Ptaszek maluje ubrania

AGNIESZKA RODOWICZ
27-04-2017, 22:00

Nie myślała o karierze projektantki mody. Od kilkunastu lat Monika Ptaszek szyje jednak ubrania. I z powodzeniem je sprzedaje.

zZawsze malowała, rysowała, fotografowała i interesowała się sztuką.

Szlachetna prostota.
Zobacz więcej

Szlachetna prostota.

Ubrania Moniki Ptaszek wyróżniają się surową formą. Projektantka lubi rockowe klimaty i sport, co znajduje odzwierciedlenie w jej kolekcjach. Ceni też różnorodność, stąd niestandardowe łączenie tkanin.

— Ale nie szyłam ubranek dla lalek czy misiów. Nie dostałam się też na ASP w Łodzi — wspomina Monika Ptaszek. Zdecydowała się na anglistykę. Poszła na egzamin, popatrzyła na towarzystwo i stwierdziła, że się tam nie widzi. Wyszła. I zupełnie nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Nie pamięta już, jak się dowiedziała o Szkole Artystycznego Projektowania Ubioru (SAPU) w Krakowie — jednej z pierwszych prywatnych uczelni artystycznych w Polsce.

— Byłam chyba w drugim roczniku, który kończył tę szkołę. Teraz przyjaźnię się z całą profesurą, która mnie oblała na ASP w Łodzi. Bo tych samych wykładowców spotkałam w Krakowie — opowiada projektantka.

Fach w ręku

Cztery lata w SAPU rozwinęły ją artystycznie.

— Były zajęcia z malarstwa, rysunku, historii sztuki. Dowiedziałam się, skąd czerpać inspiracje. Ale podchodziłam też do sprawy jak rzemieślnik. Chciałam się nauczyć fachu — mówi Monika Ptaszek. Jeszcze się ucząc, załatwiła sobie praktyki w łódzkiej Telimenie, potem w Hexeline. Po szkole znalazła pracę w nieistniejącej już firmie Ola Styl Studio. Pracowały tam doświadczone krawcowe i konstruktorzy. Jako asystentka projektanta dużo się nauczyła.

— Ale najwięcej doświadczenia zdobyłam w Modeście. To jedna z lepszych łódzkich firm produkujących odzież damską. Przez cztery lata uczyłam się technologii, konstrukcji, szycia.Jeździliśmy na targi mody, wybieraliśmy tkaniny, akcesoria — wspomina projektantka. Podczas praktyk i pracy w firmach odzieżowych spotkała ludzi, którzy pomogli jej potem na różnych etapach kariery. W Ola Styl Studio na przykład poznała przedstawicielkę francuskich firm Darqer i Noyon, produkujących koronki dla Diora i Galliano.

— Dzięki tej znajomości jeździłam do tych fabryk, przywoziłam koronki i szyłam z nich swoje kolekcje. Głównie damskie — opowiada Monika Ptaszek. Kiedy jeszcze studiowała, zauważyła ją Dorota Wróblewska, producentka pokazów, programów, widowisk modowych, i zaprosiła do konkursu Oscary Mody.

— Zajęłam wtedy trzecie miejsce. Dorota do dziś zaprasza mnie na wszystkie swoje pokazy — mówi właścicielka marki Ptaszek.

Ucząc się i pracując w firmach odzieżowych, projektowała i szyła własne kolekcje. Sprzedawała je w Warszawie w pierwszych sklepach z ubraniami polskich projektantów. Później poznała krawcową, z którą współpracuje do dziś.

— Nie szyję w szwalniach, nie robię dużych produkcji, tylko unikatowe kolekcje. Każdy model w kilku sztukach — wyjaśnia swój styl pracy Monika Ptaszek.

Telewizja i mężczyźni

Poznała kiedyś Krystynę Kurek, producentkę z telewizji. Szyła potem dla niej przez lata sukienki na różne okazje.

— Któregoś dnia zadzwoniła do mnie z prośbą o kolejną. Zapytała, co słychać. Zdradziłam, że nie chce mi się już pracować dla firm odzieżowych — wspomina Monika Ptaszek.

Następnego dnia zatelefonował do niej producent teledysku Edyty Górniak. Tak zaczęła karierę kostiumolożki i stylistki. Siedem lat pracowała w Warszawie prawie we wszystkich telewizjach. Dojeżdżała z Łodzi, pomieszkiwała w stolicy. Pracowała przy teledyskach, reklamach. Nawet przy orędziu prezydenckim. Projektowała ubrania między innymi dla Maciejów Roka i Dowbora. Kiedyś spytali: Może byś zrobiła męską kolekcję?

— Pomyślałam: czemu nie. W ten nieco przypadkowy sposób odkryłam, że zdecydowanie wolę robić ubrania męskie — wyjaśnia Monika Ptaszek.

W 2009 r. w warszawskim Koneserze odbył się pierwszy pokaz jej męskiej kolekcji. — Dzięki pieniądzom zarobionym w telewizji stać mnie było na zorganizowanie sobie takiego pokazu bez sponsorów. Realizowała go Katarzyna Sokołowska, największa polska choreografka od pokazów, którą poznałam w Modeście — opowiada projektantka. Potem zaproszono ją na łódzki Fashion Week, gdzie do dziś co pół roku pokazuje kolejne kolekcje. Później był Fashion Week w Lizbonie. Następnie powstała internetowa platforma Showroom, która wypromowała markę w internecie, ale nie bardzo sprzedawały się tam męskie rzeczy. Zaczęła więc też szyć kolekcję damską. Nadal pracowała w telewizji.

— Produkcji było mnóstwo, poznawałam świetnych ludzi, dużo zarabiałam. Aż pewnego dnia w 2009 r. poczułam, że już nie mogę. Wypaliłam się, zmęczyłam. Postanowiłam wrócić do Łodzi i zająć tylko swoimi kolekcjami — mówi projektantka.

Ubranie jak obraz

Zawsze projektuje ubrania w podobnym stylu. Bawi się tkaniną, dzianiną, fakturami. Farbuje, odbarwia, niszczy. Lubi nietypowe połączenia (z francuskich koronek szyła na przykład sportowe bluzy), proste formy, kroje, konstrukcje.

— Wolę kolekcje zimowe. Bardziej lubię zabawy tkaninami niż krojem. Dlatego projektując stroje na lato, zawsze trochę się męczę — przyznaje Monika Ptaszek.

Woli też zdecydowanie prosty, surowy charakter mody męskiej. Używa bawełny, pianek, neoprenów i jedwabi, wełny, skóry naturalnej i sztucznej, drukowanych poliestrów… Z łódzkich hurtowni i zza granicy.

— Lubię różnorodność. Łączę siepiącą się wełnę z dzianiną. Ale jednocześnie cenię stare, dobre krawiectwo. Używam rękawówki, dobrej jakości tkanin na podszewki — twierdzi Monika Ptaszek. Projektuje cztery duże kolekcje w roku, zawierające około 20 sylwetek damskich i 10 męskich. Każda sylwetka składa się z 2-4 części. Robi też dużo minikolekcji z okazji targów Hush, Grand Bazar, Slow Fashion. Nie wstawia ich nawet do internetu, tylko zabiera na targi albo sprzedaje w pracowni. Wisi tam też jej biało-czarna i farbowana kolekcja Basic, którą systematycznie rozbudowuje. Produkuje także biżuterię, paski, torby — równie surowe w formie jak ubrania. Wszystko powstaje w pojedynczych egzemplarzach, najwyżej 5-10 sztukach. Pojedyncze projekty wstawia do internetu, sklepów lub szyje na zamówienie.

— Bardzo lubię sprzedawać ubrania na targach, bo poznaję wtedy klientki, a one mnie. Dowiaduję się, co się im podoba, co mniej. Widzę, że zestawiają ubrania w sposób, jaki mi nie przyszedłby do głowy. Po powrocie z targów jestem zawsze naładowana pozytywną energią i mam wielką chęć, by robić nowe rzeczy — opowiada Monika Ptaszek. Lubi nieco undergroundowy tryb pracy. Nie widzi się jako projektantka marki z siecią sklepów. Bardziej odpowiada jej bezpośredni kontakt z klientami i robienie pojedynczych egzemplarzy.

— Każdy z moich długich tiszertów jest nieco inny, bo robię je ręcznie, sama farbuję. To trochę jak malowanie obrazów. Wyżywam się artystycznie i nieźle z tego żyję. Od początku zarabiałam na swoich rzeczach. Zawsze się sprzedawały, były doceniane. Ale bardzo dużo pracowałam i pracuję. Zarobione pieniądze inwestuję w firmę — wyjaśnia projektantka.

Praca popłaca

Ostatnia jej większa inwestycja to pracownia w Pasażu Lido w Łodzi. 120 mkw. w dawnych zakładach dziewiarskich sporo kosztuje. Wcześniej miała pracownię w domu.

— Ale ta fabryka ma świetną energię i pozytywnie mnie nakręca. Mam tu nowe pomysły, pojawiają się nowi ludzie, więc to też inwestycja w rozwój — dowodzi Monika Ptaszek. Nie oszczędza na sesjach zdjęciowych, profesjonalnych modelkach. — Nigdy nie liczyłam, ile w sumie zainwestowałam w to przedsięwzięcie. Na pewno bardzo dużo. Bardzo mi pomogło, że pracowałam jako kostiumolog. Zarabiałam wtedy olbrzymie pieniądze, a bez nich nie da się robić mody. Na przykład kolekcji pokazowych, które nie bardzo się sprzedają w Polsce, a są bardzo kosztowane — mówi Monika Ptaszek. Inspiruje ją wszystko, ale najbardziej tkaniny. W pracowni ma ich mnóstwo.

— Zawsze interesują mnie najmniejsze belki, bo im mniej materiału, tym bardziej limitowane serie mogę zrobić. Klienci to doceniają. A i mnie to cieszy — twierdzi projektantka. Zazwyczaj najpierw znajduje tkaninę, a potem pojawia się pomysł, co z niej zrobić. Czasami mijają dwa lata, zanim coś ją olśni. Bywa, że siedzi godzinami i nic nie przychodzi jej do głowy. Kiedy indziej podczas jazdy samochodem pomysły pojawiają się jeden za drugim. Inspirują ją schody do pracowni i podróże, filmy, obrazy, teledyski, muzyka, klimat, ludzie, rozmowy z nimi… Na początku kwietnia pokazała nową męską kolekcję. Panowie domagali się jej od dawna, bo w Polsce nie ma wielu ubrań dla mężczyzn. Pod koniec miesiąca Monika Ptaszek po raz pierwszy zaprezentowała też kolekcję ślubną. — Od dawna o tym myślałam, długo zbierałam tkaniny i w końcu kiedy Dorota Wróblewska zaprosiła mnie na pokaz w Krakowie, uznałam, że to dobra okazja, żeby zrobić ubrania ślubne. Z koronki. W wersji damskiej i męskiej — opowiada Monika Ptaszek.

Ma bardzo różne klientki — prezeski firm, aktorki, studentki. Łączy je zainteresowanie modą i zabawa nią. Wszystkie chcą mieć rzeczy niestandardowe. Są świadome siebie i tego, co chcą ubraniem pokazać. I odpowiada im styl Moniki Ptaszek, która lubi rockowe klimaty i sport. Szczególnie crossfit, boks i ukochany surfing. Zrobiła nawet kiedyś kolekcję inspirowaną tym sportem. Teraz wszyscy ją męczą, by uszyła całą sportową linię.

— Ale to duże wyzwanie. Potrzebne są zupełnie inne tkaniny. Inaczej się je szyje. Na pewno kiedyś to zrobię, ale musiałabym mieć więcej czasu — deklaruje projektantka. Na razie tego brakuje jej najbardziej.

— Moje stroje bardzo się podobają za granicą. Ale nie mam czasu, by zająć się poważnie eksportem. Wiele osób mnie pyta, czy nie chciałabym mieć butiku w Warszawie, rozkręcić firmy? Nie chciałabym. Lubię pracować, tworząc unikatowe modele. Daje mi to i satysfakcję, i pieniądze — odpowiada Monika Ptaszek. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: AGNIESZKA RODOWICZ

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

/ Ptaszek maluje ubrania