Polskie firmy lekceważą ryzyko wahań kursowych

Małgorzata Birnbaum
08-03-2001, 00:00

Polskie firmy lekceważą ryzyko wahań kursowych

Starannie dobrane instrumenty terminowe pomogą zabezpieczyć się przed stratami

Gwałtowna aprecjacja złotego spowodowała, że coraz częściej mówi się o konieczności zabezpieczenia się przed ryzykiem kursowym. Wiele polskich firm nie korzysta jednak z takiej możliwości. Oferta polskich banków także jest dość skromna.

Wiele polskich firm, zwłaszcza małych i średnich, nie korzysta z zabezpieczeń przed wahaniami kursu złotego. Powodów jest kilka: niektóre firmy nie zdają sobie sprawy z niebezpieczeństwa, inne są zbyt oszczędne, jeszcze inne nie mają długoterminowych biznes-planów. Nie wiedzą więc, przed czym i kiedy mieliby się zabezpieczyć. Ponadto oferta banków jest dość uboga — większość proponuje tylko najprostsze instrumenty.

Zabezpieczenia mogą być korzystne zwłaszcza teraz, gdy — zdaniem członków Rady Polityki Pieniężnej — pozycja złotego jest zdecydowanie za silna. Polska waluta osiągnęła wczoraj poziom wobec dolara nie notowany od 19 miesięcy. Euro spadło do 3,68 zł (naniższego poziomu w historii notowań). Taka sytuacja nie może utrzymywać się w nieskończoność. Zdaniem ekonomistów, wcześniej czy później może dojść do silnej korekty kursu złotego.

Taki popyt, jaka podaż

— Najszerszą ofertę mają obecnie ING Barings, BRE Bank, Bank Handlowy, Deu-tsche Bank i Societe Generale — ocenia Mariusz Potaczała, prezes Treasury Management Services, firmy doradzającej w zarządzaniu ryzykiem.

Najpopularniejszą formą zabezpieczenia są forwardy, w których bank i klient umawiają się, że w określonym dniu wymienią waluty po ustalonym kursie. Większość banków proponuje także walutowe transakcje nierzeczywiste, czyli forwardy bez dostawy, w przypadku których w dniu zapadalności następuje rozliczenie kursowe między kursem ustalonym w dniu zawarcia transakcji a kursem zamknięcia transakcji.

Cuda z opcjami

Nie wszystkie banki jednak mają opcje.

— Opcja walutowa to najbardziej elastyczny instrument. Klient kupuje prawo do wykonania transakcji, ale w dniu wygaśnięcia opcji nie ma — jak w przypadku forwardu — obowiązku jej wykonania — tłumaczy Elwir Świętochowski, szef ds. rozwoju produktów w Banku Handlowym.

Za opcję trzeba jednak zapłacić premię. Można zdobyć na nią pieniądze stosując strategie opcyjne. Polegają one na zawarciu kilku transakcji opcyjnych. Klient może kupić opcję „call“ (prawo do zakupu obcej waluty) i sprzedać opcję „put“ (zobowiązać się do kupna). Premia, którą klient będzie musiał zapłacić bankowi za pierwszą opcję, zostanie pokryta z pieniędzy uzyskanych od banku za opcję „odwrotną“.

Ostrożnie z instrumentami

Firmy powinny jednak być ostrożne przy podejmowaniu decyzji o skorzystaniu z instrumentu zabezpieczającego, ponieważ bank zapewniający o zagrożeniu kursowym w rzeczywistości może próbować zareklamować swój produkt na siłę.

— Najważniejsza jest identyfikacja faktycznego zagrożenia kursowego. Należy określić, jaki wpływ na wynik finansowy i ogólną sytuację przedsiębiorstwa ma ryzyko kursowe. Może podrożyć surowiec, czas pracy zagranicznego konsultanta, czy zwiększyć koszt licencji. Jeśli w wyniku zmian kursu w granicach 5-10 proc. towar końcowy podrożeje i firma zanotuje gorsze wyniki, to warto zabezpieczać się przed wahaniem kursu — twierdzi Piotr Epsztein, dyrektor w BWE.

Przy korzystaniu z instrumentów terminowych szczególnie ostrożni powinni być importerzy.

— Dla importerów opcje czy forwardy są bardzo drogie. Muszą je wykorzystywać, ale nie bezkrytycznie. Najlepiej łączyć kilka instrumentów — radzi Mariusz Potaczała.

A może kredyt

Dla eksportera dobrym rozwiązaniem na obniżenie kosztów bez ponoszenia zbyt wysokiego ryzyka kursowego jest zaciągnięcie kredytu walutowego.

— Obecnie odradzamy kredyty denominowane w dolarach i euro z tego względu, że złoty jest przewartościowany. Proponujemy natomiast kredyty w walutach krajów z naszego regionu, np. koronie czeskiej. Te waluty są znacznie skorelowane ze złotym, czyli ich ryzyko kursowe jest niskie, a oprocentowanie sięga zaledwie kilku procent. Jeśli firma nie może wziąć kredytu w walucie innej niż euro czy dolar, bo banki nie mają ich w ofercie, można wziąć kredyt w złotych i dodać do tego instrument pochodny — swap walutowo-procentowy — mówi Mariusz Potaczała.

W tej transakcji przedsiębiorstwo płaci bankowi odsetki według stałej stopy procentowej obcej waluty, otrzymując zmienną stopę WIBOR, która jest podstawą oprocentowania kredytu.

— Dobrze jest też wziąć kredyt w jenach. Cena takiego kredytu sięga 3 proc. wartości transakcji, a kurs japońskiej waluty prawdopodobnie będzie nadal spadać. Kredyty w obcej walucie są dobre nawet dla firm, które nie mają z nią nic wspólnego — mówi Mariusz Potaczała.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Małgorzata Birnbaum

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Polskie firmy lekceważą ryzyko wahań kursowych