Pop-art przebił S&P 500 dziewięć razy

Weronika A. Kosmala
opublikowano: 13-09-2016, 22:00

Zarabianie to sztuka, twierdził Andy Warhol. Wiedział, co mówi, bo przy tempie drożenia jego obrazów amerykańskie spółki miałyby zadyszkę.

W ostatnich dziesięciu latach obrót pracami z fabryki Warhola wdrapał się na poziom 3,38 mld USD (12,8 mld zł), podaje „The Economist”. Taki pułap pozwalałby mu patrzeć z góry na sprzedaż wszystkich innych artystów — nie pomijając nawet rozczulającego Moneta — gdyby nie Picasso, którego prace wyceniono razem na 3,43 mln USD (13 mld zł). Gdyby jednak ceny jaskrawych popartowych obrazów zebrać do jednego indeksu, a ceny łagodnych impresjonistycznych widoków do drugiego, od 2006 r. ten pierwszy przegoniłby S&P500 aż dziewięć razy, a drugi tylko o jakieś 100 proc.

Smok idzie po swoje

Za Picassem i Warholem, ale jeszcze przed Monetem, w tabeli największych obrotów według Artprice, wymienieni są dwaj malarze, o znajomość których spokojnie można się zakładać o pieniądze. Ze sprzedażą około 2 mld USD (7,6 mld zł) trzecie i czwarte miejsce zajmują Zhang Daquian i Qi Baishi — przy czym nieznajomość ich dorobku wcale nie musi dowodzić ignorancji, bo nawet eksperci przyznają, że najdroższe chińskie malarstwo i tak rzadko kiedy rozpoznawalne jest poza Chinami. Samej wiadomości o skali ich rynku nie można jednak pomijać, chociaż bardziej niż o Zhangu Daquianie i Qi Baishim, informuje o spekulacyjnych możliwościach nabywców. Aukcje azjatyckiego malarstwa i rzemiosła — od jadeitowych stempelków po ogromne papierowe parawany — pojawiają się teraz w kalendarzach największych domów regularniej niż licytacje dawnych europejskich obrazów.Szczęśliwie dla lokalnego rynku inwestorzy z Państwa Środka zatracają się w przebijaniu stawek głównie na widok znajomej im, oszczędnej kreski — bardzo odległe polskie malarstwo pozostaje więc na długo bezpieczne, nawet jeśli azjatyckie motywy z upodobaniem przerabiali i Wyspiański, i Fałat, i mająca słabość do wachlarzy Boznańska.

Jakiś Belg vs Michał Anioł

Skupiając się na samych stopach zwrotu, na azjatyckich inwestorów i Warholowe portrety Marilyn Monroe nie wartotracić więcej uwagi — ponad 1,1 tys. proc. wzrostu wartości to dopiero wynik, a ustanowiło go dwudziestowieczne belgijskie malarstwo. Z pozoru, kolekcjonerowi na początku drogi sztuka Belgii może wydawać się tak znajoma jak Qi Baishi, ale wystarczy jedno nazwisko, żeby zmienił zdanie. Na wyniki grupy zapracował głównie surrealista René Magritte, którego 22 obrazy wylicytowane zostały w ostatniej dekadzie powyżej 5 mln USD (19 mln zł). Inwestor, któremu Magritte nie kojarzy się ani z rekordami, ani z obrazami, powinien sobie wyobrazić błękitne tło z jakimiś budynkami, na którym pada deszcz — ale nie deszcz z wody, tylko z postaci w czarnych płaszczach i melonikach. Skoro więc autor podciągnął rynek belgijskiej sztuki tak, że na wykresie stóp zwrotu zabrakło skali, dla rozeznania przydałoby się też poznać drugi biegun — nurt, który przez 10 lat wypracowałby słabszy wynik niż 500 amerykańskich spółek o najwyższej kapitalizacji. Po tej stronie wykresu czeka przy tym jeszcze większa niespodzianka od Magritte’a, bo zdecydowanie w ogonie znajdują się najznakomitsi mistrzowie włoskiego renesansu, do których wzdycha się w muzeach z drogimi biletami. Dla początkującego kolekcjonera taki wynik tzw. Old Masters — czyli dawnych mistrzów — kryje jednak dosyć ważną wiadomość o rynku, otwierając oczy na to, że nie każda sztuka, to od razu wybitnie rokująca inwestycja. Zdarza się przecież, że malarstwo konkretnego nurtu akurat nie jest w trendzie, ale znane są też takie sytuacje, w których dzieła są na tyle drogie, że tempo zwyżki nie może być ciągle wysokie. Prace największych mistrzów tego okresu bez wątpienia byłyby bezpieczną lokatą, ale trudno sobie wyobrazić, że na aukcję co chwilę trafia coś spod pędzla Rafaela czy dłuta Michała Anioła. To, co wisi w muzeum, zostanie tam prawdopodobnie na długo, natomiast w obiegu tasuje się całe mnóstwo dzieł, pod którymi autor czasami nawet nie jest podpisany albo jest oznaczony, ale bardzo słabo znany. Często spotykanym określeniem jest warsztat czy krąg, ale z tym ostatnim trochę trzeba uważać, bo w kręgu Michała Anioła prawdopodobnie wielu chciało się znaleźć, ale — odwołując się do geometrycznej obsesji renesansu — dobrze pamiętać, że długość promienia okręgu powinna być odwrotnie proporcjonalna do ceny. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika A. Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu