Problem roku 2006 załatwiony - a co dalej?

Janusz Lewandowski
16-12-2005, 00:00

Wczoraj w samo południe podpisany został w Strasburgu budżet Unii Europejskiej na rok 2006. Rodził się w bólach, bo obie strony przetargu — prezydencja brytyjska i Parlament Europejski — widziały w nim wstęp do rozgrywki o pieniądze na lata 2007-13. Interesujący wkład PE do gorącej debaty w Brukseli polega na tym, iż budżet 2006 ustala zobowiązania na poziomie 1,09 proc. PKB, podczas gdy najnowsza oferta brytyjska na następne lata przewiduje znacznie mniej — 1,03 proc.

Po roku doświadczeń europarlamentarzysty bez trudu znajduję w unijnych finansach (120 mld euro w roku 2006) linie budżetowe, bez których Europa spokojnie mogłaby się obejść. Taki jest urok publicznych wydatków, podlegających zarówno logice lobbingu, jak i logice potrzeb. Wystarczy jednak przejechać się po Polsce, by zauważyć mnożące się tablice z gwiaździstym godłem Unii. Zasilenie z Brukseli zachęca do inwestowania, a wystarczająca z naszej strony stopa inwestycji jest piętą achillesową naszej ekonomii. Choćby z tego powodu ów unijny zastrzyk pieniędzy jest nie do wzgardzenia.

Nasz kraj, łupiony przez stulecia przez rozmaitych najeźdźców, na progu XXI wieku może wreszcie skorzystać z europejskiej solidarności, czegoś na kształt spóźnionego Planu Marshalla. Nic nie irytuje bardziej niż żałosny poziom wykorzystania miliardów euro stawianych do naszej dyspozycji — z winy własnej, bo to w Warszawie wymyślono zaporowe procedury!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Janusz Lewandowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Problem roku 2006 załatwiony - a co dalej?