Resort nie zauważył chaosu

Dawid Tokarz
16-08-2006, 00:00

Dający budżetowi co rok ponad miliard złotych Totalizator nie ma prezesa i rady nadzorczej. A członkowie zarządu — doświadczenia.

Resort skarbu nie przejmuje się paraliżem w Totalizatorze Sportowym (TS). Tak przynajmniej wynika z treści nieogłoszonej jeszcze (stanie się to po wakacyjnej przerwie) odpowiedzi Wojciecha Jasińskiego, ministra skarbu państwa, na interpelację Marka Biernackiego. Poseł Platformy Obywatelskiej pytał w niej o sytuację w Totalizatorze Sportowym, powołując się głównie na informacje „PB”.

Większość pytań dotyczy chaosu, jaki zapanował w hazardowej spółce po bezprawnych, zdaniem sądu, zmianach w jej zarządzie i radzie nadzorczej. Przypomnijmy: po wygranych wyborach PiS chciało zmienić władze Totalizatora tak szybko, że zgodnie z aktami rejestrowymi prezesem wciąż jest pochodzący z nadania SLD Mirosław Roguski, a rady nadzorczej spółka nie ma. Jak to możliwe?

Wbrew ustawie

Zacznijmy od rady. Sąd uznał, że zmian w niej dokonano wbrew ustawie o komercjalizacji i prywatyzacji. Zgodnie z nią dwie piąte składu rad nadzorczych spółek, których jedynym udziałowcem jest skarb państwa, powinni obsadzić pracownicy (w Totalizatorze nie było tak aż do czerwca 2006 r.).

Minister Jasiński twierdzi, że „ustanowienie rady nadzorczej IV kadencji w trzyosobowym składzie i bez udziału w niej osób wybranych przez pracowników było prawnie dopuszczalne”. Jednocześnie szef resortu chwali się, że zastrzeżenia sądu odnoszą się do historii, bo „obecnie w składzie rady nadzorczej spółki zasiada dwóch przedstawicieli wybranych przez pracowników oraz trzech przedstawicieli skarbu państwa”. Zapomina jednak dodać, że jest to rada nieuznawana przez sąd, a przedstawiciele pracowników (tak jak inni członkowie) nie figurują w aktach rejestrowych spółki.

Wojciech Jasiński nie odpowiada też na pytanie o ujawniony przez „PB” casus Artura Piłki. Ten szef biura sportu i rekreacji w warszawskim magistracie tuż po wyborach dostał się do rady Totalizatora. Po poznaniu sytuacji spółki miał — z nadania PiS — zasiąść w fotelu jej prezesa. Plan spalił na panewce po tym, jak ujawniliśmy, że startując w konkursie na szefa spółki, miał on dostęp do ofert zgłoszonych przez innych kandydatów. Po naszych publikacjach wyleciał z rady.

Ta sprawa, a także zamieszanie związane z decyzjami sądu, sprawiły, że do dziś (mimo już trzech konkursów) tak duża spółka jak Totalizator działa bez prezesa. Pikanterii sprawie dodaje to, że — zgodnie z aktami rejestrowymi — jej szefem wciąż pozostaje Mirosław Roguski.

W styczniu 2006 r., kiedy było już wiadomo, że sąd ma zastrzeżenia do zmian w radzie hazardowego giganta, premier Kazimierz Marcinkiewicz (pełnił wtedy obowiązki ministra skarbu) sam — jako walne Totalizatora — zdecydował o odwołaniu Roguskiego. Zapomniał jednak, że umowa spółki mówi jasno: tylko rada nadzorcza może odwołać szefa firmy. W rezultacie sąd odmówił wykreślenia Roguskiego z akt. Zdaniem ministra Jasińskiego — niesłusznie.

Ping-pong trwa

Zarówno on, jak i Totalizator odwołali się od decyzji sądu, mimo że — jak ujawniliśmy w „PB” — opinia prawna, wykonana na zlecenie spółki, potwierdziła słuszność jego rozstrzygnięć. Sąd uwzględnił tylko zażalenie Totalizatora, twierdząc, że ministerstwo nie jest stroną w sporze. Nie zgodził się z tym wiceminister skarbu Paweł Szałamacha. Złożył zażalenie, ale błędnie przesłał je do sądu okręgowego zamiast rejonowego. Zanim dokumenty trafiły na właściwe biurko, upłynął ustawowy termin. I zażalenie zostało oddalone.

Ten ping-pong formalnoprawny spowodował, że do dziś sąd nie rozpatrzył odwołań w kluczowej sprawie. Nie wiadomo więc, czy rada nadzorcza ma prawo podejmować jakiekolwiek decyzje. A na rozstrzygnięcia sądu okręgowego trzeba zaczekać. Jak ustaliliśmy — na razie nie wyznaczono nawet terminu rozprawy. A do rozpatrzenia są dwa zażalenia i trzy apelacje.

Bez doświadczenia

Tymczasem zgodnie z opinią prawną zamówioną przez Totalizatora, rada nadzorcza w dzisiejszej sytuacji nie może podejmować jakichkolwiek ważnych uchwał. Wątpliwe więc, czy ważne są choćby te o powołaniu członków zarządu. Marek Biernacki w interpelacji pyta o ich kwalifikacje.

— Nie jest prawdą, jakoby o obsadzie członków zarządu decydowały „ustalenia koalicyjne”. Decydujące są względy merytoryczne — odpowiada Wojciech Jasiński.

Zapewnia, że kierowano się „chęcią zapewnienia spółce jak najlepszych fachowców”. Za takich uznaje Waldemara Milewicza i Sławomira Łopalewskiego. Szef resortu skarbu nie odpowiada jednak na pytanie o ich doświadczenia w dziedzinie gier losowych. Trudno się dziwić — obaj ich nie mają.

Wybór Łopalewskiego (przyszedł z Deloitte & Touche) jest w branży hazardowej postrzegany pozytywnie. Waldemar Milewicz budzi jednak wielkie kontrowersje. Jak ujawniliśmy w „PB”, był on blisko związany z Ligą Polskich Rodzin. W 2003 r. współtworzył jej program, przygotowując rozdział o obronie narodowej. W 2002 r. był sygnatariuszem deklaracji, powołującej Polski Komitet Niepodległościowy — ruch przeciwny wejściu Polski do Unii Europejskiej. A dziś, jak przyznają jego znajomi, ma dobre układy z prominentnymi działaczami PiS. I to chyba jest jego największy atut.

Okiem eksperta

Igranie z ogniem

Sytuacja w TS może rodzić poważne konsekwencje prawne. Wszystkie uchwały nielegalnej (w ocenie sądu) rady nadzorczej narażają się na zarzut, że są nieważne. Dotyczy to też kluczowych uchwał o powołaniu nowych członków zarządu. Jeśli w aktach rejestrowych spółki nie figurują członkowie zarządu występujący w jej imieniu w kontaktach z kontrahentami, to ci mogą mieć wątpliwości co do reprezentacji spółki. Poza tym istnieje zagrożenie podważenia decyzji zarządu. Szkoda, że w takiej sytuacji sąd rejestrowy nie decyduje się na wyznaczenie kuratora.

Jarosław Chałas

kancelaria

Chałas i Partnerzy

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dawid Tokarz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Gospodarka / Resort nie zauważył chaosu