Czytasz dzięki

Polska na wakacjach

Agnieszka Rodowicz
opublikowano: 25-06-2020, 22:00

Utrudnienia na granicach, niepewność, co za nimi można napotkać, zachęcają, by się rozejrzeć, jak pięknie i ciekawie jest u nas w kraju. Na odkrycie czekają mniej znane zakątki nad morzem, w górach, nad jeziorami. Można spędzić urlop na sportowo, poznając zapomniane rękodzieło, przypominając sobie smak dobrych śledzi… Albo po prostu leniuchując. Teraz w Polsce.

CHAŁUPY

Warszawska fundacja Ja Wisła urządza biwakina wyspach dostępnych dla turystów. W ciągu dnia uczestnicywyprawy poznają przyrodę i mieszkańców wybranej wyspy,a wieczorami słuchają przy ognisku wiślanych opowieści.
Wyświetl galerię [1/8]

Z biegiem rzeki.

Warszawska fundacja Ja Wisła urządza biwakina wyspach dostępnych dla turystów. W ciągu dnia uczestnicywyprawy poznają przyrodę i mieszkańców wybranej wyspy,a wieczorami słuchają przy ognisku wiślanych opowieści.

„Chałupy welcome to” — śpiewał Zbigniew Wodecki w przeboju lat 80. XX w. Opowiadał w nim o naturystach, którzy opanowali plaże we wsi na Półwyspie Helskim. Dziś zdecydowanie trudniej spotkać w Chałupach golasa niż kogoś w piance. Najmniejsza wieś Półwyspu Helskiego stała się mekką wind- i kitesurferów. I choć cały Hel jest rajem dla amatorów tych sportów, to w Chałupach są najbliżej wody. Wieś licząca poza sezonem kilkuset mieszkańców leży w najwęższej części półwyspu. Najbliżej stąd i nad Zatokę Pucką, i do otwartego morza. Są miejsca, gdzie wychodząc z plaży, widzi się już wody zatoki. Na odcinku między Władysławowem a Chałupami jest też najwięcej kempingów specjalizujących się w kursach kite- i windsurfingu.

Zawsze ktoś się tu na wodzie unosi. Kiedy wieje porządnie, szaleją najlepsi, gdy wiatr jest słabszy, pojawiają się początkujący i uczestnicykursów. Gdy nie wieje wcale, można poślizgać się na kałużach zostawionych na plaży przez sztorm (skimboard) albo próbować surfingu na bałtyckich falach. Bywa, że są spore. Chałupy zachowały też klimat małej miejscowości. Co prawda niemal wszystkie domy rybackie się rozrosły, powiększone o pokoje dla turystów, ale nadal jest to najspokojniejsze miejsce na Helu.

Chałupy mają też malutki port i jeden z najlepszych barów rybnych. Drewniany budynek z dużymi oknami stoi nad samą zatoką. W karcie niewiele dań, ale za to lokalnych: zupa rybna, frytki, surówki, ryby smażone, a co najważniejsze — świeżo wędzone dorsze, miętusy, śledzie, karmazyny, łososie, szprotki. Na dodatek ceny jak na Hel bardzo rozsądne. Chałupy zapraszają.

USTKA I OKOLICE

Deptak w uzdrowiskowej części miasta zdobią wille w stylu art déco i art nouveau. Wybudowano je pod koniec XIX w. Doprowadzono wtedy do Ustki kolej, którą przyjeżdżali letnicy. Dla nich powstała willowa część Ustki, zakład przyrodoleczniczy i nadmorska promenada.

Plaża to w Ustce oczywistość. Jest. Są nawet dwie: wschodnia i zachodnia. W plebiscytach regularnie zajmują najlepsze miejsca w Polsce pod względem czystości wody, piasku i powietrza. Jedyną ich wadą są tłumy wczasowiczów. Szczególnie na wschodniej. Na zachodniej, za ujściem Słupi i portem, jest dużo spokojniej. Wejście do niej wiedzie wzdłuż zachodniego falochronu albo przez sosnowe wonne lasy. Ale i port to ciekawe miejsce. Można się tu przyjrzeć pracy rybaków, spróbować ryb w smażalni Alga naprzeciwko aukcji rybnej. W ladach chłodniczych sklepu firmowego o tej samej nazwie są ryby świeże, wędzone, smażone, w occie, oleju, śmietanie. Co kto lubi. Ale na dobre śledzie trzeba koniecznie pojechać pod Ustkę, do Starkowa. Tam w dawnym pruskim gospodarstwie powstała Zagroda Śledziowa. W zabytkowym domu otoczonym starymi drzewami owocowymi urządzono pensjonat. W zabudowaniach gospodarczych — Muzeum Śledzia i karczmę. Śledź gra tu pierwsze i jedyne skrzypce, występując pod kilkunastoma postaciami: tatara ze śledzi, śledzia po kaszubsku (z cebulą, ogórkiem, papryką), po bałkańsku (z suszonymi pomidorami, sosem paprykowym), w sosie pomidorowym, ze śmietaną. Jest bułka z lekko marynowanym śledziem, cebulą, sałatą i duńską remuladą. Gdy gospodarzom udaje się złowić większe śledzie, przyrządzają je na grillu.

Przed lub po śledziowej uczcie dobrze odwiedzić muzeum. Jest niewielkie, ale bardzo pomysłowo urządzone. Pozwala lepiej poznać śledzia oraz historię jego połowów w Polsce i Europie. Wśród eksponatów jest nawet kolekcja różnych wydań książki „Ucho od śledzia”. Choć to akurat zupełnie nieśledziowa historia.

http://www.zagroda-sledziowa.pl/

POJEZIERZE DRAWSKIE

W gęstych lasach, nad jeziorami wznosiły się dawniej zamki joannitów i templariuszy. Potem okolicę zawojowały pruskie folwarki. Później PGR-y. Po ich upadku Pojezierze Drawskie zamarło. Do dziś pozostaje nieco na uboczu turystycznych szlaków. Pustawe, ciche i piękne.

W okolicach Piły płaski krajobraz zaczyna delikatnie falować. Z morenowych wzgórz spływają rzeki. Głębokie polodowcowe rynny wypełnia woda licznych jezior. Jest ich tu prawie sześćset. Otoczone lasami dębowymi, bukowymi, z wodą tak przejrzystą, że widać dno.

Nad jednym z nich, jeziorem Trzesiecko, leży Szczecinek. Przy zadbanej piaszczystej plaży miejskiej cumują drewniane łódki. Na najdłuższym w Polsce wyciągu do nart wodnych szaleją ich miłośnicy. Szczecinek to też malowniczy rynek z zachowanym historycznym układem ulic, otoczony ogrodem różanym Zamek Książąt Pomorskich i neoromański ratusz.

Połczyn-Zdrój, jak sama nazwa wskazuje, oferuje lecznicze wody. Czaplinek zachował średniowieczny układ miejski. Między obiema miejscowościami wiedzie wyjątkowo malownicza droga. Prowadzi zakolami przez wąwozy, bukowe lasy, wokół jezior. Po drodze mija Stare Drawsko, gdzie nad wielkim jeziorem Drawsko wznoszą się ruiny zamku joannitów z XIV w.

Wąski przesmyk między lądem a wyspą Sołtysią na jeziorze Lubie w pobliżu Drawska Pomorskiego przepływa się małym promem. Całą wyspę zamieniono w kemping. Można rozbić namiot, postawić kampera albo zamieszkać w drewnianym domku na wzgórzu. Wokół woda, szuwary, trochę drzew. Niby tak samo jak wszędzie, a jakoś inaczej. Może dlatego, że dużo samochodów na zachodnich rejestracjach. A może z tego powodu, że jest spokojnie, nie słychać przekleństw, głośnej muzyki. W jedynym na wyspie budynku jest recepcja, łazienki i restauracja. W niej sznycel po wiedeńsku, chrupiące kalmary i klasyczny austriacki deser — kaiserschmarrn — puszysty omlet z rodzynkami. Tajemnicę wyjaśnia to, że szefem kuchni i właścicielem kempingu jest Austriak Martin Moser.

http://inter-nos.pl/camping-inter-nos/

HORYNIEC-ZDRÓJ

Aleksander Poniński miał nosa do interesów. Kiedy pod koniec XIX w. odkryto w Horyńcu lecznicze źródła, właściciel rozległych dóbr ziemskich urządził tu pierwszy zakład kąpielowy. Wkrótce do Horyńca zjeżdżali goście z całego Roztocza, a nawet z zagranicy. W okolicy było też kilkadziesiąt innych pałaców i dworów, zabudowania folwarczne, młyny, browary i gorzelnie. We wsiach i miasteczkach mieszkała społeczność żydowska, ukraińska i polska. Życie toczyło się może nie idealnie, ale w miarę zgodnie do lat 30. XX w. Narodziny świętowano w cerkwiach greckokatolickich, kościołach i synagogach. Śmierć oznajmiały uderzenia rzeźbiarskich młotków wykuwających w blokach piaskowca i wapienia krzyże i figury. Powstawały w Starym Bruśnie, ośrodku kamieniarskim działającym tu od połowy XVI w. Nazwa dawnej wsi pochodzi od słowa „brus” — piaskowiec.

Bruśnieńskie krzyże zdobione misternymi wzorami kory dębowej, drewnianych słojów i liści bluszczu wpisały się na stałe w roztoczański krajobraz. Przetrwały też jako jedna z niewielu pamiątek rzeczywistości, która odeszła wraz z I i II wojną światową oraz akcją Wisła. Zniknęły wtedy dwory, pałace i całe wsie. Po Starym Bruśnie pozostał tylko cmentarz. Po Żydach — nieliczne synagogi. Po grekokatolikach opuszczone cerkwie. Niektóre zamieniono na kościoły katolickie, inne stoją zamknięte na głucho, czekając zmiłowania. Miejsca po wielu wsiach znaczą jedynie przydrożne krzyże. Resztę zarósł las. Można w nim odnaleźć żołnierskie mogiły, a także wały przeciwpancerne, betonowe zapory i bunkry.

Lasom Horyniec-Zdrój zawdzięcza też swój leczniczy mikroklimat. Jedno z nielicznych w Polsce uzdrowisk położonych na nizinach nadal działa. Park, założony przez ostatniego właściciel Horyńca, został kilka lat temu zrewitalizowny. Poprowadzono w nim nowe alejki i drewniane pomosty nad podmokłymi łąkami. Powstała drewniana pijalnia wód i kawiarnia. Cicho tu i spokojnie. Idealne miejsce, by odpocząć, nabrać sił i ruszyć zwiedzać okolicę.

BESKID NISKI

Stefan Boiwka kochał folklor, a Daria Boiwka swojego męża. Pojechała więc za nim aż do Komańczy na pograniczu Beskidu Niskiego i Bieszczad. Zaczęli tam razem zbierać ludowe stroje. Dostali kiedyś skrawek krywulki — łemkowskiej ozdoby z koralików. Rozpruli ją, by zobaczyć, jak została zrobiona. Nauczyli się ją dziergać i zaczęli odtwarzać komanieckie wzory krywulek. W domu urządzili izbę regionalną, w której oglądać można całą ich kolekcję. Koralikowe ozdoby były popularne w całych Karpatach. Bojkowie robili sylianki (drabynki) — 2–3-centymetrowe bardzo kolorowe paski przylegające do szyi. Huculi tkali na krosnach gerdany — rodzaj wisiora z koralików. Nosili je głównie huculscy mężczyźni. Najbardziej spektakularne są łemkowskie krywulki. Wykonuje się je, nawlekając na nić koraliki i zszywając je w kolejne rzędy.

Krywulki osiągały szerokość nawet 40 cm i wagę 1,5 kg. Tworzyły wokół szyi kryzę, a nawet pelerynkę zakrywającą piersi i ramiona. Tłem krywulek łemkowskich były zwykle wszelkie odcienie czerwieni. Zdarzały się też tła fioletowe, a w krywulkach żałobnych czarne. Wzory miały znaczenie. Romby symbolizowały wiosnę, zrównanie dnia z nocą, kwiat o ośmiu płatkach wodę i słońce, romb z czterema krzyżykami w środku ziemię, a ukośna kratka z trzech linii urodzaj. Każda wieś miała swoje wzory i kolory. Te w Komańczy były wyjątkowo bogate. Krywulki i inne koralikowe ozdoby nosiły zarówno dziewczęta, mężatki, jak i starsze kobiety. Każda robiła je samodzielnie. Bo to trudna i pracochłonna technika. Opanowanie jej zajęło Ewelinie Matusiak-Wyderko siedemlat. Najdłużej uczyła się robienia krajki. W końcu pomogła jej w tym Daria Boiwka. Dziś Ewelina, która podobnie jak jej mistrzyni przeniosła się za mężem do Woli Sękowej w Beskidzie Niskim, robi krywulki także na sprzedaż. Podobnie Anna Dobrowolska, Łemkini z dziada pradziada ze wsi Krzywa w tym samym regionie. W jej rodzinie już piąte pokolenie kobiet dzierga krywulki. U Anny Dobrowolskiej uczyła się z kolei Hania Czuchta, zielarka i nauczycielka języka łemkowskiego z beskidzkich Łosi. Wszystkie robią krywulki, uczą ich na warsztatach, chcą, by pamięć o nich trwała. Warto je odwiedzić, a przy okazji zwiedzić najdziksze dziś polskie góry — Beskid Niski.

https://www.facebook.com/chyzahani/

https://www.facebook.com/AGuzikPracowniaMiodosytnia

LĄDEK-ZDRÓJ

Podświetlone ciepłym światłem latarni XIX-wieczne kamienice sprawiają w nocy bajkowe wrażenie. Mają loggie niczym zamkowe krużganki, ozdobne krenelaże biegnące wokół szczytu elewacji, wieżyczki nakryte fantazyjnymi hełmami. Jak w disnejowskiej bajce. W świetle poranka czar Lądka nieco pryska. Wojny, a potem PRL zmęczyły lądecką urodę. Na szczęście przetrwał owalny, bogato zdobiony rzeźbami budynek nakryty wysoką kopułą. Neobarokowy zakład przyrodoleczniczy Wojciech jest symbolem Lądka-Zdroju i miejscem, które koniecznie trzeba odwiedzić. We wnętrzu urządzonym na wzór bogatych, barokowych łaźni tureckich zażywa się kąpieli w wodach termalnych. Jedne łagodzą bóle stawowe i mięśniowe, przyspieszają proces zrastania się kości. Inne pomagają leczyć cukrzycę, otyłość, alergie.

Tutejszy mikroklimat tonizuje układ nerwowy, wycisza i relaksuje. Lecznicze kąpiele odbywano w Lądku już we wczesnym średniowieczu. W XVII w. Lądek zaczął robić karierę międzynarodową. Także ze względu na niezbyt trudne, ale malownicze trasy w Górach Złotych. To sudeckie pasmo ma około 55 km długości, z czego ponad połowa jest w Polsce; reszta w Czechach. Ponad Lądkiem wznosi się Trojak (766 m n.p.m.), atrakcyjny punkt widokowy, z którego rozciąga się widok na niemal całą Kotlinę Kłodzką. Na szczyt wiedzie stroma ścieżka najpierw przez bukowy, a potem świerkowy las. W okolicach Trojaka rozrzuconych jest sporo niewysokich, lecz urwistych skałek idealnych dla wspinaczy. Położenie Lądka powoduje, że często pada tu deszcz. Nie szkodzi, bo okolicę można zwiedzać od podziemi. Sporo tu jaskiń, dawnych kopalń i wyrobisk. Jedną z ciekawszych przygód jest przejście Jaskini Radochowskiej. Jej największą atrakcją jest to, że zachowała naturalny charakter. Najpierw trzeba się więc przeczołgać przez wąskie gardło, potem przeciskać przez trzysta metrów podziemnych korytarzy, w których z rzadka można się wyprostować. Wokół małe stalaktyty, stalagmity, grzybki, żebra i kaskady. Atrakcją jest też podświetlone podziemne jeziorko, w którym żyje endemit, podobny do krewetki studniczek tatrzański.

https://jaskiniaradochowska.pl/

GÓRY SOKOLE

Wyrastają spomiędzy drzew kilkanaście kilometrów za Jelenią Górą. Wyglądają jak nieduże piramidy albo… fragmenty kobiecego ciała. Z tego powodu Góry Sokole, znane też jako Sokoliki, bywają zwane „biustem Lollobrigidy”. Sokoliki, fragment niewielkiego grzbietu górskiego — Rudaw Janowickich, są jednym z lepszych miejsc do wspinaczki skałkowej w Polsce, a może nawet w Europie. Zbudowane z granitu karkonoskiego są wyjątkowo piękne i choć niewysokie, mają alpejski charakter. Jak gdyby Tatry w pigułce. Na dodatek dużo tu pięknych widoków i turystów niewielu. Znakomite dla początkujących, podnoszą też ciśnienie bardziej doświadczonym wspinaczom. A tym, którzy chcą tylko po górach pochodzić, oferują efektowne wejścia przy pomocy schodków i poręczy. Są też łatwo dostępne. Można przywędrować piechotą ze stacji kolejowej w Janowicach Wielkich albo dojechać w sam środek gór samochodem. Stoi tu piękne i bogato zdobione wycinankami w drewnie schronisko Szwajcarka. Budynek z 1823 r. jest kopią podobnego z Wyżyny Berneńskiej — stąd jego alpejski charakter i nazwa.

Ze schroniska blisko na najwyższy szczyt Gór Sokolich — Krzyżną Górę (654 m). Rozciąga się stąd wspaniały widok na Karkonosze. Nieopodal wyrasta na 623 m n.p.m. Sokolik. Składa się z dwóch przypominających ptasie główki turni: Małego i Dużego Sokolika. Na tę drugą prowadzą schody. Najpierw kamienne, potem metalowe. Kto umie, wspina się od drugiej strony przy pomocy lin i własnych mięśni. Wspinaczy na Sokoliku zawsze jest sporo, bo to jedno z większych wyzwań. Mniejszymi są pojedyncze głazy, na których praktykuje się bouldering — wspinaczkę na wolnostojące duże kamienie. Komu brak odwagi czy sił, ma malownicze trasy turystyczne, ruiny zamku Bolczów i piękne świerkowo-bukowe lasy.

http://schronisko-szwajcarka.pl/

DOLINA ŚRODKOWEJ WISŁY

Mówi się, że to ostatnia nieuregulowana, naturalna i dzika rzeka Europy. Tymczasem już w XIX w. władze austriackie w ówczesnym zaborze uregulowały górny bieg Wisły. Podobnie było na dolnym odcinku, o który „zadbały” w tym samym czasie władze pruskie. Nieuregulowana pozostawała Wisła środkowa, zaniedbana przez władze rosyjskie. Tylko w Warszawie prostowano ją i zwężano. Sytuację nieco zmieniło regulowanie rzeki w międzywojniu i po II wojnie światowej. Ze względu na duże koszty i brak ludzi do pracy też nieznacznie. Dzięki temu Wisła na odcinku od Sandomierza do Płocka (około 365 km) jest ewenementem na skalę europejską ze względu na swoją wartość przyrodniczą. Został tu częściowo zachowany jej naturalny roztokowy charakter z licznymi wyspami, starorzeczami i bocznymi kanałami.

Rzeka płynie dość swobodnie, rozlewając się, tworząc zakola, podmywając brzegi. Na wysokich skarpach nadwiślańskich rosną ciekawe gatunki ciepłolubnych roślin. Na niektórych odcinkach szumią nadrzeczne lasy łęgowe: wiązowe, wierzbowe i topolowe. Brzegi są porośnięte zaroślami wikliny, łąkami i pastwiskami. Niektóre wzięto pod uprawę. Podczas wiosennych i jesiennych przelotów zatrzymuje się tu około 50 gatunków ptaków wodno-błotnych. Gniazdują derkacze, przelatują wodniczki, zimują bieliki. Rzekę można poznawać spływając kajakiem, jeżdżąc na rowerach, wędrując piechotą. Wisła niosąca piaski, żwiry i kamienie tworzy wyspy. Jedne mają formę piaszczystych ławic, inne porośnięte już są roślinami zielonymi i wierzbowo-topolowymi zaroślami. Część wysp objęta jest ochroną rezerwatową

lub została włączona w obszary chronionego krajobrazu. Inne można eksplorować. Od kilku lat Przemek Pasek i Agnieszka Czerwińska z warszawskiej fundacji Ja Wisła wiosną i latem urządzają na wyspach biwaki dla rodziców z dziećmi. Na wybranej wyspie ustawiają obozowisko: namioty, palenisko, kociołek, ruszt, miejsce do mycia i zmywania. Wieczorami Przemek i Agnieszka snują przy ognisku wiślane opowieści. W ciągu dnia uczestnicy wyprawy eksplorują wyspę, poznają jej przyrodę i mieszkańców. Tropią wydry, bobry, sarny, łosie, a nawet czarne bociany. Dzieciaki i dorośli budują też zamki z piasku, tamy, robią naszyjniki i łapacze snów, uczą się pleść z wikliny, kąpią się w oczkach wodnych, słuchają ptasich i żabich koncertów, spacerują o świcie po kolana we mgle, a wieczorem przy świetle księżyca.

http://www.jawisla.pl/

AGNIESZKA RODOWICZ

Dziennikarka, fotografka, reporterka. Opisuje i fotografuje ciekawych ludzi, miejsca, zjawiska. Jej materiały ukazują się m.in. w „Polityce”, „Pulsie Biznesu Weekend”, „Podróżach”. Interesuje się sprawami społecznymi, kwestiami emancypacji kobiet, sytuacją uchodźców w Polsce, ekologią.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Rodowicz

Polecane