Program opłacony nadzieją

Bartosz Krzyżaniak
opublikowano: 09-03-2007, 00:00

Pieniądze na program prorodzinny mają pochodzić z wysokiego wzrostu. Co będzie, gdy go nie będzie?

Świetny program za pieniądze, których może nie być

Pieniądze na program prorodzinny mają pochodzić z wysokiego wzrostu. Co będzie, gdy go nie będzie?

Wczoraj premier Jarosław Kaczyński przedstawił rządowy program prorodzinny. Jego autorka, Joanna Kluzik-Rostkowska, zapewniła, że to ostatni dzwonek na przeprowadzenie niezbędnych zmian.

— Chodzi o to, byśmy trwali jako naród — uzupełnił premier.

Narzędzia w porządku...

Małgorzata Krzysztoszek z Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych (PKPP) Lewiatan przyznaje, że pracodawcy i przedsiębiorcy ze wszech miar podpisują się pod pomysłami rządu.

— Jesteśmy za dobrze sformułowaną, efektywną polityką prorodzinną, bez której za 15-20 lat nasza gospodarka stanie przed bardzo poważnym problemem, z którym dziś borykają się kraje rozwinięte: brakiem rąk do pracy. Założenia programu absolutnie temu służą. Widać, że ktoś w sposób przemyślany dokonał diagnozy problemu i spróbował znaleźć rozwiązanie — uważa Małgorzata Krzysztoszek.

Jej zdaniem, proponowane przez rząd narzędzia mogą poprawić sytuację. Chodzi m.in. o trzyletnie zwolnienie pracodawców z obowiązku płacenia składek na Fundusz Pracy w przypadku powrotu kobiety z urlopu macierzyńskiego lub wychowawczego (co powinno zachęcić do zatrudniania po urlopach), możliwość korzystania z zasiłku opiekuńczego osób prowadzących samodzielną działalność gospodarczą (pod warunkiem dobrowolnego opłacania składki chorobowej) — w tej grupie około 40 proc. stanowią kobiety. Pozytywne oceny PKPP zyskały też propozycje ułatwień w tworzeniu przedszkoli z zakładowych funduszy świadczeń socjalnych czy pomysł przyznawania przez samorządy kart rodzin wielodzietnych (uprawniających rodziny z co najmniej trójką dzieci do rabatów w komunikacji, kinach czy supermarketach).

...ale może zabraknąć

Jednak pracodawcy zwracają uwagę, że jest też druga strona medalu.

— Koszt całego programu to 17,4 mld zł, z czego połowa to koszty ulg podatkowych bezpośrednio obciążających budżet. Jak to finansować? — zastanawia się Małgorzata Krzysztoszek.

Ów ponad 17-miliardowy szczegół powoduje, że np. Konfederacja Pracodawców Polskich podchodzi do całego programu sceptycznie.

— Jesteśmy za prorodzinną polityką. Takie działania są potrzebne, nie wiemy tylko, kto za to zapłaci. Bazowanie na tym, że koszty programu pokryją wpływy z podatków wynikające z wyższego od prognoz wzrostu gospodarczego, to zły pomysł. Wszystko powinno być policzone, wycenione, ekonomicznie uzasadnione i realne. Te założenia oparte są na pieniądzach, które może będą, a może nie. Nikt nie jest wróżką, by z całą pewnością przewidzieć wzrost gospodarczy w najbliższych latach — uważa Bogusława Nowak-Turowiecka, ekspert Konfederacji Pracodawców Polskich.

A jeśli, co prawdopodobne, nie będzie tak imponujący, jak w 2006 r. i 2007 r., pojawią się problemy.

— Liczenie na wyższy wzrost to pomysł, na którym można się zawieść. Już dziś liczy się, że wyższy wzrost pozwoli sfinansować np. proponowaną przez minister Zytę Gilowską obniżkę składek, teraz a konto wzrostu proponuje się — skądinąd potrzebny — program prorodzinny. Jednak gospodarka rozwija się cyklicznie. Co będzie, gdy inflacja wzrośnie, a wzrost osłabnie, co jeśli sprawdzą się np. prognozy Alana Greenspana o recesji w USA, która zaszkodzi innym gospodarkom? — zastanawia się Marcin Mrowiec, ekonomista Banku BPH.

Według Małgorzaty Krzysztoszek, jeśli wzrost gospodarczy zawiedzie, trzeba będzie podnieść podatki, co oznacza automatyczną utratę konkurencyjności polskich firm.

— Przyszły wzrost jest niepewny. Ale już dziś mamy realne pieniądze, po które możemy sięgnąć — przypomina ekspert PKPP.

Chodzi o część pochłaniających 20 mld zł wcześniejszych emerytur i ograniczenie 15-miliardowych wydatków na KRUS. Jak zapewnia Małgorzata Krzysztoszek, pracodawcy zamiast wydawać wyimaginowane pieniądze, wolą sięgać po środki, które widzą. Szczególnie gdy są one nieefektywnie wykorzystywane.

Jak dziwna firma

Konsekwencje ewentualnego spowolnienia będą nieprzyjemne: mniejsze wpływy do budżetu, większy deficyt, większy dług publiczny i — ze względu na wyższe stopy procentowe — większe odsetki do spłacenia.

— Co byśmy powiedzieli o firmie, która w optymalnych warunkach rynkowych —a w takich dziś rozwija się nasza gospodarka — przynosi straty i planuje pożyczanie pieniędzy (w tym roku potrzeby pożyczkowe budżetu to 45-46 mld zł), by się utrzymać? Politycy mogą naobiecywać, że będzie lepiej, jednak tak czy inaczej to oni zadłużają społeczeństwo. A po kilku latach ich już nie ma, a dług i odsetki zostają — przypomina Marcin Mrowiec.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Bartosz Krzyżaniak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu