Prorocy i błazny w gospodarce

Kazimierz Krupa
opublikowano: 08-04-2002, 00:00

Niełatwo być prorokiem we własnym kraju — mówił mędrzec. I miał rację. A jeszcze trudniej, gdy tym krajem jest Polska.

Najlepszym dowodem na to, jak trudno być prorokiem w naszym kraju, jest fakt, że na przestrzeni ponad dziesięciu stuleci nie dochowaliśmy się żadnego. No, może do tej roli mógłby kandydować Kopernik — ale też nie wiem, czy byłaby pełna zgoda co do jego osoby. Mimo że wstrzymał słońce — ruszył ziemię, a może właśnie dlatego, nie jest postacią jednoznaczną. Dochowaliśmy się za to paru wieszczów, chociaż też nie ma jedności w poglądach co do ich liczby. Ale wieszczenie to jednak zupełnie inna dziedzina, w niej wielu naszych rodaków, od zawsze, było niezłych, a i dzisiaj paru potrafilibyśmy wskazać bez pudła.

Jak uczy historia, równie trudno jak prorokiem — jest być błaznem, dobrym błaznem. Takim, który wie co mówi, a nie mówi co wie. Ten bowiem, który mówi co wie, a nie wie co mówi, nie jest błaznem, tylko zwykłym durniem i plotkarzem. Jego postępowania nie cechuje dążenie do celu, a jedynie chęć wywołania zamieszania wokół własnej osoby. Jak trudno uchwycić różnicę, najlepiej świadczy fakt, że wielu się to pomyliło i myli dalej. W efekcie, uznanego błazna znamy z dawnej historii jednego (Stańczyka), a plotkarzy i durniów całe zastępy. I wciąż ich przybywa.

Z opisanych wyżej, i paru innych, powodów poszukiwanie polskiego Greenspana jest zajęciem tyleż żmudnym i wdzięcznym, co bezprzedmiotowym i bezowocnym. Aczkolwiek, kilka lat temu, funkcjonowało określenie „Greenspan w spódnicy” w kontekście Hanny Gronkiewicz-Waltz, prezes Narodowego Banku Polskiego i szefowej nowo powołanej Rady Polityki Pieniężnej. Nie dalej jak w roku ubiegłym polskim Greenspanem nazywali niektórzy profesora Leszka Balcerowicza. Były to jednak odniesienia bardziej do pełnionych funkcji, a mniej do roli i znaczenia tych osób dla gospodarki, finansów, ekonomii. Nawet biorąc pod uwagę celne: „znaj proporcje, Mocium Panie”.

Greenspanomania już kilka lat temu opanowała Stany Zjednoczone, a za nimi cały świat. Wraz z Greenspanem, i globalizacją, amerykański Zarząd Rezerwy Federalnej stał się wyrocznią w sprawach światowej koniunktury i finansów. Najpoważniejsi analitycy, z całą atencją, interpretują każde słowo i dowcip sir Alana, analizują jego życie seksualne po ślubie ze znacznie młodszą małżonką i jego wpływ na kondycję gospodarki światowej. Z grubości teczki, z jaką szef Fed udaje się do pracy (a tam obfitsze niż zwykle drugie śniadanie, które przyrządziła mu młoda żona), prognozują najbliższe decyzje i ich implikacje dla giełd całego świata.

Na drugim niejako biegunie można umieścić Hunów i różnych innych barbarzyńców. Wiadomo, że pierwszym stopniem wtajemniczenia w każdą dziedzinę jest umiejętność formułowania pytań. Gorzej, gdy ktoś nie potrafi ich formułować, a najgorzej — gdy nie widzi wręcz potrzeby ich formułowania. Wtedy mamy takie kwiatki jak pomylenie przez prezydenta Busha, podczas wizyty w Tokio, deflacji z dewaluacją i określone implikacje, nie tylko na rynku japońskim.

Sądzę więc, że wpływ zarówno proroków jak i błaznów, na nasze życie, gospodarkę, finanse należy traktować z niejakim dystansem i ostrożnością. Tym bardziej że weryfikacja proroctw i rodzaju błazeństwa (wie co mówi, czy mówi co wie) z reguły przychodzi dopiero po latach i często przynosi zaskakujące rezultaty. Jedno wszakże można powiedzieć ponad wszelką wątpliwość: bez jednych i drugich byłoby zwyczajnie nudno.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kazimierz Krupa

Polecane