Postawili Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek

Mira Wszelaka
opublikowano: 31-05-2006, 00:00

Unia próbowała znaleźć kompromis. Wyszło jej tak sobie, więc polscy przedsiębiorcy chcą dalej walczyć o lepsze warunki.

Miało być szybko, ambitnie i konkurencyjnie. Niestety, zachowawcze podejście polityków wzięło górę. Projekt unijnej dyrektywy usługowej, odarty z liberalnych zapisów Fritsa Bolkensteina, byłego komisarza UE ds. rynku wewnętrznego, wróci jesienią po niewielkim liftingu ministrów gospodarki pod obrady Parlamentu Europejskiego. Zamiast korzystnej dla nowych państw członkowskich zasady pochodzenia, która gwarantowała usługodawcom wchodzącym na inne rynki UE stosowanie przepisów kraju, z którego pochodzą, wpisano tzw. mechanizm przeglądu restrykcji, nakładający obowiązek zgłaszania Brukseli nowych ograniczeń wraz z uzasadnieniem. Komisja Europejska nie będzie mogła przeszkodzić we wprowadzeniu restrykcji, ale będzie publikować ich listę. Co roku ma analizować przeszkody i dawać wytyczne, ale bez narzucania rządom obowiązku ich stosowania.

W zamian za to Francja i Niemcy przeforsowały roczny poślizg we wdrożeniu nowych przepisów. Według ostatnich propozycji, miały wejść w życie w dwa lata od uchwalenia, choć początkowo Frits Bolkenstein mówił o 1 stycznia 2006 r.

Uchylone drzwi...

To wszystko sprawia, że przedsiębiorcy przyjmują nową wersję dyrektywy z co najmniej mieszanymi uczuciami. Andrzej Malinowski, prezydent Konfederacji Pracodawców Polskich (KPP), pozytywnie ocenia to, że w ogóle toczą się prace nad otwieraniem rynków usług.

— Przegląd restrykcji nie może zastąpić zasady kraju pochodzenia, ale jest pewnym utrudnieniem dla państw chroniących rynki, choćby dzięki konieczności uzasadnienia ograniczeń. Martwi mnie jednak brak rozwiązań dotyczących delegowania pracowników i agencji pracy tymczasowej — mówi Andrzej Malinowski.

KPP będzie jeszcze walczyła o nie zarówno w Warszawie, jak i Brukseli.

Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej, uważa, że Unia postąpiła jak zwykle, według zasady „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek”.

— Nowe propozycje są dla nas niekorzystne w porównaniu z pierwotnymi. Niby uchylono drzwi, ale kraje członkowskie nadal mogą stosować różne ograniczenia. Przyszłość pokaże, jak będą wykorzystywane i czy mechanizm zgłaszania obostrzeń okaże się skuteczny. Nie widzę już sensu zgłaszania postulatów. Nastawiam się na walkę z samymi barierami, by nikt ich nie rozbudowywał, a wręcz przeciwnie — dążył do ograniczenia — zapewnia Andrzej Arendarski.

...to klęska...

Nowe propozycje krytykuje Jerzy Bartnik, prezes Związku Rzemiosła Polskiego.

— Wydłużenie z dwóch do trzech lat wdrożenia dyrektywy jest prawdziwą odpowiedzią na postawę niektórych państw członkowskich w sprawie otwierania rynków usług. Wszystkie ustalenia to ruchy pozorne, które mają na celu zachowanie restrykcji. Obowiązek ich zgłoszenia jest ważny, ale bez większego znaczenia. Dlatego Polska powinna szybko zastanowić się nad wprowadzeniem zasady wzajemności — zapowiada Jerzy Bartnik.

Dodaje, że proponowane w dyrektywie przepisy niewiele zmienią w sytuacji, gdy np. w Niemczech przy zatrudnieniu w niektórych zawodach rzemieślniczych wymagane jest posiadanie dyplomu mistrzowskiego i zezwolenia regionalnego biura pracy.

...czy małe zwycięstwo

Innego zdania jest minister gospodarki.

— Co roku dostaniemy wyjaśnienia dotyczące barier w świadczeniu usług na obszarze UE i będziemy mogli zgłaszać zastrzeżenia. Kto wie, czy nie jest to lepszy mechanizm niż zniesienie jedno- zdaniowym artykułem wszelkich istniejących i przyszłych barier. Wynalazczość administracji jest ogromna — podkreśla Piotr Woźniak, minister gospodarki, wyraźnie zadowolony z kompromisu.

Jego zdaniem, mechanizm przeglądu jest dobrą rekompensatą za zasadę kraju pochodzenia.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mira Wszelaka

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu