Przedwojenni dostają, co chcą

Magdalena Graniszewska
opublikowano: 16-08-2011, 00:00

Deweloper kupił święty spokój. Takich przypadków jest coraz więcej

J.W. Construction zapłaciło reaktywowanej spółce, by zrezygnowała z roszczeń

Deweloper kupił święty spokój. Takich przypadków jest coraz więcej

W marcu giełdowe J.W. Construction (JWC) kupiło 8 ha terenu na warszawskiej Woli, przy ulicy Kasprzaka. Wartość transakcji była niebagatelna — sięgnęła 174 mln zł. Jak dowiedział się "PB", przy okazji transakcji zarobili nie tylko doradcy. Niemała kwota trafiła również do jednej z reaktywowanych przedwojennych spółek, która rościła sobie prawa do gruntu.

Płacą miliony…

— Nie wiem, czy roszczenia tej spółki były słuszne czy niesłuszne. Ważne było dla mnie, by przy transakcji o tak dużej wartości pozbyć się nawet śladowych roszczeń, które mogłyby być dla nas problemem w przyszłości. Gdyby chodziło o transakcję rzędu 15-20 mln zł, pewnie nie zgodziłbym się na ugodę — mówi Józef Wojciechowski, prezes i właściciel J.W. Construction.

Nie udało nam się dowiedzieć, o którą przedwojenną spółkę chodzi. Można jednak przypuszczać, że to spadkobierca Towarzystwa Fabryki Maszyn Gerlach i Pulst, które przy ul. Kasprzaka miało zakład produkujący ciężkie maszyny, młoty parowe i frykcyjne, prasy hydrauliczne, a także pełne wyposażenie warsztatów dla fabryk i hut. Najwyraźniej próbowali odzyskać majątek.

— Generalnie uważam, że to dość niebezpieczny proceder. Ale ryzyko musiało zniknąć — twierdzi Józef Wojciechowski.

— Nie szokuje mnie, że spółka publiczna zawiera ugodę z podmiotem, by uniknąć w przyszłości potencjalnych roszczeń. Kupuje sobie święty spokój — komentuje Raimondo Eggink, doradca inwestycyjny i zawodowy członek rad nadzorczych.

Kwota, która trafiła do przedwojennej spółki, jest tajna. Osoby powiązane ze stronami wskazują, że może chodzić o kilka milionów złotych, ale raczej mniej niż 5 mln zł. Płacił zarówno kupujący, czyli JWC, jak i sprzedający, czyli VIS Investments.

Propozycje takich porozumień pojawiają się na rynku coraz częściej.

— Co ja będę pani opowiadał — kwituje Józef Wojciechowski.

…by mieć spokój…

Tendencję potwierdza Magdalena Kowalska-Jędrzejowska, prawniczka reprezentująca kilka reaktywowanych przedwojennych spółek. Przyznaje, że ze względu na długotrwałe procedury sądowe, jej działania przeniosły się ostatnio na grunt bezpośrednich rozmów z dzisiejszymi właścicielami aktywów, które kiedyś były własnością reprezentowanych przez nią spółek.

— Proponujemy inwestorom ugody. To polubowne rozwiązanie potencjalnego problemu z ustaleniem prawa własności do danego aktywa. Dla reprezentowanych przeze mnie spadkobierców przedwojennych właścicieli to korzystna opcja, ponieważ mają często 90 lat i nie chcą czekać na rozstrzygnięcie spraw w sądzie. Dla dzisiejszych właścicieli to też korzystne, ponieważ ugoda likwiduje niepewność co do przyszłych rozstrzygnięć sądowych. Nie ukrywam, że wolę polubowne rozwiązanie sprawy — wyjaśnia Magdalena Kowalska-Jędrzejowska.

…ale kontrowersje żyją

Reaktywowane przedwojenne spółki od dawna budzą kontrowersje. Szczególnie głośno było o nich na przełomie 2009 i 2010 r., kiedy kilka z nich ogłosiło zamiar wejścia na giełdę, by zdobyć pieniądze na dochodzenie roszczeń (patrz: "PB" z 2 grudnia 2009 r.). Takie plany miało m.in. Warszawskie Towarzystwo Fabryk Cukru i Modrzejów-Hantke Zjednoczone Zakłady Górniczo-Hutnicze (obie spółki reprezentuje Magdalena Kowalska-Jędrzejowska).

Kontrowersje budziła m.in. legitymacja dzisiejszych właścicieli spółek do dochodzenia roszczeń. Leszek Koziorowski, partner w kancelarii Gessel i jednocześnie znany kolekcjoner historycznych papierów wartościowych, zwracał uwagę na fakt, że w tych spółkach przedwojenne akcje stanowią zwykle ułamek procentu obecnego kapitału zakładowego. Reszta to akcje "współczesne", obejmowane przez współczesnych akcjonariuszy w drodze podwyższeń kapitału zakładowego.

— W praktyce oznacza to, że przedwojenni właściciele akcji zostali "wywłaszczeni", a spółką rządzą osoby trzecie. Czy powinno się zwracać majątek komuś, kto nie ma nic wspólnego z przedwojennymi akcjonariuszami, ale reaktywował spółkę, podwyższył jej kapitał i teraz liczy na zrobienie dobrego interesu? — pytał wtedy retorycznie Leszek Koziorowski.

Z planów giełdowych przedwojennych spółek ostatecznie nic nie wyszło, bo krytycznie patrzyła na nie Komisja Nadzoru Finansowego i sama Giełda Papierów Wartościowych. Ostrzegały inwestorów przed inwestowaniem w firmy nieprowadzące działalności operacyjnej.

Przedwojenne firmy znalazły więc inną drogę — ugodową. Jak pokazuje przykład transakcji JWC — skuteczną.

okiem eksperta

To wina państwa

Mirosław Szypowski, prezes Polskiej Unii Właścicieli Nieruchomości

Jestem zdziwiony, że dzisiejszy właściciel nieruchomości zgodził się zapłacić potencjalnym spadkobiercom. To oznacza, że musiał coś mieć na sumieniu. Przypadki skutecznego odzyskania aktywów są przecież szalenie rzadkie.

Popieram próby odzyskiwania majątku przez spadkobierców przedwojennych właścicieli, o ile nie wchodzą w grę żadne machinacje. Rzeczywiście, widoczne jest zjawisko reaktywowania przedwojennych spółek, ale czasem można się zastanawiać, co one realnie mają wspólnego z tymi przedwojennymi podmiotami, na które się powołują. Czy akcjonariat lub zarząd jest podobny?

Należy jednak pamiętać, że wszelkie wątpliwości w tej kwestii i tak są winą państwa, które do dziś nie jest w stanie uporać się z kwestią reprywatyzacji. To hańba.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Magdalena Graniszewska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy