Premier szuka przyjaciół, ale nie w swojej partii

Adam Sofuł
opublikowano: 28-06-2006, 00:00

Apele premiera do opozycji o konstruktywną współpracę pojawiają się ostatnio coraz częściej. Znakomicie wpisują się w budowany mozolnie od wielu miesięcy wizerunek premiera jako pragmatycznego polityka zatroskanego o dobro kraju i nieangażującego się w bieżące rozgrywki polityczne. Są to jednak wezwania tyleż nietrafne, ile spóźnione. Nietrafne, bo opozycja jest opozycją, właśnie dlatego że ma zupełnie inne niż rząd pomysły na rozwiązanie kluczowych dla państwa problemów. Spóźnione, bo taka oferta powinna padać na początku kadencji. Tymczasem od tego czasu z obu stron usłyszeliśmy już zbyt wiele gorzkich słów. Obecnie apele muszą być interpretowane jako dowód słabnącej pozycji premiera.

Zaproszenie opozycji do współpracy brzmiałoby znacznie wiarygodniej kilka miesięcy temu, gdy premier przedstawiał swoje exposé. Wówczas jednak określał główne ugrupowania opozycyjne jako „cieniasy”. Teraz zaś do tych cieniasów zwraca się z prośbą o współpracę, zupełnie jakby doszedł do wniosku, że poparcie koalicyjnych profesjonalistów nie wystarczy.

Mocno naciągany wydaje się również oczekiwany przez premiera zakres tej współpracy — zwłaszcza podatki i budżet. Te kwestie najczęściej wyznaczają linie podziału między koalicją i opozycją, więc o harmonijnej współpracy w tych sprawach każdy premier może sobie co najwyżej pomarzyć, a i to nie za długo, by nie stracić kontaktu z rzeczywistością.

Warto też przypomnieć, że Prawo i Sprawiedliwość z podatków uczyniło w kampanii wyborczej główną broń w walce z Platformą Obywatelską, wówczas możliwym koalicyjnym partnerem, dziś główną siłą opozycyjną. PO w rewanżu zgłosiła po kilku miesiącach jako własny projekt przedwyborcze propozycje PiS. Można by tę złośliwość przemienić w początek współpracy. Niestety, jak dotychczas partia rządząca wyobrażała sobie współpracę w ten sposób, że opozycja bez dyskusji popiera rządowe projekty (najlepszym przykładem jest przebieg prac nad ustawą o Centralnym Biurze Antykorupcyjnym).

Skąd więc te apele? Otóż premier coraz bardziej rozpaczliwie poszukuje politycznych przyjaciół. Może Kazimierz Marcinkiewicz poczuł się zagrożony, bo zdał sobie sprawę, że wraz z zawarciem koalicji z Samoobroną i LPR jego misja zaczęła dobiegać końca. Wszak prezes PiS Jarosław Kaczyński nigdy nie ukrywał, że osoba Kazimierza Marcinkiewicza jako premiera miała być zachętą dla Platformy Obywatelskiej do wejścia w koalicję. Teraz już PiS nie widzi potrzeby takiego kuszenia Platformy, więc i Marcinkiewicz, chociaż okazał się wcale sprawnym i popularnym szefem rządu, nie jest już taki niezbędny.

Premier zaliczył ostatnio parę bolesnych ciosów (niekiedy od własnego zaplecza), poczynając od interwencji prezydenta w sprawie kosztów uzyskania przychodów dla twórców, aż po sprawę Gilowskiej (wraz z jej odejściem stracił ważnego sojusznika) i prasowe ataki na posłów Adama Bielana i Michała Kamińskiego, było nie było twórców nie tylko wyborczego sukcesu PiS, ale także medialnego wizerunku premiera. Coraz bardziej osamotniony Marcinkiewicz szuka więc wsparcia poza koalicją, ale to zabiegi skazane na niepowodzenie. Apele o konstruktywną opozycję są najczęściej dowodem słabości rządzących. Tak jest i tym razem. Silnym rządom wystarczy konstruktywna koalicja. Gdy takiej nie ma, nie pomogą żadne apele.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane