Polska polityka podatkowa powinna być bardziej przyjazna dla biznesu

Agnieszka Ostojska
26-10-2001, 00:00

Z badań wynika, że większość szkoleń organizowanych przez państwo dla bezrobotnych nie przynosi żadnych efektów. O wiele lepsze rezultaty w walce z bezrobociem daje liberalna polityka pracy oraz równe podatki. Profesor James J. Heckman, laureat Nagrody Nobla 2000 w dziedzinie ekonomii, obawia się, że Polakom nie wystarczy odwagi na definitywne zmiany, które uwalniając inicjatywę gospodarczą mogą rozwiązać problem bezrobocia.

Bezrobocie w Polsce sięga 20 proc. Jakich rad udzieliłby Pan nowemu polskiemu ministrowi pracy? Jakie byłyby Pana pierwsze kroki, gdyby był Pan na jego miejscu?

— W Polsce należy uwolnić rynek pracy. Z moich badań i doświadczeń wynika, że wszystkie restrykcje dla pracodawców, ochrona miejsc pracy, powodują efekt przeciwny do zamierzonego. Firmy spętane milionem ograniczeń i przepisów powstrzymują się od tworzenia nowych miejsc pracy. Jednym z głównych problemów polskiego rynku pracy jest za wysoki poziom pensji minimalnych i rządowych regulacji związanych z zatrudnianiem. To powoduje brak elastyczności systemu na wahania koniunkturalne. Pracodawcy nie tworzą nowych miejsc pracy, ponieważ boją się kłopotów związanych z upadkiem firmy. Tak nie powinno być. Należy ośmielić przedsiębiorców do działania. Jeżeli powinie im się noga, niech zamykają jeden interes i próbują czegoś innego. Na tym polega wolny rynek. Państwo opiekuńcze, które chce chronić pracownika, tak naprawdę naraża go na bezrobocie. Wszyscy chcą funkcjonować w roli zatrudnionego, ale nikt nie chce ponieść odpowiedzialności pracodawcy. Taki system wysyła społeczeństwu zupełnie przeciwne sygnały niż zamierzone. Definitywnie prowadziłbym bardziej liberalną politykę pracy. Wiem jednak, że związki zawodowe mają w Polsce bardzo mocną pozycję i prawdopodobnie w najbliższym czasie nie nastąpią żadne zmiany.

Jak w takim razie państwo może pomagać bezrobotnym, którym często brak kwalifikacji i pomysłów?

— Na pewno nie przez organizację kursów, w których mają obowiązek uczestniczyć. Szkolenia zawodowe organizowane i fundowane przez państwo są najmniej efektywne. Można powiedzieć, że są to utopione pieniądze. Proces edukacji będzie efektywny, jeśli będzie zawierał elementy konkurencji. Państwo jest zawsze na pozycji monopolistycznej, może organizować szkolenia dla bezrobotnych, które jednak nie rozwiązują ich problemów. Kursy zawodowe rzadko kiedy są adekwatne do potrzeb rynku. Dostarczają na rynek pracy kolejne szwaczki, sekretarki czy dodatkowych mechaników itp., czyli ludzi, których można łatwo zastąpić. Z doświadczenia wiem, że o rodzaju szkolenia organizowanego przez urząd pracy często decyduje to, jaką firmę szkoleniową ma dany urząd pod ręką, a nie rzeczywiste wymagania rynku. Bardziej skłaniałbym się do nagradzania bezrobotnych za własną inicjatywę. Przykładowo, bezrobotny otwierający własną firmę w USA dostaje subwencje, zwolnienia z podatków, nisko oprocentowane kredyty oraz bezpłatne porady specjalistów.

Czy system edukacji również powinien się zmienić?

— Edukacja zaczyna się w wieku najmłodszym. Ludziom starszym trudniej będzie znaleźć się w nowym systemie, gdzie ciągle trzeba podnosić kwalifikacje i to często na swój koszt. Aby temu zapobiec w przyszłości, powinno się zadbać o najmłodsze pokolenie, które jest właśnie w trakcie nauki. Im bardziej zdecentralizowany będzie system kształcenia, tym lepiej dla przyszłych uczniów i studentów. W Polsce zrobiono już wiele w tym kierunku, jednak należy pójść jeszcze dalej. Konkurencja prywatnych szkół i uczelni przyczyni się do podniesienia poziomu państwowych. Pośród studentów i uczniów należałoby wprowadzić mechanizmy stymulujące współzawodnictwo: konkursy, stypendia itd. W procesie edukacji konkurencja jest jednym z czynników gwarantujących dynamiczny rozwój zdolności i powoduje, że podnoszenie kwalifikacji wchodzi w nawyk.

Jakie byłyby Pana pierwsze kroki na stanowisku ministra finansów w Polsce?

— Zmieniłbym system podatkowy. Progresywny system podatkowy dla osób prywatnych i jednoczesne wysokie podatki dochodowe nakładane na firmy są przyczyną obaw i zniechęcenia społeczeństwa. Taki system powoduje zniechęcenie i pogłębia biedę. A wy przecież chcecie być bogaci. Taki system nie sprzyja również inwestorom czy tworzeniu nowych miejsc pracy. Polityka podatkowa powinna być bardziej przyjazna dla biznesu. Skorzystają na tym wszyscy. Różne progi podatkowe powodują, że różnice społeczne zamiast zmniejszać się, tak naprawdę się pogłębiają. Pozornie daleki ideologicznie system równego opodatkowania dochodów w rzeczywistości niweluje różnice w zarobkach, lub przynajmniej nie obciąża kosztami utrzymania mniej gospodarnych osób, które wykazują się inicjatywą ekonomiczną. Taka sama wysokość podatków dla wszystkich spowoduje, że w budżecie znajdzie się więcej pieniędzy. Nie jestem jednak pewien, czy Polakom wystarczy na tyle odwagi, aby podjąć tak radykalne kroki.

Takie kroki są mało popularne wśród polityków...

— W polityce, nie tylko w Polsce, liczą się przede wszystkim popularne działania krótkoterminowe, mające na celu szybkie zdobycie poparcia i głosów w wyborach. Biorą one górę nad działaniami, które mogą przynieść o wiele większe korzyści w dłuższym okresie. Profilowanie ogólnego toru ekonomii kraju jest mniej spektakularne, ale w perspektywie czasu przynosi więcej dobrego. Zbyt populistyczne decyzje zniekształcają właściwą drogę rozwoju. Wysokoprogowy system podatkowy, zwłaszcza opodatkowujący dochody ludności, pracuje przeciwko kumulacji kapitału finansowego, ludzkiego, majątku trwałego. Ten system, który obowiązuje, nie jest optymalny dla Polski. W dobie nowych technologii otwierają się możliwości. Im szybciej zostaną zauważone, tym większe korzyści z nich wynikną. Dlatego im szybciej da się przedsiębiorcom zielone światło, tym szybciej rozwiąże się problem bezrobocia.

Czy wydarzenia w Ameryce mogą spowodować kryzys ekonomiczny na świecie?

— Wydarzenia z 11 września nie wywołały jeszcze kryzysu. To co się teraz dzieje to panika, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistą sytuacją gospodarczą. Oczywiście, jest duży spadek na NYSE. Wiele przedsiębiorstw ma kłopoty. Ucierpiał przemysł samolotowy, który w USA jest jednym z najbardziej dochodowych. Ludzie mniej podróżują za granicę. Straty poniosą firmy związane z branżą turystyczną. Problem tkwi w tym, że wojna czy groźba wojny stwarza warunki niepewności, które są niekorzystne zwłaszcza w kontekście inwestycyjnym. W krótkim terminie mogą pojawić się problemy. Ale mimo to nie wydaje mi się, aby były to początki kryzysu takiego jak w latach 30. Na rynku jest za dużo branż, na które zachwiania koniunkturalne nie mają dużego wpływu. Większym zagrożeniem są szaleńcy z wąglikiem niż załamanie gospodarki światowej.

Przypuśćmy, że ma Pan milion dolarów do zainwestowania. Gdzie w obecnej sytuacji ulokowałby Pan te pieniądze?

— To zależy, czy chciałbym osiągnąć zysk w średnim czy w długim terminie... Zaopatrzyłbym się na pewno w akcje United Airlines. Ich ceny spadły znacznie, ale w ciągu roku na pewno wzrosną. Będzie można na nich nieźle zarobić. Rozważałbym również kupno akcji firm nowych technologii. Gdyby zależało mi na zysku krótkoterminowym, pieniądze zainwestowałbym na pół roku w fundusz powierniczy.

A w Polsce?

— Obawiam się nieco planowanych nowych regulacji dotyczących opodatkowania zysku z lokat, które mogą poważnie zahamować procesy inwestycyjne. Na pewno więc nie założyłbym lokaty. Ale jeżeli musiałbym tu inwestować, to również w firmy najnowszych technologii. W długim terminie zyska się na nich na pewno. Tak czy inaczej, są to wszystko teoretyczne rozważania, bo pieniędzmi zajmuje się moja żona. Ona wiedziałaby najlepiej, gdzie zainwestować.

A co Pan zrobił z nagrodą?

— Słyszałem, że moi poprzednicy przeznaczali pieniądze na charytatywne cele. Ja nie wykazałem się zbytnią filantropią. Zainwestowałem. O szczegóły proszę mnie nie pytać.

Rozmawiała

Agnieszka Ostojska

James J. Heckman jest profesorem ekonomii na University of Chicago. Pełni także obowiązki dyrektora do spraw oceny programów społecznych w Harris School of Public Policy w Chicago. Studiował matematykę w Colorado College i ekonomię w Princeton University. W 1983 roku otrzymał prestiżową nagrodę John Bate Clark Medal, przyznawaną przez American Economic Association. W 2000 roku Szwedzka Akademia Nauk przyznała mu Nagrodę Nobla. Była ona uwieńczeniem jego wieloletnich badań nad opracowaniem teorii i metod stosowanych w analizie statystycznej zachowań poszczególnych osób i gospodarstw domowych. Do Polski przybył na zaproszenie organizatorów „inkuBATora wiedzy”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Ostojska

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Polska polityka podatkowa powinna być bardziej przyjazna dla biznesu