Polskie łodzie przetrwały sztorm

Katarzyna Sadowska
opublikowano: 02-04-2010, 00:00

Przeprosili się z polskim rynkiem. Dziś mówią, że każdy, kto się liczy, będzie chciał mieć taki sprzęt.

Kryzys mocno pokiereszował szkutników, ale klientów znów im przybywa

Przeprosili się z polskim rynkiem. Dziś mówią, że każdy, kto się liczy, będzie chciał mieć taki sprzęt.

Polska jest jednym ze światowych liderów w produkcji łodzi — zarówno niewielkich motorówek, jak i pokaźnych, luksusowych jachtów żaglowych i motorowych. Na Zachodzie kojarzą się równie dobrze jak nasza wódka. Jednak trunki łatwiej opierają się kryzysowi niż "gadżety", za które niekiedy trzeba zapłacić kilka milionów euro.

— W czasach hossy produkowaliśmy nawet 600-650 łodzi rocznie. Teraz jest to nieco mniej, ale liczymy, że zagraniczny rynek będzie się odbudowywał, a krajowy powinien rosnąć — mówi Dariusz Górny, dyrektor w Polifaktor, który produkuje łodzie motorowe Atlantic Marine.

Cel: Polska

Polifaktor eksportuje niemal 100 proc. produkcji — podobnie jak większość firm z branży. Kryzys finansowy zmusił je jednak do aktywniejszego szukania klientów w Polsce.

— Eksportujemy 80-90 proc. produkcji i nie da się ukryć, że odczuliśmy kryzys. Szukamy nowych dróg dotarcia do klienta, również w Polsce. Podpisaliśmy na przykład umowę na dystrybucję naszych jachtów w salonach BMW, m.in. na Śląsku i w Warszawie. Nawiązaliśmy też współpracę z Mercedesem przy promocji modelu SLS — wylicza Maciej Samet, dyrektor ds. marketingu w firmie Galeon.

— W tym roku wystawiliśmy się na targach Wiatr i Woda po ośmiu latach przerwy, żeby powalczyć o krajowego klienta — przyznaje Dariusz Górny.

Podobno Polacy coraz bardziej interesują się jachtami.

— Zainteresowanie jest bardzo duże. Właściwie wszystkie nasze modele mają wzięcie, ale polski klient mimo wszystko zwraca uwagę na cenę — mówi Dariusz Górny.

Łodzie Polifaktora kosztują od 35 do 130 tys. zł, przy czym górna granica właściwie nie istnieje.

— Wszystko zależy od indywidualnych upodobań i życzeń klienta. Doborem wyposażenia można podwoić, a nawet potroić wartość łodzi — podkreśla Dariusz Górny.

Jest potencjał…

Na "gadżet" produkcji Galeona trzeba wydać od 2,5 tys. do 2,5 mln EUR. W ofercie są jachty długości od 5 do 23 metrów.

— Mamy właściwie 100- -procentowe obłożenie mocy produkcyjnych. Wszystko zależy od typu jachtu, ale najogólniej można stwierdzić, że możemy ich wyprodukować około 200 rocznie — mówi Maciej Samet.

Galeon oferuje też 20 typów motorówek — sprzedaje ich kilkaset rocznie.

— Polski rynek oceniamy jako wzrostowy. Posiadanie łodzi motorowych robi się modne, coraz więcej klientów się nimi interesuje. Wkrótce każdy, kto liczy się w Polsce, będzie chciał mieć taki sprzęt — podkreśla Maciej Samet.

Jego zdaniem, sprzedaży łodzi w Polsce sprzyjać będą plany budowy luksusowych apartamentów z marinami, m.in. w Gdańsku i Sopocie. O przebudzeniu światowego rynku już może natomiast świadczyć to, że w gdańskim zakładzie Sunreefu powstają jednocześnie dwa superluksusowe jachty o długości powyżej 100 stóp. Takiego zlecenia nie było od dawna.

...oraz kasa

Przy dobrej koniunkturze na tym biznesie da się zarobić. Ile? Firmy niechętnie o tym mówią. Polifaktor miał w 2008 r. około 17-procentową rentowność brutto przy przychodach sięgających 13,8 mln zł. W przypadku Sportisu produkującego łodzie hybrydowe (ponton ze sztywnym dnem) i akcesoria było to około 9 proc. przy przychodach przekraczających 12 mln zł. Obroty takich firm, jak Delphia czy Galeon, są co najmniej kilkakrotnie wyższe.

Ożywienie stało się faktem

Marek Słodownik, Polska Izba Przemysłu Jachtowego i Sportów Wodnych

W Polsce działa około 200 producentów jachtów, w tym 7 znaczących. Przed kryzysem branża produkowała około 22 tys. jednostek rocznie, ale zwracam uwagę na to, że w tej statystyce mieszczą się zarówno małe motorówki, jak i duże, luksusowe jachty.

Branża eksportuje niemal 100 proc. tego, co wytwarza, i jeśli koniunktura się pogarsza, natychmiast odbija się to na produkcji. Wiele polskich stoczni związanych tylko z jednym zachodnim odbiorcą miało problemy. Producenci skracali czas pracy, ograniczali zatrudnienie. Szacujemy, że zatrudnienie w całej branży skurczyło się w ubiegłym roku o około 30 proc. i na tyle też można oszacować spadek rynku, choć dokładnymi danymi nie dysponujemy, bo producenci niechętnie informowali o kurczeniu się liczby zamówień. Już od późnej wiosny ubiegłego roku widać było lekką poprawę, a jesień pokazała, że ożywienie stało się faktem.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Katarzyna Sadowska

Polecane