Posłuchajmy Dalajlamy, jedźmy do Pekinu

Robert Korzeniowski
opublikowano: 25-04-2008, 00:00

 

 

Nowoczesne igrzyska nie zatrzymały się na etapie idealistycznie nastawionych arystokratów; nie ma się też co łudzić, że rywalizacja będzie wiernym odbiciem antycznych wzorów, zresztą mocno wyidealizowanych. Jak każdy produkt kultury, igrzyska i związana z nimi filozofia ewoluują wraz ze społeczeństwem i do niego należą.

 

Demokracjato system, podobnie jak igrzyska, wymyślony przez Greków. Oba te wynalazki może są niedoskonałe, ale nasza cywilizacja nie wynalazła niczego lepszego, więc wytrwale ich broni. Dlaczego zatem nie bronić obu wartości jednocześnie? Chyba że mamy wątpliwości, czym obecnie są igrzyska olimpijskie i czy warto ich bronić. Czy to szlachetne spotkanie sportowców czy poparty staroświecką ideologią na wskroś komercyjny wytwór globalizacji? Chciałbym wierzyć, i przemawiają za mną moje cztery olimpiady, że to jedno z osiągnięć naszej cywilizacji. Przepełnione dobrymi emocjami miejsce rywalizacji pozbawionej dopingu, pełnej fair play. Idea igrzysk pozostaje w świecie sportu żywa. Startowałem na mistrzostwach świata, Europy czy w pucharach świata, ale to jednak igrzyska mają coś wyjątkowego. Pojęcie rodzina olimpijska to nie slogan, a termin olimpijczyk brzmi dumnie — nawet po latach. I to nie tylko dlatego, że igrzyska odbywają się co cztery lata. Mistrzostwa Europy w lekkiej atletyce i piłkarskie mundiale — też, ale nie wywołują takiej solidarności i więzi grupowej między zawodnikami.

 

Co uprawnia nasdo odmawiania igrzyskom i olimpijskim symbolom prawa do istnienia? Decyzji MKOl z 2001 r. w sprawie Pekinu nie kontestował biznes ani znaczące siły polityczne, gdy był na to czas. Niewygodne to politycznie, niewygodne w interesach… Gdy presja społeczna się nasila, i politycy zaczynają bronić Tybetu. Krzysztof Hołowczyc, eurodeputowany i rajdowiec, wycofując się z niesienia ognia olimpijskiego, mówi o niemieszaniu polityki ze sportem. Dobrze, że o tym przypomina.

 

Pamiętam jak po przylociez Atlanty, na lotnisku — na konferencji prasowej ad hoc polskiej reprezentacji — pojawili się Aleksander Kwaśniewski i Grzegorz Kołodko. Byliśmy oburzeni, że tak chcą sobie robić PR. Potem, w 1997 r. defilada olimpijska znalazła się na plakatach wyborczych SLD. Bo — z drugiej strony — współczesne igrzyska olimpijskie stały się olbrzymim teatrem medialnym. Gigantycznym biznesem połączonym z polityką. Próba nadmiernego idealizowania tego wydarzenia też jest — z punktu widzenia współczesnego świata — co najmniej niewłaściwa. Dlatego uważam, że pomysł z bojkotem igrzysk w Pekinie jest fatalny. Jeśli politycy nie robią w sprawie praw człowieka nic albo bardzo niewiele, jeżeli biznesmeni nie widzą przeszkód w rozwoju kontaktów z Chinami, to dlaczego jedyną grupą, która ma się wyrzec czegoś dla niej ważnego, mają być sportowcy?

 

Same atakina sztafetę ze zniczem olimpijskim to nieprzemyślane akty agresji. Jeśli mamy coś zamanifestować: po prostu nie stójmy na jej trasie. Jej część przebiega przecież przez Tybet. Puste ulice Lhasy... A jeśli zostaną tam zawiezieni tzw. przodownicy pracy — i tak będzie to bardzo wymowne. I jeśli nawet nie zobaczą tego Chińczycy — zobaczy to cały świat.

 

Jeżeli angażowanie sięma polegać na bojkocie igrzysk przez sportowców, to ja się z tym nie zgadzam. Nieobecni nie mają wpływu na to, co się dzieje. Każda wizyta Hunów w Cesarstwie Rzymskim zostawiała ślad i prowadziła do jego upadku. Wiem, ryzykowne porównanie, ale… Jeśli Zachód przyjedzie do Chin, nie pozostanie to bez wpływu na tamtejszą sytuację.

 

Uczestnicząc w igrzyskach,nie powinniśmy jednak niczego udawać. Twierdzić, że w Chinach wszystko w porządku. Mamy oddziaływać na to, co się dzieje poprzez nasze kompetencje. Dla polityków forum wypowiedzi to ONZ i inne organizacje międzynarodowe. Dla sportowców — igrzyska. Jeśli wyznaczono im spotkanie w Pekinie, winni na nie pojechać. Posłuchajmy głosu Tybetańczyków, bo chyba o nich samych zapominamy. Dalajlama mówi: nie odwołujcie igrzysk. Skoro się z nim solidaryzujemy, nie bądźmy głusi.

 

W Pekiniekażdy może zdobyć się na gest. Jeśli nauczy się paru słów po tybetańsku i od tego zacznie konferencję prasową, będzie to bardzo wymowne. Nauczyć się trochę tybetańskiego będzie chyba łatwiej, niż naprawić świat w ciągu 16 dni igrzysk.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Robert Korzeniowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu