamikę. Jaka będzie w nowym roku?

W 2008 r. przedstawiałem w rozmowie z "PB" dwa scenariusze. W pierwszym dynamika akcji kredytowej dla przedsiębiorstw miała być jednocyfrowa. W drugim założyłem, że wolumen kredytów nie tylko nie wzrośnie, ale realnie spadnie. I, jak się okazuje, ten scenariusz jest nam dzisiaj bliższy. Sądzę, że na koniec roku realny przyrost kredytów dla firm był ujemny (po wyeliminowaniu zmian kursowych), zaś akcja kredytowa dla klientów indywidualnych sięgnęła około 20 proc. W 2010 r. widzę szansę na podobny wzrost w przypadku gospodarstw domowych (kilkanaście procent) i na 2-3 pkt proc. powyżej wzrostu PKB w przypadku firm.

Czy nie obawia się pan negatywnego wpływu napięć na rynku pracy na konsumpcję (tym samym na PKB) i na sektor bankowy?

Wygląda na to, że przyspieszenie wzrostu w 2010 r. nie wystarczy, by zatrzymać przyrost bezrobocia, a podaż kredytu na cele konsumpcyjne hamowały będą obawy związane z rosnącymi zaległościami w ich spłacie. Można oczekiwać, że wzrost konsumpcji indywidualnej w 2010 r. będzie niższy niż w 2009 r. Sektor bankowy będzie odczuwał skutki pogorszenia sytuacji gospodarstw domowych jeszcze co najmniej przez dwa kwartały.

Czy banki, przestraszone rozwijającym się kryzysem, nie ograniczały kredytowania przedsiębiorstw zbyt gwałtownie i nie podnosiły cen zbyt drastycznie?

Na rynku kredytów dla firm widać trzy tendencje. Po pierwsze, jest wyraźny spadek popytu na kredyt inwestycyjny. Po drugie, ograniczenie podaży kredytu krótkoterminowego dla firm o słabszej kondycji finansowej — firmy dobrze radzące sobie w kryzysie mają dziś nawet większe możliwości uzyskania pieniędzy. Po trzecie, wzrost marż kredytowych, a to dzięki niższej płynności oraz wyższym cenom na rynku międzybankowym. Warto zauważyć, że korzystają na tym firmy o wysokiej płynności i posiadający oszczędności klienci indywidualni.

Minął rok, od kiedy pojawił się problem opcji walutowych. Jakie są straty banków, przedsiębiorstw i całej gospodarki? Jaka z tego płynie nauka na przyszłość?

Warto w tym miejscu poczynić kilka ogólnych obserwacji. Po pierwsze, utrata wartości złotego oraz skala wahań kursu na przełomie lat 2008 i 2009 były największe w ostatnich kilkunastu latach i — co warto podkreślić — nie miały uzasadnienia w mocnych fundamentach polskiej gospodarki. Po drugie, tak gwałtownej dewaluacji można było uniknąć, gdyby podjęto we właściwym czasie interwencje na rynku walutowym. Po trzecie, zaufanie Polaków do złotego było ważnym czynnikiem, który pozwolił uniknąć kryzysu walutowego na znacznie większą skalę (podobnego do kryzysu azjatyckiego w drugiej połowie lat 90.). Jeśli chodzi o straty, to za wcześnie na ostateczne podsumowanie. Banki utworzyły kilka miliardów rezerw kredytowych — to, jaka ich część zamieni się w straty, zależy od realizacji umów restrukturyzacyjnych zawartych z klientami, a także od mocnego złotego. Jestem przekonany, że wnioski z opcji walutowych wyciągną wszyscy: banki będą dokładniej badać klientów kupujących instrumenty pochodne, właściciele firm będą lepiej nadzorować menedżerów. Władze gospodarcze przekonały się w I kwartale 2009 r., że podjęcie interwencji na rynku walutowym może być skuteczne, a bierność zachęca do spekulacji.

Czy kryzys zmienił bankowość w Polsce? Czy branża będzie inna, kiedy on się skończy?

Tak, kryzys już zmienił bankowość, i ten proces jeszcze się nie skończył. W dużym skrócie można powiedzieć, że banki będą mniejsze, a ich produkty prostsze. Regulatorzy wprowadzą wiele nowych przepisów ograniczających ryzyko podejmowane przez instytucje bankowe. Państwo będzie pełniło znacznie większą rolę wobec sektora bankowego: będzie nie tylko regulatorem, ale — co jest zmianą fundamentalną — także właścicielem. Dla inwestorów akcje banków staną się mniej atrakcyjne, bo bankom będzie trudniej osiągać takie stopy zwrotu, jakie w przeszłości. Klienci będą czuli się bezpieczniej, choć mogą narzekać na niechęć banków do kredytowania. Wyjdziemy z kryzysu mocno poobijani, i tak będzie do czasu, aż pamięć o nim się zatrze, a na to potrzeba wielu lat.

Tomasz Siemieniec

Eugeniusz Twaróg

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Tomasz Siemieniec,Eugeniusz Twaróg

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu