Przecena bolesną nauką dla Polaków

Przemysław Kwiecień
opublikowano: 18-01-2008, 00:00

Rozwój sytuacji na warszawskim parkiecie zaskoczył nawet największych pesymistów. To, że w USA dzieje się nie najlepiej, staje się oczywiste. Po sporych stratach instytucji finansowych mamy coraz gorsze wskaźniki makroekonomiczne. I wreszcie szef Fed, mówi, że potrzebne będzie rozluźnienie polityki monetarnej i także zachęca kongres do nadania gospodarce impulsu fiskalnego. Ale przecież nawet w USA na giełdach nie ma dramatu. Indeksy tracą, ale umiarkowanie. Skąd zatem tak gwałtowne spadki w Warszawie?

Częściowo uzasadnia je to, że Polska wciąż należy do rynków rozwijających się. Z reguły tracą one bardziej w okresie globalnych turbulencji. Nie jest to jednak decydujący czynnik. Giełdy w Budapeszcie i Meksyku spadły w tym roku o połowę mniej niż polskie. A przecież Polska ma istotnie niższe ryzyko inwestycyjne. Owa sytuacja może zaskakiwać zwłaszcza klientów krajowych funduszy inwestycyjnych. Ta grupa „odpowiedzialna” jest w największym stopniu za panikę na GPW.

Cofnijmy się o kilkanaście miesięcy. W okresie hossy giełdowej na parkiecie nie było grupy graczy, którzy mogliby przyczynić się do większych spadków. Fundusze emerytalne na razie nie wypłacają emerytur, a ich portfele cały czas rosną od napływających składek. Dodatkowo portfele TFI pęczniały, korzystając na coraz bardziej powszechnym przekonaniu Polaków, że giełda jest niemal tak samo bezpieczna jak depozyt bankowy, a daje dużo większe zyski. W rezultacie fundusze przyczyniły się do sytuacji, w której wyceny spółek sięgnęły absurdu. Kiedy zagranica zaczęła się wycofywać i klienci zaczęli umarzać jednostki, kula śnieżna popędziła w drugą stronę. I choć można powiedzieć, że jest już tanio, zaryzykowałbym tezę, że fala umorzeń zepchnie ceny jeszcze niżej. Co ciekawe, miary statystyczne wskazują, że ostatnio giełda była bardziej ryzykowną inwestycją niż wiele instrumentów pochodnych opartych na notowaniach walut czy surowców.

Czy zatem mamy do czynienia z sytuacją anormalną? Uznałbym raczej, że kolejna grupa Polaków uczy się tego, jak funkcjonują rynki kapitałowe. W pierwszej połowie lat 90. byli to pierwsi odważni, którzy stojąc w kolejkach do POK, nauczyli się, że giełda nie jest magiczną maszynką do zarabiania pieniędzy, po tym jak ich akcje straciły 65 proc. wartości. Obecnie są to osoby traktujące TFI bardziej jako formę oszczędności niż inwestycji. Wielu z nich naiwnie wierzyło, że powierzenie oszczędności profesjonalistom w zasadzie gwarantuje osiągnięcie wysokich, historycznych stóp zwrotu, które widzieli w materiałach reklamowych. Trudno im zatem zrozumieć, w jaki sposób fundusz „stabilnego wzrostu” mógł w tydzień stracić prawie 10 proc. wartości. Jak pokazuje historia, nauka giełdy kosztuje słono.

Przemysław Kwiecień

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Przemysław Kwiecień

Polecane