Pomorska myśl: spożywcza sieć

Jacek Konikowski
opublikowano: 24-12-2008, 00:00

W małych ojczyznach kryzys nie ma wilczych oczu. Jasne, dojdzie i tu. Ale z Warszawy ma daleko. Po drodze się zmęczy. Tak żartują w Koszalinie.

Prezesowi kryzys nie taki straszny

W małych ojczyznach kryzys nie ma wilczych oczu. Jasne, dojdzie i tu. Ale z Warszawy ma daleko. Po drodze się zmęczy. Tak żartują w Koszalinie.

Nikt nie zamierza tu wdrapywać się na parapety wysokościowców. Bo ich w Koszalinie nie ma. Ale czekają. A jak kryzys przyjdzie, to go powitają. Chłodno.

— Bo wtedy zawsze ktoś straci. Ale znajdzie się i taki, co zyska — mówi Krzysztof Waltoś, prezes Sano.

I opowiada, ile to pieniędzy na nowe inwestycje przeznaczy w najbliższym czasie. Skąd ten jego optymizm? To proste. Jak się zaczynało pieniądze robić w czasach, gdy odwagi miało się więcej niż kapitału, to dzisiaj żaden kryzys niestraszny. A tak było z Sano, niewielką siecią sklepów spożywczych z Koszalina.

Ich trzech

Historia, jakich wiele. Z pozoru. Było ich trzech: Kołek (Leszek Kołecki), Kwiatek (Ireneusz Kwiatkowski) i Łysy (Dariusz Nowosad). Krzysztof Waltoś, obecny prezes Sano, doszlusował do nich rok później. Kumple ze studiów. Inżynierowie budownictwa. W Koszalinie wkuwali, jak stawiać domy. W Szwecji praktykowali zarabianie. Myli okna i patrzyli. A co zobaczyli, zapamiętali. A widzieli wiele. Choćby sklepy w Sztokholmie, jakże inne od społemowskich w rodzinnym Koszalinie.

Podziałało na wyobraźnię. Pierwszy własny sklep otworzyli już w 1990 r. Sano 1., w centrum miasta. Gdzie konkretnie?

— A tuż za oknem, na drugiej ulicy — wskazuje prezes Waltoś z okna gabinetu nowoczesnego biurowca.

Sklep mały. Niepozorny. Niby nic. Dzisiaj. Ale 18 lat temu ojcowie z synami przychodzili i tłumaczyli: "Patrz Jasiu — tak wygląda sklep na zachodzie. To bramki obrotowe, a to lada chłodnicza".

— To był pierwszy sklep w Koszalinie, do którego wchodziło się przez bramkę z czujnikiem, który ją otwierał przed klientem. Ludzie przystawali i bawili się nią — wspomina Waltoś.

Atrakcja nie lada. Sano były wtedy jak parki rozrywki, protoplaści dzisiejszych centrów handlowych, w których i kupić można, i się zabawić.

— A jakie zaciekawienie budziły boksy kasowe z przesuwaną taśmą do wykładania towarów! To dla klientów był wtedy cud techniki. Albo lady chłodnicze. Ludzie przez lata przyzwyczaili się, że kiełbasa wisi na haku, a jej kawałek lądował na wadze z szalkami. U nas wędliny leżały w ladzie chłodniczej, a ważone były na wadze elektronicznej. Było nawet stoisko rybne — opowiada prezes Waltoś.

Dla młodszych czytelników: w owych czasach ryby sprzedawało się w sklepach rybnych, a mięso — w mięsnych. I nie pytajcie, dlaczego.

"Nowinki" przyciągały do Sano tłumy ciekawskich klientów. Kilka tysięcy dziennie. Jak dzisiaj do centrum handlowego. Bo drugiego takiego sklepu w Koszalinie nie było.

Skąd niedawni studenci mieli kasę na te cuda techniki? Pewnego razu, będąc w Szwecji, dowiedzieli się, że gdzieś w Sztokholmie likwidują sklep spożywczy. Szybka decyzja, pieniądze do kapelusza. Ledwo starczyło, choć Szwed i tak wyprzedawał wszystko za bezcen. Do Koszalina wrócili niemal wyczyszczeni z pieniędzy. Wystarczyło ledwie na towar na pierwszy handel.

— Był żuk. Jego kierowca co się dało kupić, to kupował. Dostawał pieniądze i przykazanie, że ma z nimi nie wracać, tylko z towarem. A towar znikał jak kamfora. Ledwo na półki się wystawiło, już sprzedany. 1200 bochenków chleba dziennie schodziło, szok! — wspomina Krzysztof Waltoś.

Zresztą, tego żuka też szyb- ko zamienili na volvo z uchylną rampą z tyłu. I znowu — gdzie się pojawił — sensacja. Bo pierwszy taki w mieście.

— Przez pierwsze lata o towar trzeba było walczyć. Nie wystarczało mieć pieniądze. Pamiętam, że największym marzeniem handlowca były delicje i ptasie mleczko z Wedla. Ich zdobycie wiązało się jednak z koniecznością kupienia również palety "Stokrotek" — ciastek, które kompletnie się nie sprzedawały — kontynuuje prezes.

Hitów było więcej.

— Pamięta pan ciasta "Dancake"? Te gotowe babki, rolady w celofanie? Schodziły momentalnie. Teraz chyba zniknęły z rynku. Rarytasem były sałatki śledziowe, wtedy produkowane w jednym zakładzie, w Kołobrzegu. Dzisiaj może trudno w to uwierzyć, ale w tamtych latach dla ludzi to była nowość, rarytas — przypomina Waltoś.

Nowinką w Sano był rzeźnik za szybą. W żadnym innym sklepie nie rozbierano wtedy mięsa na oczach klientów. Ten system działa zresztą w Sano do dzisiaj. Nieprzypadkowo, bo dział mięsny to perełka generująca najwyższe zyski. Nad jakością czuwa pani Stasia, była szefowa Sanepidu. Wróg bakterii. Wciąż nieprzejednana, gdy chodzi o kolor, smak i termin przydatności do spożycia.

Sano 5

Krzysztof Waltoś doszlusował do kolegów gdy powstawał drugi sklep Sano.

— Chłopaki zaprowadzili mnie do sklepu i mówią: tu jest sklep, tam magazyn. Rządź — wspomina prezes.

Łatwo powiedzieć, bo Waltoś też inżynier budownictwa, sklepy znał. Tyle że od strony lady. Pierwsze wtopy? Prezes wytęża umysł.

— Panie ekspedientki w "firmowych" strojach. Przeszły ze Społem. Ich mentalność doprowadzała niekiedy do białej gorączki, choć sporo o handlu wiedziały, nie powiem — wydobywa z pamięci.

Rok później otwierał już trzeci sklep Sano w Koszalinie. Potem czwarty. Piąty to była już "duża powierzchnia". Jak na owe czasy, bo wtedy 1000 metrów robiło wrażenie. Nowa epoka. A rok dopiero 1995.

— Wtedy byłem jego kierownikiem, ale wkrótce zostałem dyrektorem handlowym — opowiada Krzysztof Waltoś.

Zmienił wizytówki, bo i firma się zmieniała. Pęczniała. Cztery lata później powstały dwa kolejne sklepy — Sano 6 i 7. Do spółki dołączyło dwóch właścicieli piekarń. Powstała spółka z o. o., był więc i zarząd, i gabinet. Nowość, bo przez lata za jedno i drugie wystarczało malutkie biuro, w którym wszyscy wspólnicy ledwo się mieścili.

Dzisiaj Krzysztof Waltoś szefuje spółce. I narzeka, bo los prezesa nie jest sielski. Same stresy — i z dołu, i z góry. Zwłaszcza, gdy w Koszalinie pojawili się Brytyjczycy. Zawrzała w żyłach krew…

Monopol na placu

Przez wiele lat Sano nie miało praktycznie w Koszalinie konkurencji. Luksusowa sytuacja. Były sklepy PSS. Ale takiego konkurenta to akurat nie strach mieć — droższego, z wysokimi marżami i bez technicznych nowinek, przyciągających klientów. Miło tak robić biznes. Bez stresu i gorączki. Ale zjawili się Brytyjczycy i sielanka zmieniła się w adrenalinkę. "Głos Koszalina" donosił: "Sano walczy o Emkę. Sieć sklepów Sano w ostrym konflikcie z właścicielami spółki Emka".

A wkrótce: "Brytyjczycy przegrali. Wydali miliony na zakup koszalińskiej spółki z myślą, że wybudują centrum, gdzie kluczową rolę będzie odgrywać hipermarket jednej z międzynarodowych sieci". A było tak.

— Rozwijaliśmy się na całego. Właściciele postanowili wybudować centrum handlowe. Trzeciej generacji. Pierwsze na Pomorzu — relacjonuje Krzysztof Waltoś.

Wybudowali je, na spółkę z miastem i Markiem Kwaśnickim, właścicielem MK Cafe. Na placu papieskim, na którym Jan Paweł II odprawił mszę świętą podczas wizyty w Koszalinie w 1991 r. Pierwotnie miał tu stanąć hipermarket Real, ale w 2002 r. otwarto centrum handlowe Emka. A w nim pierwszy supermarket Sano — ponad 2000 metrów.

— Zainwestować w nieswoje centrum handlowe 18 mln złotych, to było duże ryzyko dla spółki — nie kryje prezes.

Bali się, że nie znajdą najemców. Początki były trudne, ale po roku musieli już odprawiać chętnych z kwitkiem. Pojechali po bandzie, ale udało się. Nie pierwszy raz. Problemy pojawiły się kilka lat później, gdy nowy prezydent Koszalina chciał się wycofać z Emki. Swoje udziały miasto, a z nim także Sano, sprzedało Kwaśnickiemu, który odsprzedał je brytyjskiemu inwestorowi. A ten chciał się pozbyć Sano ze swojego centrum. Były nerwy. Niedoczytane punkty w aneksie do umowy, które zaskoczyły Brytyjczyków. Potyczki sądowe. Zakończyły się ugodą. Podpisali z Brytyjczykami umowę najmu na powierzchnię pod całkowicie przebudowany i powiększony o ponad 1000 mkw. supermarket Sano.

— Ale łatwo nie było — wzdycha Waltoś.

Skromnie, bo ile zdrowia go to kosztowało, ujawnił dopiero of the record. Teraz woli mówić o przyjemniejszych sprawach. Już może, bo Sano ma się dobrze, księgowa nie narzeka. A i czasem sypnie groszem — a to na młodzieżowy klub sportowy Bałtyk, a to na miejscowe drużyny koszykarskie młodzików.

Długo jeszcze rozmawiamy o handlu, kryzysie, sklepach. Przy tych ostatnich schodzimy w końcu na Szwecję, ryby i wędziska.

— W Szwecji handel jest poukładany trochę jak w socjalizmie. Jest jedna duża państwowa sieć handlowa ICA-handlarnas. Takich małych sieci jak nasza nie ma. Tak sobie poukładali — mówi Waltoś.

Dziwnie poukładali, bo na przykład alkohol kupuje się jak w aptece. Jest katalog, z którego wybiera się trunek, bierze numerek i kupuje. W weekend nie ma handlu alkoholem.

— Czasem nam to doskwierało, gdy byliśmy akurat na rybach — żartuje Waltoś.

Bo i on, i właściciele Sano to zapaleni wędkarze. Kiedyś jeździli do Szwecji myć okna, dzisiaj — łowić ryby. Najchętniej drapieżniki.

Jacek Konikowski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane