Prognozy rządzą gospodarką

Jacek Kowalczyk, AB
opublikowano: 26-11-2008, 00:00

Najnowsza prognoza: gospodarka w przyszłym roku stanie w miejscu. Echa kryzysu czy próba manipulacji?

BNP Paribas wieszczy załamanie gospodarcze. To kompletny absurd — odpowiada rząd

Najnowsza prognoza: gospodarka w przyszłym roku stanie w miejscu. Echa kryzysu czy próba manipulacji?

W przyszłym roku polska gospodarka pogrąży się w stagnacji? Takiego zdania jest Michał Dybuła, główny ekonomista BNP Paribas Polska. Wczoraj jak grom z jasnego nieba gruchnęła wiadomość, że francuski bank obniżył prognozę wzrostu PKB z 3 proc. do 0,4 proc. To kilkunastokrotnie mniej niż spodziewany wzrost w obecnym roku.

Największy pesymista

Michał Dybuła jest dziś największym pesymistą wśród rynkowych analityków. W tak fatalne wyniki polskich firm w przyszłym roku nie wierzy nikt.

— To byłaby katastrofa. Wyniki firm byłyby bardzo słabe, a bezrobocie mocno by wzrosło. Już przy dynamice poniżej 3 proc. zacznie ubywać miejsc pracy — komentuje Tomasz Kaczor, główny ekonomista BGK, którego prognoza 2,6 proc. i tak uważana jest za pesymistyczną.

Z analizą BNP Paribas nie zgadza się też Leszek Kąsek, ekonomista w warszawskim biurze Banku Światowego.

— Z 5 proc. do 0? Trudno sobie wyobrazić tak mocne złamanie — mówi Leszek Kąsek.

Uważa, że nasza gospodarka ma szansę na wzrost 3,5-4 proc. Większość prognoz krążących po rynku oscyluje wokół 3 proc. Skąd więc takie czarnowidztwo francuskiego banku? Michał Dybuła tłumaczy, że analitycy BNP Paribas spodziewają się gwałtownego hamowania zachodnich gospodarek, a te pociągną w dół też Polskę (czytaj wywiad obok). Są jednak tacy ekonomiści, którzy mówią wprost: to manipulacja. Zwłaszcza że wcześniej podobny szok wywołały prognozy ekonomistów JP Morgan, według których PKB w 2009 r. wzrośnie o 1,5 proc.

— Kończy się czas rzetelnych analiz. Prognozy coraz bardziej zależą od interesów poszczególnych banków. Jestem bardzo rozczarowany postawą niektórych ekonomistów — mówi Jarosław Janecki, główny ekonomista Societe Generale.

Bankowa mitologia

Ostro zareagował też Adam Szejnfeld, wiceminister gospodarki.

— Kogoś, kto przewiduje tak mocny spadek dynamiki PKB, nie powinno brać się poważnie. To kompletny absurd. Żaden kraj nie ma wpływu na prognozy ekonomistów, nawet jeśli są niezgodne z rozsądkiem. Pozostaje mi zaapelować do wszystkich, by polegali na wiarygodnych prognozach rządu. Minimalny wzrost PKB to 3,5 proc. Nie warto więc wierzyć instytucjom, które nie wiadomo, jakimi pobudkami się kierują — mówi Adam Szejnfeld.

Teoretycznie w bankach komercyjnych między działem analiz makroekonomicznych a dilerami handlującymi walutami czy obligacjami nie powinno być żadnego kontaktu.

— W praktyce to jednak często mit. Wiadomo, że dilerom zagranicznych banków zależy na jak największym osłabieniu obcych walut, a prognozy ich kolegów mogą w tym pomóc. I z tej pomocy chętnie korzystają, choć nikt tego głośno nie powie — mówi ekonomista jednego z banków.

Za darmo, ale rzetelnie

Ostrożność wobec prognoz komercyjnych banków sugerował już przed tygodniem na łamach "PB" prof. Dariusz Filar, członek Rady Polityki Pieniężnej.

— Jestem sceptyczny wobec analiz tworzonych przez banki — mają swoje powody, by takie prognozy formułować. Bardziej interesują mnie analizy instytucji niekomercyjnych — mówi prof. Filar.

Jedno jest pewne, analizy tworzone przez niezależne zespoły są znacznie bardziej spójne. Wśród dużych organizacji największymi pesymistami są Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju oraz Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (polski PKB wzrośnie odpowiednio o 2,8 proc. i 3 proc.). Tymczasem nawet najwięksi optymiści są tylko o 1 pkt proc. wyżej.

Są jednak i tacy ekonomiści, którzy nie wierzą w nieuczciwość ekonomistów z banków komercyjnych.

— To nonsens. Nie ma podstaw, by oskarżać analityków. Widocznie przyjęli pesymistyczne założenia do swoich obliczeń — komentuje Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club.

Próbę manipulacji ze strony banków przez publikowanie prognoz trudno jest udowodnić. W dodatku nie należy z góry uznawać, że każda pesymistyczna analiza jest nieuczciwą grą jej twórcy. Faktem jest jednak, że w praktyce istnieje możliwość "zarabiania na prognozach". Jak to działa?

1. Międzynarodowy bank ogłasza całemu światu, że gospodarkę danego kraju niedługo czeka gwałtowne osłabienie koniunktury.

2. Zagraniczni inwestorzy, słysząc taką opinię, w panice uciekają z rynków tego kraju. Sprzedają więc akcje spółek, obligacje skarbowe i inne papiery, którymi się tam handluje. Zdobyte w ten sposób pieniądze inwestorzy

wymieniają na rodzimą walutę.

3. Gwałtownie spada wartość wyprzedawanych papierów, przez co ostro w dół leci giełda, słabnie waluta zaatakowanego kraju i maleje wartość rządowych obligacji.

4. Wówczas nienaturalnie w stosunku do faktycznych perspektyw gospodarczych przecenione produkty finansowe są łakomym kąskiem dla międzynarodowych instytucji, które na początku opublikowały trefną prognozę. Mogą tanio kupić akcje, obligacje i walutę, po czym — gdy sytuacja zacznie się wyjaśniać — drogo je sprzedać. Grać pod prognozę można także przed jej opublikowaniem.

Czy w przypadku prognozy PNB Paribas mamy do czynienia z takim działaniem? Zdania są podzielone.

Moja prognoza jest rzetelna

Kryzys się zbliża. Powód to słaby eksport i problem z kredytami — mówi Michał Dybuła, główny ekonomista BNP Paribas Polska.

"PB": Niektórzy ekonomiści twierdzą, że celowo zaniżył pan prognozę wzrostu gospodarczego, żeby BNP Paribas mógł zarobić. Czy to prawda?

Michał Dybuła: Oczywiście, że nie. Prognoza jest całkowicie obiektywna. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy — my dopiero wchodzimy w kryzys gospodarczy, w nadchodzących miesiącach problemy wyraźnie się pogłębią. W poważnych kłopotach jest cały świat, a my nie jesteśmy samotną wyspą.

Jakie są przyczyny tak gwałtownego załamania się koniunktury w Polsce?

Przede wszystkim spodziewamy się ostrego załamania koniunktury u naszych głównych partnerów handlowych. Do takiego wniosku doszli ekonomiści BNP Paribas zajmujący się gospodarkami strefy euro i na takich założeniach musiałem się oprzeć, konstruując moją prognozę. A jest dla mnie jasne, że słaby popyt za granicą oznacza słaby polski eksport i niską dynamikę PKB.

Do Polski kryzys dotrze tylko za pośrednictwem eksporterów?

Nie, drugi powód spowolnienia gospodarczego jest potencjalnie groźniejszy i wynika z kłopotów, w jakich znalazł się nasz sektor finansowy. Rośnie prawdopodobieństwo, że przedsiębiorstwa będą miały coraz większe problemy z otrzymaniem kredytu, a to oznacza mniejsze inwestycje i spadek płynności firm.

Wcześniej oba te czynniki — silny eksport oraz łatwy dostęp do kapitału — nakręcały dobrą koniunkturę. Bez nich gospodarka ostro zahamuje.

Jacek Kowalczyk, AB

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk, AB

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Prognozy rządzą gospodarką