Problem dziury

Adam Sofuł
opublikowano: 22-01-2009, 00:00

Prezydent Lech Kaczyński zapowiedział, że zwróci się do Najwyższej Izby Kontroli o zbadanie przyczyn dziury budżetowej. Prostszym sposobem na zaspokojenie ciekawości prezydenta byłoby wprawdzie zaproszenie ministra finansów i zadanie mu kilku (uzasadnionych) pytań, ale nie o dziurę tu wszak chodzi, lecz o stworzenie wrażenia, że rząd sobie nie radzi. O tym, co się dzieje nie dowiemy się szybko, bo kontrola NIK może potrwać kilka tygodni. Zresztą co roku izba niejako z urzędu kontroluje wykonanie budżetu, raport jest z reguły w połowie roku i nie wiadomo, czym kontrola proponowana przez prezydenta miałaby się różnić od kontroli standardowej. Ale efekt medialny przy kontroli nadzwyczajnej jest znacznie większy niż przy zwykłej.

Działania prezydenta znakomicie współgrają z poczynaniami największej partii opozycyjnej (zapewne nieprzypadkowo), która wieszczy katastrofę i twierdzi, że rząd nie panuje nad sytuacją. Z drugiej strony rząd usiłuje sprawę bądź przemilczeć, bądź ucieka w słowne gierki, że nie ma "dziury", lecz tylko "poślizgi". Premier Waldemar Pawlak chce nawet spotkać się z wydawcami prasy i właścicielami mediów elektronicznych, aby ich przekonać, by nie budowały pesymizmu. Zapewne wicepremierowi chodzi o to, by ukazywały się jedynie dobre informacje i dobre prognozy — więc o przewidywaniach JP Morgan cicho sza, w ostateczności mogą być prognozy Komisji Europejskiej. Waldemar Pawlak nie sprecyzował wprawdzie, czy chodzi mu jedynie o polskie media, czy np. "Financial Times" też ma szerzyć optymizm, ale inicjatywa wydaje się cenna. Ani malowanie rzeczywistości w czarnych barwach, ani jej lukrowanie nie przybliża nas do odpowiedzi, co z tym budżetem. I na wiarygodną odpowiedź trzeba cierpliwie poczekać.

Z wstępnych szacunków wykonania budżetu, dokonanych przez resort finansów, wynika, że udało się w ubiegłym roku utrzymać poziom deficytu. Ale przychody, a w ślad za nimi także wydatki, były niższe o około 10 proc. od zakładanych, czyli o około 30 mld zł. I tu tkwi zapewne źródło owych "poślizgów" w MON, a zapewne też i w innych resortach, które tak bardzo niepokoją prezydenta. Skąd te kłopoty? Najprostsza odpowiedź: z powodu globalnego kryzysu i spowolnienia, bardziej szczegółowa: ze spadku przychodów z VAT. Na konkretną trzeba poczekać do połowy lutego, kiedy, jak twierdzi resort finansów, spłyną dane z izb skarbowych, które pokażą, w jakich dziedzinach VAT się "posypał". Dopiero wówczas będzie można myśleć o ewentualnych środkach zaradczych. Nawoływanie rządu do natychmiastowych, chociaż bliżej niesprecyzowanych działań, jest obecnie jedynie politycznym pohukiwaniem. Większość ekonomistów, nawet tych, którzy uważają tegoroczny budżet za nierealistyczny (a może być on dodatkowo obciążony częścią ubiegłorocznych "poślizgów") uważa, że na razie trzeba uważnie obserwować sytuację, na działania przyjdzie czas w połowie roku, gdy sytuacja się może nieco wyklaruje. Ale także wówczas należy wątpić, czy podsuwane przez opozycję pomysły będą warte zastosowania. Aleksandra Natalii-Świat kusi rząd, twierdząc że "Wzrost wydatków publicznych jest obecnie rekomendowany przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy (skądinąd ciekawe, że to ten sam MFW, który uchodzi za "zbrodniczy", gdy sugeruje trzymanie w ryzach finansów publicznych). I wszystko fajnie, tyle że to właśnie przepis na dziurę budżetową, bo wzrost wydatków przy niepewnych w warunkach kryzysu dochodach doprowadzi do gigantycznego deficytu, który trzeba będzie sfinansować. Tegoroczne potrzeby pożyczkowe państwa wynoszą około 150 mld zł. I w końcu nie wiadomo: ta dziura to ma być, czy ma jej nie być?

Adam Sofuł

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu