Przystanek pełen dylematów

Marcin Bołtryk
30-05-2008, 00:00

C70 znieczula na cudze cierpienie. Na własne też. Daje perwersyjną przyjemność z jazdy — i wcale mi się nie podoba. Podoba się szefowi.

Wyobraź sobie: noc, jedziesz samotnie samochodem. Mijasz przystanek i widzisz troje ludzi czekających na autobus. Na ławce siedzi staruszka — po- trzebuje szybkiej interwencji lekarskiej, obok twój przyjaciel, który kiedyś uratował ci życie. I jeszcze kobieta o anielskiej urodzie. Dokładnie w twoim typie. Taka, o której zawsze marzyłeś. Sęk w tym, że pomysłodawca zagadki ustalił regułę. Nieważne, na ile osób jest zarejestrowany samochód, ważne, by podróżowały nim tylko dwie. Kogo zatem zabierzesz? Przed takim etycznym problemem zostali postawieni kandydaci na stanowisko menedżerskie w pewnej firmie.

Gdybanie (etyczne)

Jedni chcieli zabierać umierającą staruszkę i próbować ratować jej życie — gest szlachetny, ale pracy nie dostali. Inni, przepełnieni wiarą w siłę lojalności, deklarowali chęć zabrania przyjaciela. Lojalność tego rodzaju to cnota, ale nie w tej firmie — usłyszeli. Każdemu jednak przewijała się myśl, że niezależnie od tego, czy będzie ratować życie staruszki, czy realizować zapisy kodeksu przyjaźni, już nigdy nie ujrzy niewiasty — wymarzonej mi- łości.

Kandydat, którego przyjęto do pracy (jedyny z ponad dwustu, którzy się zgłosili), nie miał wątpli- wości, gdy udzielał odpowiedzi:

— Kogo bym zabrał? To proste. Dałbym kluczyki przyjacielowi — z prośbą, by zabrał staruszkę jak najszybciej do szpitala. A sam zostałbym na przystanku i z kobietą mych marzeń zaczekałbym na autobus... — odparł — i dostał pracę.

Gdyby od rozwiązania podobnego dylematu zależała posada wielu szefów, prawdopodobnie nie ostaliby się na stanowisku. Dlaczego? Bo w swoim wyobrażeniu opisanej sytuacji przejeżdżaliby obok przystanku nie jakimś tam samochodem — mknęliby zapewne volvo, z dużym prawdopodobieństwem: C70. A wtedy nie tylko nie stanęliby przed moralną zagadką, ale nie zauważyliby w ogóle przystanku, pochłonięci bez reszty czerpaniem przyjemności z prowadzenia. A za co można volvo wielbić? Za masywność, moc, prostotę, bezpieczeństwo, precyzję i klasę. A ja? Ja nie lubię tej marki za… dokładnie to samo.

Kaszlący święty

Zachciało mi się kabrioletu w czerwcowej „Business Class”. Bo sezon, słońce i poczucie wolności. Zbiegiem okoliczności (nikt inny nie był w stanie użyczyć mi cabrio w interesującym mnie terminie) padło na volvo C70. Na początku kwietnia. Zimno. A do tego gaszące zapał, moje nieco negatywne nastawienie do marki. Efekt?

Teraz, choć już słońce przygrzewa, siedzę i piszę tekst, w którym przedstawiam własne zdanie na temat wszelakich volvo, a zza ściany dobiega mnie złowrogie: „Nie kaszl!”. Kaszlę, bo jeździłem bez dachu chłodną kwietniową nocą w poszukiwaniu przystanków autobusowych pełnych dylematów. Ot, co!

Najnowsze C70 zawitało do salonów samochodowych w 2006 roku. Auto wykorzystuje płytę podłogową volvo S40/V50, trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że jest większe. I rzeczywiście: wystarczy przestudiować kilka „informacji prasowych”, by owo wrażenie zmieniło się w rzeczową wiedzę. C70 ma zwiększony rozstaw kół i jest szersze od S40 o całe 5 cm. Zbudowano je też większe od poprzednika. Słowem, auto jak ulał pasuje do teorii o nieustannym rozszerzaniu się wszechświata i dodatkowych centymetrach w kolejnych wcieleniach modeli aut.

Pierwszą odsłonę C70 utrwalił na rynku Święty. Nie chodzi oczywiście o św. Piotra czy Antoniego, ale postać Simona Templara, uroczego złodzieja, wykreowaną przez Vala Kilmera w filmie „Święty” z 1997 r. (wcześniej w słynnym serialu grał go Roger Moore). Simon, ten z kinowego filmu, zmieniający tożsamości częściej niż ja samochody, poruszał się volvo C70. Podobał mu się. Mnie — mniej. Ale jestem pewien, że nowe wcielenie C70 podobałoby się Templarowi jeszcze bardziej. Auto po prostu lepiej się przystosowuje do zmiennych warunków. Konstrukcja twardego składanego dachu pozwala volvo odnaleźć się na każdym kontynencie i każdym klimacie. Również w polskiej, zimnej, wczesnej wiośnie. To dlaczego kaszlę?

Magia bagażu

C70 należy do grupy największych kabrioletów z twardym dachem. Na pokład zabiera cztery osoby. Szwedzcy projektanci zaczęli od narysowania eleganckiego coupé, a dopiero potem martwili się, jak przerobić go na cabrio. Stąd prawidłowe proporcje, rzadko spotykane w autach coupecabrio — tył nie wygląda jak owadzi odwłok, a z przodu nie brakuje agresji i szyku. Składamy dach: trzeba na- cisnąć guzik, odczekać 30 sekund i po kłopocie — zbudowany z trzech części sufit znika w bagażniku. Zaraz, jeszcze bagaże! A kufer wypełnia dach. No i co dalej? Tu w odwodzie przybywa technika i jeden czerwony guzik. Klik — i części dachu lekko się unoszą. Miejsca nie ma zbyt wiele, ale 200 litrów wystarczy, by upchnąć kilka rzeczy. Normalnie kanada!

Wskakuję za kierownicę. Bardzo wygodne fotele i deska rozdzielcza, żywcem przeszczepiona z S40. Kierownica reguluje się w dwóch płaszczyznach, łatwo zająć wygodną pozycję. Wrzucam jedynkę i puszczam sprzęgło. No tak — typowe volvo! Trzeba się nieco przyzwyczaić do nagłego działania lewego pedału. Wyciągam rękę, by zapiąć pasy, ale szybszy był brzęczyk ostrzegawczy. 1:0 dla volvo. W C70 jest tak bezpiecznie, że może się od tego zakręcić w głowie. Wzmocniona karoseria, otwierające się razie wywrotki pałąki, sześć poduszek powietrznych i systemy stabilizujące tor jazdy itd., itp. Cóż, C70 to najbezpieczniejszy (obok saaba 9-3) kabriolet na świecie — według Euro NCAP.

Wsiadłem, rozgościłem się. Silnik pracuje. To co? Otwieramy dach. Co z tego, że zimno i zanosi się na deszcz. Pstryk! Jest w tym coś magicznego. Stalowe niebo, wiatr pieszczący czubek głowy. Poczucie przestrzeni. Nawet w zakorkowanej Warszawie. Jakoś tak przestronniej się zrobiło. Ikarus „oddycha” prosto na mnie, ludzie z politowaniem pukają się w głowy.

Przyspieszam, po części, by zostawić w tyle litościwe spojrzenia, po drugie, by usłyszeć szum ciętego powietrza. Zaraz, jaki szum? Nawet przy 140 km/h wiatr nie jest dokuczliwy. Dokuczliwe okazało się kaszlnięcie (moje, nie auta).

Po godzinie czuję, że skóra na twarzy zaczyna zmieniać kolor. Nic dziwnego, na termometrze 7 stopni. Zatrzymuję się i kaszląc, po raz drugi, zamykam dach. Volvo górą! Twardy dach ma solidną izolację dźwiękową i termiczną. Dlatego można nim jeździć i w Szwecji, i tam, gdzie temperatura sięga 50 stopni.

Ich pięciu i turbo

Dopiero teraz, kaszląc aż miło, doceniam możli- wości chrapliwego, 230-konnego pięciocylindrowca. Kiedy sprężarka zaczerpnie powietrza, a silnik nabierze obrotów, mamy do dyspozycji 320 Nm. Wtedy fotele zaczynają się wrzynać w plecy. A przyjemność przyciskania pedału przyspieszenia bliska jest perwersji. Szeroki rozstaw kół gwarantuje stabilność na zakrętach — i to mimo zawieszenia bardziej miękkiego niż w S40. Szkoda tylko, że układ kierowniczy pracuje zbyt lekko. Nowemu C70 nawet w najmocniejszej wersji — T5 — bliżej do komfortowej limuzyny niż do auta sportowego. Do skrzyni ręcznej nie można się przyczepić, choć do najlepszych jeszcze jej trochę brakuje.

W ogóle: nie za bardzo jest się do czego przyczepić. Przyspieszenie i dźwięk silnika dodają animuszu, jakość materiałów bez zastrzeżeń, z dachem dobrze, bez — jeszcze lepiej. Volvo C70 nie jest złym autem. Z bólem muszę się z tym zgodzić. Ale po prostu nie trafia w mój gust. Dla mnie jest za bezpieczne, zbyt ociężałe. Plus należy się za praktyczny, składany dach, wysoki komfort jazdy, ilość miejsca na tylnych fotelach — sporo na tego typu auto. Duży plus za brzmienie 5-cylindrowego silnika, trochę mniejszy (ale jednak) za dynamikę. Minus? Niewielki bagażnik przy złożonym dachu (to po części minus każdego coupecarbio) oraz układ kierowniczy skutecznie „ukrywający” przed kierowcą informacje przekazywane przez koła.

Być może, gdy już będę szefem (będę, prawda?), volvo C70 mknące ulicą wywoła u mnie przyspieszone bicie serca. Tymczasem (wracając do historyjki z początku) oddałbym kluczyki przyjacielowi — niech zabiera babinkę i piękność na przejażdżkę. A ja w samotności i spokoju pokaszlałbym sobie… bez wypominania.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Przystanek pełen dylematów