Raport tygodniowy Gold Finance: Korekta stała się faktem

Roman Przasnyski
opublikowano: 02-11-2009, 14:20

Długo oczekiwana korekta stała się faktem. Nadeszła w momencie, gdy najmniej się jej spodziewano. Byki były pewne, że  ustanowienie przez główne indeksy w poprzedni piątek rekordu trwającej od lutego fali wzrostowej otwiera drogę do kontynuacji zwyżek.

Już początek tygodnia rozwiał te nadzieje. Po trzech spadkowych sesjach powróciły jeszcze na moment w czwartek, gdy okazało się, że amerykańska gospodarka wzrosła w trzecim kwartale o 3,5%. Radość trwała jednak bardzo krótko i już w piątek nie było złudzeń. Indeks szerokiego rynku stracił w ciągu pięciu sesji 4,56%, a WIG20 zniżkował
o 5,7%. To był najgorszy tydzień dla indeksu blue chipów w całej ośmiomiesięcznej wzrostowej sekwencji. WIG zaliczył spadek największy od początku września. Pocieszenia trudno szukać w obrotach, bo te nieznacznie wzrosły. Nie było też jednak widać oznak bardziej zdecydowanej wyprzedaży, jedynie „spokojne” i wyważone zamykanie pozycji. Po okresie względnej słabości znów lepiej zachowywały się wskaźniki małych i średnich spółek. Nie oparły się spadkom, ale ich skala była znacznie mniejsza niż w przypadku głównych indeksów. mWIG40 stracił 2,56%, a sWIG80 zniżkował jedynie o 1,44%. W ich przypadku zniżki odbywały się przy obrotach znacznie mniejszych niż poprzednio.

Przegląd „dokonań” subindeksów branżowych wskazuje, że zdecydowanie najgorzej wypadła telekomunikacja. Wskaźnik tej branży zniżkował aż o 8 proc.

To największy tygodniowy spadek od... końca października ubiegłego roku. Historia się powtarza - można by powiedzieć. Tyle tylko, że nieco odmienna jest sekwencja zmian. Dwanaście miesięcy temu 8 proc. spadek kończył czarną serię siedmiotygodniowego pogromu, w wyniku którego indeks stracił 26 proc. Z tego 23 proc. przypadło na ostatnie cztery tygodnie. Ostatni tydzień października 2008 r. przyniósł odreagowanie tego spadku aż o 9,75% i stabilizację wskaźnika na niskim poziomie, trwającą przez siedem miesięcy. Teraz najpierw mieliśmy do czynienia z potężnym, 12% wzrostem wartości wskaźnika
w poprzednim tygodniu, po którym nastąpiła 8% „korekta”. Ten przykład najlepiej obrazuje zmienność i ryzyko, charakterystyczne dla rynku akcji, skalę emocji i „fundamentalnych” oraz interpretacyjnych pułapek, czyhających na inwestorów.

Te wahania to oczywiście zasługa głównie jednej firmy. Dynamiczny wzrost kursu akcji Telekomunikacji Polskiej z poprzedniego tygodnia był w znacznej mierze uzasadniony i częściowo racjonalny. W końcu, po wielomiesięcznych sporach i przepychankach, doszło do podpisania porozumienia między spółką a Urzędem Komunikacji Elektronicznej. Firma uniknęła podziału na dwie części. Kilka dni później rozczarowała jednak wynikami i w ciągu trzech sesji kurs zjechał w dół o prawie 8 proc.

Drugim najsilniej tracącym był indeks WIG Banki, którego wartość została zredukowana o ponad 5 proc. To chyba zasługa tego, że większość jego uczestników to spółki duże. Właśnie z tego względu najbardziej ucierpiały - w skali porównywalnej z przeceną indeksu największych firm. Wskaźnik firm budowlanych stracił 3,4 proc., a spółek informatycznych zniżkował o 1,5 proc. Najlepiej poradziły sobie firmy spożywcze, których wskaźnik spadł o zaledwie 0,75 proc.

Mimo silnych spadków w trakcie ostatnich sesji, obraz rynku nie pogorszył się aż tak bardzo, by można się było spodziewać jedynie najgorszego scenariusza. Jest spore prawdopodobieństwo, że korekta na naszym rynku jeszcze się pogłębi, ale trudno już teraz przesądzać o końcu wielomiesięcznej tendencji wzrostowej. Po kilku tygodniach ochłodzenia nastrojów ma ona szansę na kontynuację.

Europa

Główne europejskie parkiety okazały się znacznie bardziej wrażliwe na korektę niż pozostałe rynki na świecie. Niemiecki DAX stracił niemal 7 proc., francuski CAC40 spadł o ponad 6 proc., a londyński FTSE o ponad 5 proc. Czynniki lokalne nie miały w ich przypadku zbyt dużego znaczenia. Indeksy silnie reagowały na to, co działo się za oceanem. Piątkowa przecena przybrała naprawdę poważne rozmiary. Spadki o ok. 3 proc. mogły zrobić wrażenie. Inwestorzy we Frankfurcie słabo i krótko cieszyli się z nieoczekiwanego spadku bezrobocia w Niemczech z 8,2 do 8,1 proc. Ta optymistyczna informacja szybko „zrównoważona” została pierwszym od dwunastu miesięcy spadkiem wskaźnika zaufania niemieckich konsumentów. Wskaźnik zaufania konsumentów we Francji nieznacznie zwiększył swoją wartość, głównie w efekcie spadku cen energii i cięć podatkowych, dzięki czemu Francuzi poczuli ulgę w swych portfelach. Nic dziwnego, że i niemiecki rząd zapowiedział obniżenie podatków dla swych obywateli. Z tego tytułu ma trafić do ich kieszeni 24 mld euro. Zdaniem kanclerz Angeli Merkel tylko większe wydatki konsumentów mogą wyciągnąć Niemcy z największej recesji po II wojnie światowej. Nie zanosi się jednak, by polscy konsumenci byli tak doceniani przez swój rząd. Ale trzeba przyznać, że Merkel ma łatwiej niż Tusk. Grupa 44 najzamożniejszych Niemców wystosowała do rządu petycję, w której przekonują panią kanclerz do wprowadzenia podatku dla... najbogatszych. Takie rzeczy możliwe są chyba tylko w Niemczech.

W kategoriach ewenementu należy też patrzeć na stosunkowo niezłe zachowanie indeksu giełdy londyńskiej. Zniżkował on najmniej spośród wskaźników trzech głównych parkietów Europy, mimo bardzo złych danych płynących z tamtejszej gospodarki. PKB Wielkiej Brytanii skurczył się w trzecim kwartale o 0,4 proc., po wcześniejszym spadku
o 0,6 proc. Dane te były zaskoczeniem dla ekonomistów, którzy spodziewali się wzrostu o 0,2 proc. To szósty z rzędu kwartał spadku i najdłuższa seria od 1955 r. W ujęciu rocznym PKB zmniejszył się o 5,2 proc., podczas gdy prognozowano spadek o 4,6 proc.

Wykresy wszystkich trzech indeksów głównych giełd wyglądają fatalnie. Znajdują się poniżej poprzedniego dołka z początku października i wygląda na to, że „bez trudu” mogą znaleźć się wkrótce „piętro niżej”, czyli w okolicach dołka z początku września.

Na giełdach naszego regionu sytuacja nie jest aż tak bardzo jednoznaczna. Liderem spadków był moskiewski RTS, który stracił ponad 7 proc. i to mimo nie najgorszej sytuacji na rynkach surowcowych. Rosyjski bank centralny obniżył główną stopę procentową z 10 do 8,5 proc. i była to już ósma z rzędu redukcja kosztu kredytu. Zdaniem przedstawicieli rosyjskiego banku centralnego, poprzednie nie odniosły spodziewanego efektu, więc kontynuacja tej serii jest bardzo prawdopodobna. Gospodarka Rosji w III kwartale skurczyła się o 9,4 proc. Zagrożeniem dla niej jest też umacnianie się rubla, któremu bank centralny stara się zapobiec, dokonując interwencji na rynku walutowym. W październiku kupił waluty obce za 11 mld USD.

Tamtejsze koncerny osiągają nie najlepsze wyniki i mają potężne zadłużenie. Źródeł jego refinansowania trudno im będzie szukać w Rosji. Kolejnym przykładem może być aluminiowy potentat Rusal. W ubiegłym roku poniósł on straty w wysokości prawie 6 mld dolarów,
w pierwszym półroczu tego roku wynosiły one 0,75 mld USD, a jego zadłużenie sięga 16 mld dolarów. Koncern zabiega, by jego akcje objęły państwowe instytucje finansowe, między innymi z Chin. Ale przyczyn spadku należy też upatrywać w czynnikach rynkowych. RTS od początku roku wzrósł o około 120 proc. Co ciekawe, wciąż część analityków zaleca zwiększanie zaangażowania w rosyjskie spółki.

Na drugim biegunie skali znajduje się węgierski BUX. Stracił on w minionym tygodniu zaledwie 3,4 proc. Zdołał obronić się przed spadkiem poniżej dołka z początku października i jeśli utrzyma się takiej formie w ciągu najbliższych sesji, tamtejsi inwestorzy mogą być dobrej myśli. Indeks zaufania węgierskich przedsiębiorców i konsumentów wzrósł w październiku do minus 26,8 pkt z 30,7 pkt miesiąc wcześniej. To siódmy wzrost z rzędu. Podobnie wygląda sytuacja na giełdzie
w Bukareszcie, gdzie indeks zniżkował o 4,5 proc. Październikowy dołek nie został jednak pogłębiony. Przed większym spadkiem tamtejszy indeks obroniło jednak wcześniejsze zakończenie piątkowego handlu, dzięki czemu nie zdążył zareagować na przecenę za Oceanem. Tak samo było w Sofii, gdzie indeks zakończył piątkową sesję prawie 1-proc. wzrostem. Jednak jest on poniżej dołka z początku października i prawdopodobna jest kontynuacja jego ruchu w dół. Indeks giełdy w Pradze od trzech miesięcy porusza się w trendzie bocznym w przedziale od 1100 do 1200 punktów i właśnie zdołał się obronić przed przełamaniem jego dolnego ograniczenia.

Według agencji ratingowej Fitch, gospodarki krajów naszego regionu zostały najbardziej dotknięte skutkami globalnego kryzysu. Łączny PKB 21 krajów w tym roku obniży się o 6,1 proc. Agencja podniosła jednak prognozę na przyszły rok z 1,5 do 2,6%. Region to jednak bardzo zróżnicowany. Gospodarka Litwy skurczyła się w trzecim kwartale o 14,3%, po spadku o 19,5% w poprzednich trzech miesiącach. PKB Ukrainy zmniejszył się o 15,2%. Łotewski rząd spodziewa się spadku PKB w trzecim kwartale o ponad 19%, co zostało skwitowane spadkiem indeksu giełdowego o prawie 7%.

USA

Październik na Wall Street miał wyjątkowo bogatą dramaturgię. Zaczął się od trzęsienia ziemi i podobnie zakończył. A w „międzyczasie” indeksy ustanowiły szczyt ośmiomiesięcznego trendu wzrostowego. Pierwszego października S&P500 zaliczył spadek o 2,6%. W trakcie kolejnej sesji pogłębił zniżkę, która zatrzymała się na poziomie 1020 punktów. Tak kończyła się próba pokonania pod koniec września poziomu 1080 punktów. Wymiar „kary” wyniósł wówczas 5,5%. Wydawało się, że byki nie mają siły na poważniejszy kontratak i październikowej tradycji stanie się zadość. W tej smętnej atmosferze, po jedenastu sesjach, z których tylko dwie okazały się spadkowe, indeks dotarł do 1100 punktów, zyskując prawie 8%. Tu zaczęły się schody i po drugim, nieudanym ataku na szczyt (byki opadły z sił, gdy w trakcie sesji z 21 października zdołały wywindować indeks do 1101,5 punktu) mamy kolejną korektę. Być może „tę” korektę. Na razie - w ciągu dziewięciu sesji, z których jedynie dwie okazały się wzrostowe - sprowadziła S&P500 o prawie 6% w dół. Na razie. Trzy ostatnie dni października to prawdziwe rodeo. W ubiegłą środę indeks spadł o prawie 2%. Na wieść o większym niż się spodziewano wzroście amerykańskiego PKB w trzecim kwartale (o 3,5%) - w czwartek zyskał 2,3%. Gdy odtrąbiono już niemal koniec recesji, w piątek całkiem bez powodu rynek obsunął się o 2,8%. Co teraz mogłoby pobudzić inwestorów do kupna akcji? W którą stronę podąży Wall Street? W nadchodzącym tygodniu bodźców w postaci danych makroekonomicznych nie zabraknie i na niedobór wrażeń z pewnością nie będziemy narzekać.

Warto wspomnieć, że z danymi dotyczącymi dynamicznego wzrostu PKB kontrastują nie tylko liczne opinie ekspertów, studzących optymizm, ale też plany amerykańskiego rządu. Przygotowuje on kolejny program kontynuacji działań stymulujących gospodarkę, tym razem adresowany bardziej do konsumentów. W jego skład mają wchodzić między innymi przedłużenie zasiłków dla bezrobotnych, przedłużenie ubezpieczenia zdrowotnego, rekompensaty dla emerytów z tytułu braku waloryzacji świadczeń, przedłużenie ulg podatkowych dla nabywców nieruchomości i firm tworzących nowe miejsca pracy. Jego finansowa skala jest o wiele mniejsza, niż poprzedniego i jest szacowana na około 84 mld dolarów, ale to świadczy, że rząd trzyma rękę na pulsie. Widać więc, że ma ku temu powody. I trudno się spodziewać, że giełda tego nie dostrzeże.

Azja

Giełdy azjatyckie reagowały na wydarzenia w Stanach Zjednoczonych, ale przejmowały się też swoimi problemami. W porównaniu z innymi rynkami, efekt był całkiem przyzwoity. Nikkei zniżkował zaledwie o 2,4%. Można co prawda na jego wykresie dostrzec formację wskazującą na zagrożenie pojawieniem się dalszych spadków, ale od pięciu miesięcy indeks broni się przed poważniejszą przeceną, kontynuując ruch w bok i trzymając się w pobliżu 10 000 punktów. Choć tamtejsza gospodarka wciąż daleka jest od rozkwitu, to jednak napływające z niej informacje są ostatnio nieco bardziej optymistyczne. Wrzesień był siódmym z rzędu miesiącem, w którym zanotowano wzrost produkcji przemysłowej. Zwiększyła się ona co prawda jedynie o 1,4%
i to porównaniu do sierpnia, ale jakiś powód do zadowolenia jest. W porównaniu do września ubiegłego roku produkcja była mniejsza o 18,9%, ale spodziewano się spadku o 19,3%. Sprzedaż detaliczna spadła we wrześniu o 1,4% w porównaniu do września ubiegłego roku. To nieco mniej niż się spodziewano. Oceniono, że to efekt większego zaufania konsumentów do gospodarki. Wrześniowy spadek był najmniejszy od dziesięciu miesięcy.

Wygląd wykresów indeksów na giełdzie w Szanghaju nie jest może aż tak bardzo atrakcyjny, jak jeszcze kilkanaście tygodni temu, ale też specjalnie nie „straszy” perspektywą głębokiego spadku. Zniżka wynosząca w skali ostatniego tygodnia około 2% jest bardzo umiarkowana. Tamtejszy rynek przeżył solidną korektę w sierpniu i od tego czasu dość skutecznie pnie się w górę. Kontynuacja tego ruchu jest bardzo prawdopodobna, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę nieco dłuższy horyzont.

W najbliższych tygodniach nie można wykluczyć kilkuprocentowego spadku, ale na dłuższą metę rynek wygląda obiecująco. W chińską gospodarkę wpompowano co prawda potężne pieniądze, by nie dopuścić do nadmiernego osłabienia tempa jej wzrostu, ale polityka tamtejszych władz wydaje się być bardzo rozsądna i trudno mieć wątpliwości, co do jej skuteczności i możliwości działania. Chińska Komisja Regulacji Bankowej zamierza wprowadzić regulacje zapewniające, by pożyczki o wysokości powyżej 300 tys. juanów, udzielane mieszkańcom tego kraju, były wykorzystywane zgodnie z ich przeznaczeniem. Na przykład kredyt zaciągany na kupno samochodu trafiałby bezpośrednio na konto sprzedawcy. Komisja chce w ten sposób ograniczyć wykorzystanie tych pieniędzy w celach spekulacyjnych. Boom kredytowy wymieniany jest jako jedna z przyczyn wzrostu notowań na chińskiej giełdzie. Komentatorzy twierdzą, że może to być pierwszy krok w kierunku zacieśniania polityki kredytowej, choć podobne działania lub zapowiedzi ich podjęcia, pojawiały się już wcześniej. Wówczas powodowały spore spadki na giełdzie. Komisja zaleca też bankom bardziej ostrożne podejście do udzielania kredytów i zamierza regularnie przeprowadzać stress testy, mające na celu ocenę ryzyka działalności. Zagraniczne inwestycje chińskich firm wyniosły w trzecim kwartale 20,5 mld dolarów i były trzykrotnie wyższe niż w trzecim kwartale ubiegłego roku. Trudno się więc dziwić, że analitycy wciąż rekomendują inwestycje w Chinach.

Nieco gorzej radziły sobie giełdy w Hong Kongu, gdzie spadek wyniósł 3,7%, w Indiach, gdzie indeks spadł o 6% i Korei, notującej zniżkę o 5%. O nieco ponad 5% obniżył swoją wartość indeks giełdy na Tajwanie.

Analitycy najbardziej znanych banków oraz zarządzający funduszami coraz częściej zwracają uwagę na inwestycje w Malezji i Indonezji. Indeks w Kuala Lumpur od dołka z października ubiegłego roku zyskał 55% i nie wykazuje żadnych śladów „zmęczenia” tą zwyżką, ani oznak wskazujących na możliwość odwrócenia tej tendencji. Od marca ruch w górę przerwany był jedynie dwiema niewielkimi korektami. Bardzo podobnie wygląda sytuacja na giełdzie w Dżakarcie, gdzie w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy indeks zyskał 117%. W jego przypadku widać jednak przejawy przesilenia i wyraźną korektę, trwającą od dwóch tygodni. Uszczknęła ona 12% jego wartości.

Rynek walutowy

Amerykańska waluta jeszcze w poniedziałek rano wykazywała oznaki największej od dwunastu miesięcy słabości. Euro przez moment wyceniane było na 1,5 dolara. Kurs wspólnej waluty nie tylko nie był w stanie wznieść się wyżej, ale też utrzymać dłużej rekordowego poziomu. „Reszta” tygodnia należała bezapelacyjnie do dolara. Do piątku odzyskał 3 centy, udowadniając, że pogłoski o jego upadku po raz kolejny były dalekie od rzeczywistości. Nie da się jednak ukryć, że swoje ozdrowienie zawdzięcza spadkowej korekcie na rynku akcji. Nowy kanon kryzysowej ekonomii działa bez zarzutu. Im lepiej w amerykańskiej (i nie tylko amerykańskiej) gospodarce, tym słabszy dolar. Wydaje się to niezbyt logiczne, ale działa. Niedowiarkom polecam obserwację tego, co działo się z dolarem w czwartek, tuż po ogłoszeniu danych o wzroście amerykańskiego PKB. „Zielony” stracił w ciągu kilku godzin centa wobec euro. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy wyrzucić podręczniki ekonomii i czekać, aż pojawią się nowe, „ulepszone”. Lepiej poczekać, aż rzeczywistość wróci do rzeczywistości. W przypadku dolara może to trochę potrwać.

Na razie czekajmy, co zrobi Wall Street. Jeśli spadkowa korekta będzie się przedłużać, kurs euro do dolara będzie zmierzać w kierunku 1,45 dolara. To tylko trzy centy różnicy. Tyle „zielony” może zrobić w tydzień. Na dłuższą metę jednak na dolara wielkich pieniędzy bym nie postawił. Zachowania dolara wyraźnie dość ma nawet premier Turcji. Zapowiedział, że jego kraj może odejść od dolara w wymianie handlowej z Chinami i Iranem. Wielkiego wyłomu w światowym systemie finansowym pewnie to nie uczyni, ale spróbować można. W każdym razie koalicja przeciwników dolara ciągle się powiększa.

Po tygodniu spokoju, na naszym rynku walutowym ostatnie dni zdecydowanie nie należały do najlepszych dla złotego. Póki co, możemy z rozrzewnieniem poczytać prognozy banków i międzynarodowych instytucji finansowych, które przed naszą walutą roztaczają szerokie perspektywy umocnienia się w bliższym i dalszym horyzoncie. Większość z nich zakłada, że pod koniec tego roku za euro będziemy płacić około 4 zł, a za rok nawet poniżej 3,8 zł. Do końca roku jeszcze dwa miesiące więc te 20 groszy damy radę „ugrać”. Ale dziś bym się o to nie założył.

Tydzień zaczął się spokojnie, ale sielanka trwała tylko kilka godzin. Rano dolara można było kupić za 2,767 zł. W środę wieczorem był już o 14 groszy droższy. Ten jednostajny ruch został zakłócony dopiero pod koniec tygodnia. Czwartek należał do złotego, piątek już nie. Bilans dla polskiej waluty wyraźnie niekorzystny, tydzień kończyliśmy na poziomie 2,88 zł za dolara. Eksporterów wcale to nie martwi. Patrząc z dłuższej perspektywy, nasza waluta wciąż ma się nie najgorzej. Do poprzedniego lokalnego rekordu słabości z początku października, leżącego nieco powyżej 2,93 zł za dolara jeszcze nam daleko, a 3 zł z połowy lipca moglibyśmy się obawiać, gdyby Wall Street spadła o kilkanaście procent. To, co wydaje się mało prawdopodobne w przypadku dolara, jest znacznie bardziej realne dla euro. W połowie lipca za wspólną walutę płaciliśmy 4,31 zł. Od tego poziomu dzieli nas tylko 6 groszy. Jeśli nastroje na światowych rynkach się nie poprawią, z taką podwyżką ceny euro możemy mieć do czynienia w ciągu najbliższych dni. Ponad 4,29 zł za euro płaciliśmy zaledwie kilkanaście dni temu. I dojście do tego poziomu jest całkiem realne nawet w tym tygodniu. W ciągu poprzednich pięciu dni euro zdrożało z 4,16 do 4,25 zł, czyli o dziewięć groszy, po drodze zahaczając o 4,28 zł. Frank też nie oszczędził swoich polskich fanów. Podrożał z 2,75 do prawie 2,82 zł, czyli o siedem groszy, a w najgorszym momencie trzeba było za niego płacić ponad 2,83 zł. Dotarł on wówczas do poprzedniego szczytu z początku października, ale nie miał siły go pokonać. W najbliższych dniach może jednak do tego dojść. W przypadku „szwajcara” także niedaleko mamy do poziomu najwyższego od połowy lipca, znajdującego się w okolicach 2,85 zł.

Rynek surowców

Notowania ropy naftowej nie utrzymały się zbyt długo w okolicach 80 dolarów za baryłkę, gdzie zawędrowały w poprzednim tygodniu. Jeszcze w poniedziałek przed południem próbowały zaatakować ten poziom, ale w ciągu dnia nastąpił gwałtowny spadek do 77 dolarów za baryłkę. W środę spadek jeszcze się pogłębił. Nagły powrót do poziomu 78 dolarów po publikacji danych o amerykańskim PKB okazał się krótkotrwały i ropa zakończyła tydzień ceną wynoszącą około 75 dolarów za baryłkę. Spadek w ciągu pięciu ostatnich dni wyniósł więc około 4 dolarów na baryłce, czyli ponad 5%.

Zmienność nastrojów na rynku tego surowca wciąż jest bardzo duża. Można się upierać, że notowaniami rządzą przesłanki fundamentalne, czyli dane płynące z gospodarki oraz np. informacje o poziomie zapasów, czy wydobycia ropy. Jednak obserwując zmiany zachodzące na rynkach widać wyraźnie, że większej spójności między fundamentami, a cenami nie ma. 21 października notowania ropy błyskawicznie wystrzeliły z około 76 do nieco ponad 80 dolarów za baryłkę, czyli o ponad 5%, do poziomu najwyższego od dwunastu miesięcy. Tego dnia ukazały się dwie istotne informacje fundamentalne. Pierwsza to duży spadek liczby wniosków o kredyt hipoteczny w Stanach Zjednoczonych. Wpływ na notowania ropy raczej niewielki, a jeśli już, to z pewnością nie powód do dynamicznej zwyżki. Druga to informacja o zapasach paliw w USA. Okazało się, że zapasy ropy wzrosły o 0,4%, ale o nieco ponad 1% spadły zapasy benzyny. Czy te dane były w stanie aż tak zelektryzować rynek? Bardziej niż dane o 3,5% wzroście amerykańskiej gospodarki, po których odtrąbiono koniec recesji i o których inwestorzy zapomnieli już następnego dnia? Zachowanie rynku wyraźnie wskazuje, że to nie racjonalne przesłanki „kierują” cenami, a raczej emocje. I zmiany kursu dolara. Gdy porównamy wykres kursu euro do dolara z wykresem notowań ropy, zobaczymy, że ich przebieg jest niemal identyczny. Skok cen ropy do 80 dolarów miał miejsce w dniu, gdy amerykańska waluta zbliżyła się do poziomu 1,5 dolara za euro. Notowania ropy przebywały w pobliżu 80 dolarów dokładnie tyle czasu, ile euro wyceniano na 1,5 dolara. Gdy w poniedziałek dolar gwałtownie się umocnił, notowania ropy spadły o 2%. W czasie dalszego umacniania się dolara, trwającego do środy, ropa posłusznie taniała. W czwartek obie „pary” zgodnie ruszyły w górę, a w piątek, lekceważąc koniec recesji w USA i zapominając o zapasach, ropa zaliczyła spadek o 3,6%. „Zielony” umocnił się wobec wspólnej waluty do poziomu 1,47 dolara za euro. Ostatecznie po osiągnięciu lokalnego szczytu na poziomie 80 dolarów za baryłkę, notowania ropy uległy pod koniec tygodnia solidnej korekcie. Dalsze jej losy w pełni zależeć będą od zachowania amerykańskiej waluty, te zaś od tego, co będzie się działo na Wall Street. Tam inwestorzy dokonują interpretacji informacji gospodarczych i wyznaczają kierunek ruchu na rynkach.

W przypadku miedzi mamy do czynienia z identycznym zjawiskiem „kalkowania” wykresów notowań euro do dolara i cen metalu. W poniedziałek cena miedzi osiągnęła w Londynie poziom 6725 dolarów za tonę, najwyższy od dwunastu miesięcy. W piątek była tańsza o 215 dolarów, czyli o ponad 3%. Wydaje się, że miedź nieco bardziej niż ropa naftowa reaguje na informacje dotyczące koniunktury gospodarczej i zachowuje się nieco bardziej stabilnie. Ale tylko „nieco”. W poprzednim tygodniu dane o wysokim tempie wzrostu chińskiej gospodarki wystarczyły na trzy dni zwyżki notowań, po czym poszły w zapomnienie, wraz z umacniającym się dolarem. Z kolei czwartkowe dane o szybszym niż się spodziewano wzroście gospodarki amerykańskiej były w stanie utrzymać notowania miedzi na wyższym poziomie tylko jeden dzień. Po takiej dawce „fundamentalnego” optymizmu, płynącego z wiodących światowych gospodarek, reakcja rynku wydaje się dość mizerna. Zamiast kolejnych rekordów cen mamy wyraźną korektę.

Także ceny złota poruszały się w rytm zmian na rynku walutowym. Jeszcze pod koniec poprzedniego tygodnia przebywały w okolicach rekordowych 1067 dolarów za uncję. Od poniedziałku do środy mocno zniżkowały, zatrzymując się na poziomie 1027 dolarów. W czwartek skoczyły w górę o 1,4%. W przypadku tego „surowca” naprawdę trudno użyć argumentu, że to skutek poprawy w amerykańskiej gospodarce. Teza o wpływie słabnącego dolara „wydaje się” bardziej przekonująca.

Sławomir Skrzypek, prezes Narodowego Banku Polskiego po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej stwierdził, że w połowie przyszłego roku inflacja spadnie do około 2,5%. Według Dariusza Filara, członka RPP, może stać się to wcześniej, nawet w marcu 2010 r. Według najnowszej projekcji opracowanej przez NBP w całym przyszłym roku inflacja ma wynieść zaledwie 1,5%.

Rząd zastanawia się nad zmianą podziału składki emerytalnej

Rząd pracuje nad planem zrównoważenia budżetu państwa. Jednym z pomysłów miałoby być zmniejszenie składki przekazywanej do Otwartych Funduszy Emerytalnych z 7,3 do 2 % naszych wynagrodzeń. Różnica, czyli 5,3% płacy, trafiać miałaby do ZUS. Gdyby pomysł ten wprowadzono w życie, w przyszłym roku do OFE trafiłoby nie 22,5 mld zł, a tylko około 6 mld zł. Skutkiem takiego rozwiązania byłoby obniżenie przyszłych emerytur z II filara. Mówiła o nim minister pracy Jolanta Fedak, jednak rzecznik resortu oświadczyła, że w ministerstwie nie toczą się żadne prace legislacyjne z tym pomysłem związane.

Zamieszanie wokół Rodziny na Swoim

Ministerstwo Infrastruktury opracowuje nowy plan wspomagania budownictwa mieszkaniowego. Zakłada on między innymi wyłączenie na trzy lata z programu „Rodzina na Swoim” możliwości udzielania preferencyjnego kredytu na zakup mieszkań na rynku wtórnym. Z programu mogłyby korzystać także osoby samotne, choć dla nich dopłaty do kredytów byłyby mniejsze. W przyszłym roku obniżony zostanie limit ceny mieszkań objętych programem, co zmniejszy ich dostępność. Według informacji podanych przez Gazetę Wyborczą, za co najmniej trzy lata program „Rodzina na Swoim” uległby likwidacji. Preferencyjne kredyty udzielane w jego ramach są hitem ostatnich miesięcy.  Od początku tego roku skorzystało z nich około 22 tys. osób.

Wielki popyt na akcje Polskiej Grupy Energetycznej

Popyt na akcje PGE siedmiokrotnie przewyższył liczbę oferowanych do sprzedaży akcji. Inwestorzy złożyli zamówienia o gigantycznej wartości 45 mld zł. W transzy dla inwestorów indywidualnych zamówienia zostaną zredukowane o około 96,5%.

Klienci banków i firm inwestycyjnych będą lepiej chronieni

20 października weszła w życie ustawa wprowadzająca europejskie dyrektywy, mające na celu ochronę inwestorów, promowanie konkurencji w sektorze usług bankowych oraz zwiększenie przejrzystości rynku. Wkrótce Minister Finansów wyda rozporządzenia wykonawcze do tej ustawy, a banki i inne instytucje finansowe będą miały dwa miesiące na ich wdrożenie. Badania przeprowadzone przez firmę doradczą Deloitte w związku z wdrażaniem ustawy wskazują, że praktyki dotychczas stosowane
w bankach mocno odbiegają od jej wymogów oraz zasad dobrych praktyk.

Kalendarium wydarzeń nadchodzącego tygodnia (2.11.2009-6.11.2009)

W tym tygodniu znów czeka nas sporo danych, głównie jednak będą one dotyczyć gospodarki amerykańskiej i w nieco mniejszym stopniu europejskiej. Jeśli chodzi o nasze podwórko, to ciekawość zaspokoimy tylko w poniedziałek. Opublikowana zostanie wielkość wskaźnika aktywności gospodarczej dla przemysłu oraz prognozę inflacji Ministerstwa Finansów. Wielkiego wpływu na nasz rynek te dane jednak nie będą miały. W poniedziałek i środę poznamy odczyty wskaźników aktywności gospodarczej w przemyśle i usługach w krajach strefy euro. W czwartek Europejski Bank Centralny podejmie decyzję w sprawie stóp procentowych. Nikt nie spodziewa się ich zmiany, ale jak zwykle inwestorzy słuchać będą z uwagą opinii przedstawicieli EBC o stanie i perspektywach gospodarki.  Poznamy także dane o sprzedaży detalicznej.

Stany Zjednoczone trzymać nas będą w napięciu przez cały tydzień z kulminacją na sam jego koniec. W poniedziałek bardzo ważne dane o aktywności gospodarczej za Oceanem oraz sytuacji na rynku nieruchomości. Wpływ tych danych na rynek jest gwarantowany. Ponieważ jednak opublikowane zostaną o godzinie 16.00, będziemy mogli na nie zareagować dopiero we wtorek. Tego dnia kolejna dawka silnych wrażeń w postaci zamówień na dobra trwałego użytku i zamówień w przemyśle. W środę wskaźniki dotyczące sytuacji na rynku pracy, informacja o liczbie wniosków o kredyt hipoteczny i przede wszystkim posiedzenie Fed w sprawie stóp procentowych. Koniec tygodnia to najważniejsze dane dotyczące wniosków o zasiłki dla bezrobotnych i zmiany liczby miejsc pracy w sektorze pozarolniczym oraz stopie bezrobocia. Zapowiada się naprawdę emocjonujący tydzień.

Prognozy na przyszły tydzień

Korekta na rynku akcji stała się faktem. Jej skala na razie nie jest zbyt wielka. Można się spodziewać jej powiększenia, trzeba jednak pamiętać, że nastroje inwestorów są bardzo zmienne. Trwające wiele miesięcy tendencje zwykle nie kończą się tak szybko i łatwo. Ta, z którą mamy do czynienia od lutego, została nieco nadwątlona. Ale kilka razy wcześniej wychodziła z podobnych sytuacji obronną ręką. Teraz jest jednak nieco inaczej. Poprzedni szczyt miał miejsce pod koniec sierpnia. Na jego „poprawienie” czekaliśmy niemal równo dwa miesiące. W tym czasie rynek poruszał się w bok, nie mogąc się zdecydować, a raczej nie mając siły na wzrost. Skąd ten brak siły? Być może po solidnej zwyżce, w trakcie której indeks szerokiego rynku zwiększył swoją wartość o ponad 80 proc., ostatnie dwa miesiące były okresem dystrybucji, czyli realizowania zysków przez tych, którzy kupili akcje wcześniej. Być może to podaż z ich strony skutecznie gasiła siłę popytu i nie pozwalała jej „popchnąć” ceny w górę. To byłby umiarkowanie optymistyczny scenariusz. Oznacza on bowiem, że jest sporo wolnych pieniędzy poza rynkiem akcji, czekających na kolejną okazję do zakupów. Jest też pewnie sporo pieniędzy w kieszeniach tych, którzy akcji wcześniej nie kupili, a później bali się wchodzić na rynek przy coraz wyższych cenach. Korekta więc bardzo się przyda, ale może dość szybko się skończyć i zwyżka będzie kontynuowana. O ile Wall Street na to pozwoli.

Roman Przasnyski
Główny analityk Gold Finance

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Roman Przasnyski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Raport tygodniowy Gold Finance: Korekta stała się faktem