Przechwycić stolicę - choćby na krótko

Jacek Zalewski
opublikowano: 26-01-2007, 00:00

Budowniczowie IV Rzeczypospolitej po „odzyskaniu” Narodowego Banku Polskiego czy Trybunału Konstytucyjnego (choć tylko częściowym) reagują bardzo alergicznie na pozostawanie pewnych obszarów szeroko rozumianego funkcjonowania państwa jeszcze poza ich zasięgiem.

Ogromnym stresem PiS była na przykład niemożność wpłynięcia na obsadzanie przez PO przewodnictwa komisji w Parlamencie Europejskim. Przypomnijmy, że licząca zaledwie 44 europosłów UEN (Unia na rzecz Europy Narodów), w połowie składająca się z ekipy PiS z koalicjantami, ma w Strasburgu znaczenie takie jak w naszym Sejmie poselskie kółka. Tak naprawdę liczą się tylko 277-mandatowa EPP-ED (Europejska Partia Ludowa/Chadecka i Europejskich Demokratów) oraz 217-mandatowa PSE (Grupa Socjalistyczna). Wczorajsza decyzja władz PO o postawieniu jednak na Jacka Saryusza-Wolskiego w Komisji Spraw Zagranicznych, oznaczająca obniżenie rangi Janusza Lewandowskiego w Komisji Budżetu z przewodniczącego na jej wiceszefa, podjęta została wyłącznie przez frakcję EPP-ED, a europosłowie PiS jedynie poszumieli medialnie.

Nieporównywalnie większym stresem władzy centralnej jest oczywiście utracenie stolicy. Dlatego braciom Kaczyńskim dosłownie z nieba spadło niepojęte w swojej nieodpowiedzialności niedopilnowanie terminów składania oświadczeń majątkowych — przez doktorów prawa, czyli samą Hannę Gronkiewicz-Waltz oraz mającego obowiązek doglądania tych spraw przewodniczącego Rady Warszawy Lecha Jaworskiego. Ich niefrasobliwość jest tym bardziej zdumiewająca, że zdają sobie sprawę, iż PiS tylko czyha na każde ich potknięcie proceduralne, umożliwiające przechwycenie władzy wykonawczej w stolicy choćby na dwa miesiące.

Warto przypomnieć, że prezydent Warszawy Lech Kaczyński złożył pisemną rezygnację i pożegnał ratusz 22 grudnia 2005 r., w przeddzień swego zaprzysiężenia jako głowy państwa. Ale uchwałę o przyjęciu tej rezygnacji Rada Warszawy opanowana przez PiS przetrzymała sporo ponad 30 dni i podjęła dopiero 8 lutego 2006 r., wtedy gdy weszła w życie przyjęta w anormalnym trybie nowela ustawowa, umożliwiająca nieprzeprowadzanie przedterminowych wyborów prezydenta. Radni PiS mieli „swojego” wojewodę, któremu ani w głowie było wzywanie Rady Warszawy do usunięcia naruszenia prawa ani tym bardziej ewentualne wydawanie zarządzenia zastępującego uchwałę. Szczytem hipokryzji PiS było wówczas frasowanie się kosztami wyborów. Notabene PO także stawiała wtedy tezę dokładnie odwrotną jak obecnie — że demokracja musi kosztować...

Jeśli skonfliktowane strony osiągnęłyby porozumienie, istnieje prosta ścieżka prawna rozwiązania problemu w całym kraju. Właściwe rady gmin, powiatów lub sejmiki podjęłyby uchwały o niestwierdzeniu wygaśnięcia mandatów spóźnialskich radnych czy burmistrzów, wojewodowie zaś pogroziliby radom palcem i stwierdzili tzw. nieistotne naruszenie prawa, bez unieważ-

niania wadliwych uchwał. W ten sposób PiS odniosłoby moralne zwycięstwo, pognębiłoby między innymi prezydenta

Warszawy — a z drugiej strony nie ro-

biłoby cyrku z powtarzaniem wyborów.

Jeśli jednak PO i PiS pójdą na udry,

to cała siła leży po stronie rządowej. Premier może na przykład rozwiązać organy Warszawy i ustanowić zarząd komisaryczny na okres do dwóch lat. Ba, w ekstremalnym przypadku Sejm może nawet do końca kadencji rozwiązać Radę Warszawy! Oczywiście takie skrajne rozwiązania obudowane są procedurami, ale wiadomo, że da się je radykalnie skrócić. I o tym powinna pamiętać Rada Warszawy, a także obaj spotykający się dzisiaj panowie, Jarosław Kaczyński i Donald Tusk.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy