Czytasz dzięki

Pracuję w show-biznesie

Rozmawiał Mirosław Konkel
opublikowano: 30-01-2020, 22:00

Wojciech Chmielarz wie to i owo o tym, jak się pisze bestsellery. Genialne książki o komisarzu Mortce dały mu popularność i pieniądze, a trzecia część cyklu — „Przejęcie” — także prestiżową Nagrodę Wielkiego Kalibru. Teraz autor podbija świat seriali. Z naszym byłym redakcyjnym kolegą rozmawiamy o kondycji polskiego kryminału i o tym, ile potrzeba szczęścia, aby na konkurencyjnym rynku zrobić międzynarodową karierę.

Chyba nie rozpaczasz nad tym, że Polaków coraz bardziej fascynują zbrodnie?

Wojciech Chmielarz
Wyświetl galerię [1/2]

Wojciech Chmielarz Fot. Marek Wiśniewski

Absolutnie nie. Dzięki temu mam pracę. Na kartach powieści trup ściele się gęsto — i tylko się cieszyć, że są to także książki polskich autorów, równie dobre, jeśli nie lepsze, jak napisane przez Brytyjczyków czy Szwedów. Zygmunt Miłoszewski, Mariusz Czubaj, Anna Kańtoch, Katarzyna Bonda, a także dwóch Jakubów — Szamałek i Żulczyk oraz kilku, kilkunastu innych reprezentują najwyższy światowy poziom.

Ty jesteś wymieniany wśród geniuszy polskiego kryminału. Co oprócz talentu zadecydowało, że znalazłeś się w tym zacnym gronie: upór, determinacja, ciężka praca?

Wszystkie czynniki odegrały dużą rolę, ale nie mogę nie wspomnieć o szczęściu. Czasem po prostu trzeba się znaleźć w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. Oto przykład: gdy po raz pierwszy pojawiłem się w Canal+, wcale nie chodziło o przeniesienie na ekran mojej powieści „Żmijowisko”. Rozmawialiśmy o innym projekcie. Zostawiłem jednak egzemplarz książki i dopiero po jakimś czasie dostałem propozycję zrobienia serialu telewizyjnego na podstawie tego kryminału.

Chyba nie bez znaczenia jest również to, że od dobrych 10 lat trwa w Polsce renesans zainteresowania literaturą kryminalną.

Zdecydowanie tak. Niewykluczone, że gdybym zaczynał nieco wcześniej, wpadłbym w rynkową próżnię. To samo można powiedzieć o wielu modach, trendach czy głośnych zjawiskach kultury, których czas nadszedł — gdyby pojawiły się w innym momencie lub w odmiennych uwarunkowaniach społecznych, pewnie słuch szybko by o nich zaginął. Szczęście jest więc niezwykle ważne, choć trzeba mu pomóc np. wysiłkiem i pracą.

Twoja kariera miała wyglądać inaczej. Skończyłeś dziennikarstwo. Pracowałeś jako dziennikarz w „Pulsie Biznesu”, potem w wywiadowni gospodarczej...

Odkąd pamiętam, zawsze wymyślałem różne historie. To się nie zmieniło, gdy poszedłem do tzw. normalnej pracy. Przeciwnie — codziennie po powrocie do domu pisałem przez dwie godziny, ale zawsze uważałem to za zajęcie za dodatkowe, poboczne. Tymczasem stało się moim podstawowym źródłem zarobkowania.

Co poszło nie tak?

W 2015 r. wywiadownia gospodarcza, w której pracowałem kilka lat, z powodu zawirowań rynkowych straciła klientów, a ja robotę. Trzymając w rękach wypowiedzenie, zacząłem się zastanawiać, czy aplikować do kolejnej firmy, czy postawić całkowicie na swoją pisarską pasję. Postawiłem na bardziej ryzykowną opcję. Żona mnie w tym wspierała. Nie bez znaczenia były również oszczędności pozwalające nam na przeżycie pół roku.

Miałeś już na koncie pięć książek, które wprawdzie nie przyniosły ci rozgłosu, ale było od czego zacząć.

Właśnie ten skromny urobek sprawił, że spróbowałem żyć z pisania. Przypuszczam, że gdybym to zrobił po wydaniu pierwszej książki, zaliczyłbym potężną porażkę i do dzisiaj wydobywał się z długów.

Czyli nie polecasz kariery pisarskiej absolutnemu nowicjuszowi?

Znowu każesz mi mówić o szczęściu. Niedawno przebojem na rynek literatury kryminalnej wdarła się Paulina Świst. To pseudonim pewnej prawniczki, która nie chce ujawniać nazwiska. Jej pierwsza książka, „Prokurator”, będąca trochę kryminałem, a trochę erotykiem w stylu Greya, rozeszła się bodajże w 100 tys. egzemplarzy. Nikt nie rozumie tego fenomenu. Wcześniej już były takie czytadła, ale nie chwytały. I jeszcze to ukrywanie tożsamości. Każdy wydawca i redaktor odradza autorowi anonimowość, bo to przeszkadza w promocji i sprzedaży, a tu taki komercyjny sukces! Rozmawiamy jednak o absolutnym wyjątku od reguły.

Ile czasu potrzebuje zdolny debiutant, by się rozkręcić i mocniej osadzić w branży?

Rynkowy standard wynosi od pięciu do siedmiu lat, i to przy założeniu, że wydaje się jedną książkę rocznie. Tyle zajęło to Żulczykowi, Bondzie, Miłoszewskiemu, a nawet Szczepanowi Twardochowi. Autor, zwłaszcza początkujący, powinien więc mieć inną gratyfikację niż pieniądze. Andrzej Sapkowski powiedział kiedyś, że gdyby chciał dobrze zarabiać, sprzedawałby skarpetki.

W roku 2015 zdobyłeś Nagrodę Wielkiego Kalibru, przyznawaną przez StowarzyszenieMiłośników Kryminału i Sensacji „Trup w szafie”. Czy właśnie wtedy poczułeś się stuprocentowym pisarzem?

Pamiętam dokładnie inny moment. Moja córka urodziła się o drugiej w nocy. Trochę jeszcze posiedziałem w szpitalu, załatwiłem jakieś formalności. Potem pojechałem do domu i poszedłem z psem na spacer. Z ekscytacji nie mogłem zasnąć. Gdzieś około szóstej usiadłem do komputera, otworzyłem pocztę i zobaczyłem mejl z Wydawnictwa Czarne z informacją, że chcą wydać moją powieść. W odstępie kilku godzin przeżyłem dwie niesamowite chwile, które na nowo zdefiniowały moje życie.

Czy wcześniejsze doświadczenia zawodowe pomagają ci w pisaniu?

Bardzo. W wywiadowni prześwietlaliśmy firmy na podstawie aktów sądowych, gazet, mediów społecznościowych i innych ogólnodostępnych źródeł. Zebrane informacje zamienialiśmy w raporty, który pozwalały klientom oceniać wiarygodność potencjalnych partnerów biznesowych. Badaliśmy też szarą strefę towarów chronionych, np. przemyt i dystrybucję papierosów bez akcyzy.

Biały wywiad, jak się określa taką działalność, jest bliski analizie kryminalistycznej. Na czym jeszcze autor książek z dreszczykiem powinien się znać?

Musi wiedzieć, jak się robi porządny research. Tego się nauczyłem w trakcie mojej kilkuletniej przygody z „Pulsem Biznesu”. Jako dziennikarz poznałem również kawałek świata, który inaczej byłby dla mnie zamknięty. Dowiedziałem się, jak działają różne firmy i branże. Bardziej wyczuliłem się na powiązania między polityką a gospodarką. Zaznajomiłem się z mechanizmami, które rządzą mediami. To nie przypadek, że środowisko dziennikarskie raz po raz pojawia się w moich książkach.

Pękam ze śmiechu, oglądając seriale o dziennikarzach. Tak nierealistycznie przedstawiają świat mediów, w którym jestem zanurzony od lat. Na ile wiernie oddajesz w książkach policyjną rzeczywistość?

Jak mówi klasyk, jest prawda czasu i prawda ekranu. Kryminał to gatunek rozrywkowy. Czasem żartuję, że pracuję w show-biznesie. Moje zadanie polega na tym, by zapewnić ludziom odprężenie i miłe spędzenie czasu. Książki muszą być atrakcyjne. Nie wolno zanudzić czytelnika.

Parafrazując Hitchcocka, książka to życie, z którego wymazano plamy nudy.

Właśnie. Jeden z policjantów powiedział mi kiedyś, na czym faktycznie polega praca funkcjonariusza. 60 proc. czasu zabiera mu wypełnianie druków, a 20 poprawianie w nich błędów. Dopiero pozostałe 20 proc. to prawdziwa policyjna robota. Teraz wyobraź sobie powieść, której główny bohater przez 60 proc. fabuły, czyli przez 180-200, stron ślęczy nad papierami. Byłoby to interesujące? Nie sądzę.

No to jak — dużo zmyślasz w swoich książkach?

Dwa lata temu dostałem długiego mejla od technika kryminalistyki, w którym wymienił całą litanię moich błędów, po czym zakończył: „Ale w sumie jest OK”. Mam satysfakcję, ilekroć spotykam policjantów, którzy bez względu na wiek, stopień czy moment w karierze mówią: „Tak to mniej więcej wygląda, tak to czujemy”. Parę lat temu na festiwalu Kryminalna Piła, organizowanym przy udziale pilskiej Komendy Policji, dostałem wyróżnienie za etyczne przedstawienie pracy policjanta. Więc cóż, moje książki są oceniane jako wiarygodne. Mam na to papier (śmiech).

Przez twoje powieści przebija autentyczna sympatia do stróżów prawa.

W miarę poznawania tego światka mam coraz lepsze zdanie o policjantach i coraz gorsze o policji. Ludzie trafiają do tej instytucji z dwóch powodów. Pierwszym jest głęboka, wewnętrzna potrzeba pomagania innym, drugim — chęć łapania przestępców. Przez biurokrację, czas poświęcany na raportowanie ci idealiści popadają we frustrację. Nie mogą zajmować się tym, do czego czują się powołani.

Czasem narzekasz w wywiadach, że odkąd zostałeś zawodowym pisarzem, mniej piszesz.

Tylko w ubiegłym roku miałem 70-80 dni wyjazdowych. Do tego trzeba doliczyć czas spędzony na promowaniu się w mediach społecznościowych. Od marketingu nie da się uciec. Ale coś za coś. Jestem w tej luksusowej sytuacji, że mogę żyć z pisania. Przepraszam, mogę żyć z bycia pisarzem.

Na czym polega różnica?

Gdy ktoś już odniósł pewien sukces sprzedażowy, pojawiają się lukratywne propozycje, np. tworzenia scenariuszy seriali albo prowadzenia warsztatów pisarskich. Człowiek zaczyna też być zapraszany na spotkania autorskie, które w znakomitej większości są płatne. Nieco większa popularność może otworzyć autorowi drzwi do zagranicznych wydawnictw albo dużych stacji telewizyjnych, które na podstawie jego powieści nakręcą film.

Jesteś jednym z nielicznych współczesnych polskich autorów, którzy przebijają się na świecie. „New York Times” napisał parę lat temu, że „kryminał to polska specjalność”, a jednak światową markę zrobili z tego gatunku Szwedzi. Dlaczego nie my?

Przez lata Instytut Książki nie promował polskich kryminałów na świecie. To po pierwsze. Po drugie — nakłady książek są w Polsce dramatycznie niskie. Wyobraź sobie, że jako polski wydawca odwiedzasz zagranicznego i chcesz go zainteresować określonym tytułem. On cię pyta: ile sprzedałeś egzemplarzy? Siedem tysięcy — odpowiadasz. Siedem tysięcy na 38 mln obywateli. Jak wyglądałaby podobna rozmowa z wydawcą szwedzkim? Powiedziałby, że sprzedał 100 tys. przy 10 mln mieszkańców. I kto by zrobił interes? Dopóki nie mamy krajowych bestsellerów, zagraniczna ekspansja jest mrzonką.

Nie obawiasz się, że kiedyś się wypalisz i zwyczajnie zabraknie ci weny, czyli pomysłów na mordowanie ludzi w książkach?

Ryzyko wypalenia jest w każdym zawodzie. Co do weny — pisarze i artyści lubią rozprawiać o natchnieniu, tworząc wokół siebie romantyczną otoczkę. Rację ma jednak amerykański malarz i fotograf Charles Close: „Inspiracja jest dla amatorów — my po prostu siadamy do pracy i robimy”.

MIROSŁAW KONKEL

Opisuje magię, która rodzi się na styku społeczeństwa, technologii i sztuki. Z pomocą psychologii odkrywa piękno człowieczeństwa — i swoją fascynacją dzieli się z czytelnikiem.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rozmawiał Mirosław Konkel

Polecane