Prawne chciejstwo

Jacek Zalewski
31-07-2008, 00:00

Premier Donald Tusk ciężko przeżywa utratę pierwszego gola w meczu na weta z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Na dodatek zapowiada się, że rozwiąże się worek z bramkami, pardon, z wetami. W najbliższych dwóch latach kohabitacja na szczytach państwa jest nierealna — i w związku z tym w otoczeniu premiera zakiełkował pomysł rządzenia przy pomocy rozporządzeń, które prosto z Rady Ministrów lub z biurka ministra trafiają do Dziennika Ustaw. Czuć w tym nostalgię za czasami, gdy polskie konstytucje umożliwiały wydawanie aktów równych ustawom — na przykład za II RP były to rozporządzenia prezydenta, a w epoce PRL pamiętne dekrety.

Konstytucja z roku 1997 uporządkowała system prawny, który tworzą: ona sama, ustawy i ratyfikowane umowy międzynarodowe oraz rozporządzenia — ale wydawane tylko i wyłącznie na podstawie szczegółowego upoważnienia zawartego w ustawie i w celu jej wykonania. To zasadnicze zawężenie, które ideę prowadzenia polityki rozporządzeniami sprowadza do wymiaru niewykonalnego chciejstwa.

Wczoraj prezes PiS Jarosław Kaczyński pogłoski o rozporządzeniach zamiast ustaw ocenił słowami „tylko ktoś, kto w ogóle nie uznaje obowiązywania porządku prawnego, może tego rodzaju bzdury opowiadać”. Pod tym zdaniem można podpisać się obiema rękami. Ale jego autor zaledwie rok temu rozgłaszał bzdurę jeszcze większą — że Konstytucję RP da się zmieniać tzw. ustawami konstytucyjnymi, niewymagającymi większości kwalifikowanej. No cóż, władza zawsze kusi obchodzeniem uczciwych zasad stanowienia prawa.

Zasady techniki prawodawczej wyraźnie rozgraniczają, jakie treści powinny znajdować się w ustawach, a jakie w wykonawczych rozporządzeniach. Ale legislacyjna praktyka dowodzi, że teoretyczny podział jest płynny i często podporządkowany potrzebom politycznym. Przykładem wręcz akademickim może być wprowadzenie w 1998 r. nowego podziału administracyjnego, kiedy to województwa utworzono ustawą, ale podział na powiaty przekazano Radzie Ministrów do rozporządzenia. Po prostu Sejm w publicznej debacie nigdy nie osiągnąłby zgody co do siatki powiatów, było to możliwe tylko w zaciszu rządowych gabinetów. Przykłady mieszania funkcji aktów prawnych można przytaczać na pęczki — ot, w PRL ustawy wymagała każda zmiana w składzie rządu, dzisiaj zaś również ustawy potrzebuje… zmiana nazwy szkoły wyższej.

Paradoksalnie — idea rządzenia rozporządzeniami w pewnym zakresie jest jednak realizowalna, ale wymaga prawniczego sprytu. W ustawach istniejących katalog upoważnień do wydania rozporządzeń jest zamknięty i tutaj nic się nie da zrobić. Ale ustawy nowe mogą być tak konstruowane, że najbardziej zapalne kwestie — zagrożone wetem Lecha Kaczyńskiego — odeślą do rozporządzeń, do których prezydent nic nie ma! Co prawda, już taka konstrukcja ustawy, ukrywająca jej sens, również może stać się powodem weta — ale głowie państwa znacznie trudniej będzie to uzasadnić.

W sumie wygląda na to, że rządowo-prezydencki mecz przyniesie jeszcze niejeden zaskakujący zwrot akcji. Pytanie tylko — ile wytrzymają kibice na trybunach.

Jacek Zalewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Prawne chciejstwo