Polski inwestor upodabnia się do zachodniego

Rozmawiał: Adam Torchała
opublikowano: 20-09-2017, 22:00

Michał Masłowski, wiceprezes SII, zachęca inwestorów do wzięcia udziału w badaniu

Do końca września trwa organizowane co roku przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (SII) Ogólnopolskie Badanie Inwestorów. Po co w ogóle przeprowadzać takie badanie? Michał Masłowski: Robimy to po to, aby instytucje działające na rynku, takie jak GPW czy SII, mogły dostosować się do inwestora. Przykładowo dzięki badaniu wiemy, jakich narzędzi oczekują od nas inwestorzy, co jest na rynku potrzebne, jak ma wyglądać tworzona przez nas oferta edukacyjna. To bardzo istotne rzeczy pozwalające rozwijać rynek kapitałowy. A inwestor przecież nieustannie się zmienia.

Po raz ostatni duża fala nowych inwestorów pojawiła się przy upublicznienia PZU, GPW i Tauronu w 2010 r. — mówi Michał Masłowski, wiceprezes SII.
Zobacz więcej

POTRZEBA ŚWIEŻEJ KRWI:

Po raz ostatni duża fala nowych inwestorów pojawiła się przy upublicznienia PZU, GPW i Tauronu w 2010 r. — mówi Michał Masłowski, wiceprezes SII. Marek Wiśniewski

No właśnie, jak ta zmiana wygląda?

Badanie ma już 15 lat i zaobserwowaliśmy już pewne trendy. Przykładowo, kiedyś na GPW handlowano przede wszystkim w krótkim terminie, teraz z roku na rok rośnie liczba inwestorów długoterminowych, którzy myślą o swojej emeryturze. Dużą zmianę zaobserwowaliśmy przede wszystkim po 2008 r., kiedy niektóre spółki mogły się już pochwalić historią regularnie wypłacanych dywidend. Polski inwestor jest także coraz starszy i dysponuje coraz większym portfelem. Powoli dopasowujemy się do zachodniego wzorca i z każdymrokiem coraz mniej nam do niego brakuje. Wydaje mi się, że zestarzeć musi się pierwsze, w pełni kapitalistyczne pokolenie, wtedy będzie to mogło przyjąć taką formę jak na Zachodzie. Niemiecki inwestor ma przeciętnie 56 lat i posiada średnio aż 19 spółek w portfelu.

W Polsce średnia wieku to 41 lat i ledwie co trzeci portfel ma więcej niż 7 spółek. To, co wciąż różni polskiego i niemieckiego inwestora, to kwestia udziału w walnych zgromadzeniach. Tam jest to powszechna praktyka, a doroczne walne jest tradycją i bywa traktowane jako okazja do spotkań towarzyskich. Na walnych największych niemieckich spółek zjawiają się dziesiątki tysięcy uczestników, a prezes po WZA wychodzi spocony, zasypywany jest bowiem gradem pytań od akcjonariuszy, którzy upominają się np. o wyższą dywidendę. Do takiego stanu rzeczy sporo nam jeszcze brakuje.

W Niemczech inwestor też jeszcze ewoluuje, czy jego statystyczny obraz jest raczej stały?

Obraz ten raczej się nie zmienia — jest to starszy, bogaty człowiek, jeżdżący na WZA. Są pewne wahania koniunkturalne, hossa nieco statystycznego niemieckiego inwestora odmładza. Zmiany te nie są jednak wielkie. W Polsce natomiast niezależnie czy mamy hossę, czy bessę, statystyczny inwestor się starzeje. Ostatni wielki dopływ młodych mieliśmy w 2010 r., gdy przeprowadzane były trzy wielkie prywatyzacje: PZU, Tauronu i GPW. Wydarzenia te rzeczywiście przyciągnęły nieco młodszych inwestorów. Dodatkowo mieliśmy wówczas hossę. Później, nawet mimo giełdowych zwyżek, nie udało się już przyciągnąć większej liczby młodych inwestorów.

Czy obecna hossa na akcjach producentów gier i wysyp debiutów przedstawicieli tej branży nie jest szansą na przyciągnięcie młodych? Grami komputerowymi zainteresowane są przede wszystkim młodsze osoby.

Człowiek, który gra już — powiedzmy — od dziesięciu lat w „Wiedźmina” i widzi, że jego producent jest notowany na GPW, może się zainteresować inwestycjami. Wydaje mi się jednak, że przeważnie gracze to ludzie zbyt młodzi, by giełdowy temat mógł ich wciągnąć.

Czy SII obserwuje już po sobie jakieś oznaki hossy?

Widzimy to np. po odsłonach strony internetowej. Gdy jest hossa, ludzie bardziej są zainteresowani tematami giełdowymi. W stowarzyszeniu mamy także coś, czego nie mają inni — dział interwencji. Tam można zgłaszać zażalenia na potencjalne nieuczciwe działania spółek, prezesów, znaleźć porady prawne. Z naszych obserwacji wynika, że podczas hossy inwestorom prawie nic nie przeszkadza. I tak jest też teraz. Gdy jednak jest bessa, rośnie liczba skarg na nieuczciwych prezesów czy podejrzane spółki.

Czy hossa jest jedynym lekarstwem, które może sprawić, że Polacy znów masowo zainteresują się giełdą?

Inwestorom nie powinni przeszkadzać politycy. Apogeum ingerencji politycznej w giełdę mieliśmy chyba w zeszłym roku, teraz na szczęście rynek sobie jakoś z tym poradził. Nie może też być tak, że z ust polityków padają takie słowa, jak np. te Donalda Tuska, że w OFE przeprowadzane są bardzo ryzykowne transakcje. Albo te ministra Krzysztofa Tchórzewskiego, że rząd nie chce w akcjonariacie krótkoterminowych inwestorów indywidualnych, bo to spekulanci. Że lepiej pieniądze wyciągnąć do Skarbu Państwa w postaci podatku, niż dać im zarobić. Takie nazywanie giełdy hazardem czy kasynem nie pomaga i może odstraszyć od rynku. A przecież silny rynek kapitałowy to polska racja stanu. Polscy politycy powinni to zrozumieć i bardziej uważać na swoje słowa.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rozmawiał: Adam Torchała

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Polski inwestor upodabnia się do zachodniego